Na filmwebie- 6,8. Na IMDB- 7,6

Skąd ta różnica? Czy naprawdę nikt nie docenia inteligentnego humoru, rewelacyjnego scenariusza i historii z życia
wziętej pokolorowanej w taki sposób, by uczyć, bawić i wzruszać?:)

20
  • Ja doceniam! :-)

  • Cóż, ta historia - choć dosyć ciekawie opowiedziana - nie bawiła mnie, ani nie wzruszyła zbytnio.

    Co do historii "z życia wziętej" - wydało mi się to wszystko zbyt podkręcone, nienaturalne, najbardziej raziło nieco nonszalanckie podejście Juno i Bleekera do całej sprawy, do ŻYCIA dziecka.

    • Dlatego jest to pokolorowana historia z życia wzięta.

    • Zgadzam się. Wszystko przychodzi im w ogóle tak łatwo. W sumie zero problemów, bo co z tego, że jakaś tam "wielka tragedia" a propos tego męża adoptującego skoro i to tak szybko łatwo bezboleśnie zostało rozwiązane i przestało mieć jakikolwiek wpływ. I trochę tak odebrałam to w ten sposób, że tendencyjnie pokazano tu tę rolę mężczyzny - w sposób seksistowski. Facet - co się spodziewać po faceci - niedojrzały, nieodpowiedzialny. Nie lubię kiedy w filmie w tak mocno rzucający się w oczy sposób upadla się którąś płeć - nie ma znaczenia którą. W tak prosty sposób zrobiono go negatywnym - a czy facet rzeczywiście nie miał prawa do takich właśnie reakcji? I czy rzeczywiście był takie nieodpowiedzialny? Pracował, zarabiał na ten dom tak samo jak i jego żona, a ta żona łaskawie pozwalała mu na posiadanie swojego pokoju czy coś w tym stylu. W sumie te jego reakcje chyba były najbardziej z życia wzięte w całym tym filmie, bo w życiu różne decyzje nie są aż tak proste, a przynajmniej nie na raz dla wszystkich osób zaangażowanych w dane wydarzenie. Ta kobieta chciała tego, czego chciała i pokazana jest w związku z tym jako taka pozytywna, szlachetna itp. itd. Ale jeśli chodzi o niego, to on też chciał czegoś w życiu - nie miał prawa? Jego marzenia czy priorytetu zostały potraktowane z pogardą - to nie było fajne. On jest w tym filmie przynajmniej realistyczny - chce żeby żona była szczęśliwa, więc wmawia sobie, że chce tego, co ona, a ona zamiast w zamian za to też chociaż trochę brać pod uwagę jego uczucia jeszcze mu dogryza na temat jego zawodu i zainteresowań. Chyba wiele osób będąc tak traktowanymi doszłoby do wniosku, że jednak nie ma sensu wbrew sobie się poświęcać w imię niczego, bo nawet nie faktycznie kochającej żony (bo gdyby faktycznie go kochała, to nie zachowywałaby się wobec niego w ten sposób).

      A kwestia sytuacji Juno - wszystko układa jej się zupełnie bezproblemowo. W szkole żadnych problemów - nie mówię, żeby od razu jakieś wielkie musiała mieć, ale żeby takie zwykłe, a tu przedstawienie szkoły jak jedynie miejsca spotkań z przyjaciółmi, kolegami. Mam mieszane uczucia co do wydźwięku tego filmu, bo z jednej strony chce się wierzyć, że można do tego typu sytuacji tak prosto podejść i urodzić dziecko bez problemu, bez żadnego negatywnego wpływu, nic, samo wylewające się (choć sztuczne w wyrazie) dobro z ekranu, ale kiedy patrzy się na historie prawdziwe podobnych sytuacji, to tego typu dziewczyny wcale nie mają tak lekko. Jeśli mają chłopaka to zwykle je rzuca przez ciążę (mimo że wie, że po urodzeniu dziecko ma być oddane), z innymi też tracą w tym okresie kontakt, bo nie mogą jak inni chodzić na jakieś imprezy itp. Mają te wszystkie normalne problemy związane z byciem w ciąży, wpływa to na ich naukę. A potem? Potem rodzą dziecko i następna trauma, bo choć nie mają go jak wychować, to jednak trudno im nie czuć rozdarcia, kiedy muszą je oddać. I potem masa wyrzutów sumienia, tęsknota do dziecka, rozbicie. A w tym filmie taka sielanka. Czy to oby na pewno dobrze? Nałykać się takiego obrazu, a potem paść ofiarą zderzenia z twardą rzeczywistością. Mam mieszane odczucia.

      • Na film trzeba patrzeć z przymrużeniem oka, dziwię się że wielu odbiera go jako możliwie autentyczną historię i jeszcze przekłada ją na nasze polskie warunki. Od początku większość scen jest pokazana w sposób żartobliwy i mimo że temat jest dość poważny, reżyser z zamysłem nakręcił film w takiej a nie innej konwencji. Większość filmów na temat ciąży nastolatek to albo dramaty albo obyczajowe pokazujące ciężkie zmagania się z nastoletnią ciążą. Tu reżyser z zamysłem nakręcił film pokazujący zupełnie inne podejście do ciąży, sama postać Juno jest całkowicie nie z tej planety, raczej nie przypomina ona zwykłej nastolatki, pod każdym możliwym względem. Większosć osób skupia się tu na problemie małżeństwa Vanessy i Marka, a mało kto zauważa że dzięki tym wszystkim wydarzeniom, dramatycznym bez wątpienia Juno odnajduje siebie i prawdziwe uczucie. W ogóle scena gdzie rozmawia z ojcem na temat tego czy możlwie jest trwanie przez całe życie w szczęśliwym małżeństwie jest dla mnie takim kamieniem milowym całego filmu, bo dzięki temu Juno zaczyna rozumieć że Bleeker jest włąśnie tą osobą z którą warto się trzymać. Słowa ojca "warto się trzymać osoby, która będzie z tobą niezaleznie od wszystkiego, czy jestes ladna czy brzydka, w dobrym czy zlym nastroju, taka osoba nawet w twoim baku bedzie czula fiolki" są niby oczywiste ale jakie życiowe i prawdziwe :)

        • No ale Ty właśnie jednak skupiłaś się na tym, co uznajesz za życiowe i prawdziwe. I ja się zgadzam z tym, że osoba, z którą faktycznie sens jest być - która faktycznie do nas pasuje - to taka, która nas akceptuje i przy której nie musimy się czuć zawstydzeni, która nas nie krępuje. Z tymże to jest ta tzw. oczywista oczywistość, więc nie wiem czy jakiemuś widzowi (no chyba, że bardzo, bardzo młodemu) dopiero ten film otworzył na to oczy. I może też warto zauważyć, że znanie tej oczywistej prawdy wcale nie sprawia, że automatycznie zawsze rozpoznamy tę właściwą osobę, bo życie jest dużo bardziej skomplikowane niż proste przygody Juno.

          Ja dostrzegam to, że postać Juno jak i całe podejście do ciąży będącej wpadką nastolatki jest tu pozytywnie nowatorskie w tym sensie, że jest pokazane, że jednak to nie musi być koniec świata, że można do tego podejść niestandardowo. Tylko że robią się w tym wszystkim pewne sprzeczności, bo pozytywny wydźwięk bierze się z tego innego podejścia, ale jednocześnie taki przebieg sytuacji właściwie nie za bardzo jest realny. Tak więc wychodzi na to, że pokazano nam, że jednak może być dobrze w takiej sytuacji i jak to by miało przebiegać, ale z drugiej strony nie może być tak, bo to, co pokazano jest za mocno odrealnione.

          Dla mnie nie jest to jakąś wielką sprawą, bo to tylko film i to w dodatku nie należący do tych dla mnie ważnych, tylko no po prostu zauważam ten paradoks. Miło by było, gdyby jednak coś, co ma nastroić do pozytywnego podejścia do tego typu sytuacji, ma mieć ten jakiś powiedzmy pozytywnie wychowawczy charakter (a ten film zdecydowanie ma do tego pretensje), żeby to faktycznie mogło go mieć, bo jeśli wziąć pod uwagę ten film, to właściwie jaki może mieć wpływ na ludzi? Pozytywne spojrzenie na ciążę, którym by ten film mógł "zarazić" w zetknięciu z realiami życia chyba raczej skończy się gorzej niż normalne nie przesadnie pesymistyczne, ale i też nie przesadnie nierealne - bo nawet nie optymistyczne, ale po prostu zabawowo odrealnione - podejście. Myślę, że jeśli podchodzi się do tego filmu kompletnie bezmyślnie (jak uczyniłam to za pierwszym razem), to ten film może być miłą, lekką rozrywką, z której nic nie wynika. Natomiast jeśli ktoś będzie chciał z tego filmu wyciągnąć jakieś nauki, to chyba raczej wyjdzie mu to na złe. Sama idea nastolatki w ciąży, która postanawia donosić ciąże i oddać dziecko jest bardzo fajna, ale pokazywanie tego jakie to łatwe pod każdym możliwym względem jest chyba raczej szkodliwe.

          W każdym razie osobiście wtedy, kiedy napisałam ten post wyżej, czyli po ponownym obejrzeniu tego filmu, uderzyła mnie trochę ta kwestia tak jednoznacznie negatywnego pokazania mężczyzny w postaci tego niedoszłego przybranego ojca. To taki niezbyt fajny nachalny wpływ lesbijski (Ileś lesbijek brało udział przy tworzeniu tego obrazu i choć w kółko o tym przypominano i bardzo to podkreślano przy promocji filmu, to przy pierwszym podejściu do niego traktowałam to jedynie jako ciekawostkę, z której nic nie wynika). Jakoś za pierwszym razem nie zwróciłam uwagi na to, że ten film tak mocno jest zrobiony w tym nurcie kina mocno pod wpływem środowiska LGTB. Podoba mi się istnienie różnych orientacji seksualnych i różnych płci, natomiast nie lubię tych nacisków w świecie kina (w sensie filmów i seriali), pchania do każdego serialu wątku homoseksualnego i takiego promowania uproszczonych spojrzeń jak tutaj, czyli "facet to zawsze nieodpowiedzialne dziecko, a kobieta nawet małoletnia jest wspaniała i dojrzała". W tym filmie niby mamy pozytywną postać chłopaka Juno, ale to też jest chłopak taki ciapowaty - miły, ale kierowany przez zaradniejszą, mądrzejszą i oczywiście dojrzalszą od niego Juno. Ja rozumiem, że tak też się w życiu zdarza. Ludzie obojga płci są różni. W jednej i drugiej płci znajdą się te jednostki bardziej przedsiębiorcze, zaradne, odpowiedzialne i te ciapowate, ale urocze lub nieodpowiedzialne i nigdy niedojrzałe (w sensie negatywnym). Tak więc na upartego możemy uznać, że akurat w tym filmie pokazano wycinek świata, w którym wszyscy faceci są niezbyt zaradni i niedojrzali i zginęliby bez kobiet, a kobiety są takie dojrzałe i w ogóle super. Niby to możliwe, ale jak dla mnie trochę nieznośnie zrobione pod wymogi panującej mody. I oczywiście nie dziwi w związku z tym fakt, że film został tak obsypany nagrodami. Bo na serio, patrząc na to bardziej obiektywnie, to jest to bardzo prosty film bez głębszych myśli, który na te wszystkie nagrody wcale nie zasłużył.

          Nie rozumiem w związku z czym piszesz o przekładaniu tej historii na polskie warunki?

          Tak a propos tematu ciąży i odpowiedzialności obu płci, to jest taka komedia z 2007 "Wpadka" i choć to zdecydowana komedia (mocniej niż "Juno"), to muszę przyznać, że tam to wszystko jest dużo mądrzejsze, tam faktycznie jest wiele takich prawdziwie życiowych obserwacji i to dotyczących obojga płci. Są dobre i złe strony jednej i drugiej płci. I jakoś tak to wszystko wychodzi bardziej realistycznie. Dałoby się podobny przebieg wypadków znaleźć w życiu. Mimo, że to naprawdę zdecydowana komedia. Tak więc nie do końca przemawia do mnie argument, że skoro coś jest komedią, to już z założenia może być kompletnie nie życiowe.

          • Tak naprawdę to nigdy aż tak głęboko się nie zastanawiałam nad tym czy wydarzenia te mogły by się wydarzyć w prawdziwym życiu. Choć widzę że wielu kinomaniaków drąży na okrągło ten temat. Dla mnie to akurat jest nie istotne, bo odbieram watek ciąży z przymrużeniem oka i choć zauważam że wiele scen jest nieżyciowych i raczej nierealnych to nie ma to dla mnie aż takiego znaczenia. Strasznie lubię ten film, a postać Juno już w ogóle jest mi bliska. Podoba mi się humor w tym filmie, muzyka, niespodziewane zakończenie i kilka niedopowiedzeń. Choćby relacja Juno- Mark.
            Małżeństwo Vanessy i Marka od początku mi się nie podobało, ona ułożona, elegancka kobieta, on były rockndrollowiec ciągle myslacy o niespełnionych marzeniach. To właśnie pojawienie się Juno, która wydawac by się mogło ma pomóc im osiągnac ostateczne szczęście w postaci potomka, staje się przyczynkiem do rozpadu ich małżeństwa, nieświadomie rzecz jasna. Myślę że to dzięki Juno Mark zrozumiał czego chce w życiu. W końcu gdyby nie różnica wieku, myślę że mogło by między nimi do czego dojść. Są do siebie bardzo podobni. Juno nie pochwala jednak jego wyboru odnośnie rozwodu z Vanessą i nie rozumie dlaczego związek dwojga niby kochających się ludzi nagle się rozpada. W tym samym czasie uświadamia sobie jak powiedziałaś oczywistą oczywistość, która dla nas jest jasna jak słońce, ale dla zagubionej nastolatki jest czymś co w pewnym sensie zmienia jej życie(uczuciowe).
            Ja nawet nie wiedziałam że film był promowany przez lesbijskie środowiska, ale nawet jesli to mi to ani trochę nie przeszkadza. Są różne obrazy pokazujące że faceci nami rządzą, więc czemu by nie pokazać że to właśnie kobieta czy dziewczyna może być tą dojrzalszą i przewodzącą w związku. Jest to w końcu jakiś pozytywny przekaz dla młodych dziewczyn. Tym bardziej w dzisiejszych czasach w których niektórzy sprowadzają pozycję kobiet do bycia posłuszną kurą domową. Jestem przeciwko wychowywaniu pokolenia dziewczynek a potem kobiet które posłusznie służą facetom, nie mają swojego zdania i nie mają nic do powiedzenia w związku, sama w takiej relacji życ bym nie umiała. A jakoś nachalnego wciskania wątku LGTB nie zauwazyłam w tym filmie, ciekawe co byś powiedziała jak byś zobaczyła filmy znakomitego zresztą Xaviera Dolana, to dopiero jest pochwała i promowanie LGTB;)))

            • Tak, ja nawet zdaję sobie sprawę z tego, że skoro tyle tu napisałam to to wygląda jakbym się w ten film zagłębiała, drążyła itd., ale prawdę mówiąc to tylko takie luźne przemyślenia powstałe w chwili pisania. Tzn. przeczytałam dany komentarz i się do niego odniosłam pisząc swoje wrażenia związane poniekąd z komentarzem, ale bardziej filmem. Są filmy, które wywierają na mnie duże wrażenie i są dla mnie ważne, do których wracam i które mnie zmieniają. Ten film zupełnie taki dla mnie nie jest. Jest mi zupełnie obojętny. W sumie pisząc te posty tutaj tak sobie nawet pomyślałam, że w zasadzie czy jest sens pisać skoro mi na tym nie zależy, a też jest tak, że nie lubię psuć innym widzom pozytywnego odbioru danego dzieła. Mam nadzieję, że tu nie popsułam nic nikomu. Dobrze jeśli widzowie mają jakieś pozytywne przemyślenia, wynieśli coś z tego filmu. Ogólnie jest on pozytywny, bynajmniej nie uważam go za zły.

              Na swój sposób zaintrygowało mnie, że oglądając go pierwszy raz w ogóle nie zwróciłam uwagi na kwestię tego dość niesprawiedliwego przedstawienia niedoszłego przybranego ojca, a kiedy oglądałam film po raz drugi jak najbardziej rzuciło mi się to w oczy. Może to nawet nie było świadomie zrobione. Z tymże po prostu nie lubię takich krzywdzących sytuacji. W stosunku do obu płci. Ale nie upieram się wcale, że to było jakieś szczególnie ważne, by w ogóle o tym pisać. Ot tak jakoś napisałam i tyle. Tak więc też nie namawiam, żeby przykładać do tego zbyt wiele uwagi. Dla mnie to tylko taka luźna niezobowiązująca wymiana spostrzeżeń i mam nadzieję, że nie zostało to ani nie zostanie zbyt negatywnie odebrane czy nie zepsuje komuś jakichś pozytywnych wrażeń związanych z filmem.

              Co do tego małżeństwa Vanessy i Marka - to jest ciekawy wątek i może mi trochę szkoda, że właśnie tak pobieżnie potraktowany. Choć może to być też dobre, bo, jak napisałaś, są niedopowiedzenia i widz dzięki temu może sam to wszystko sobie wypełnić. Czasem tak jest lepiej niż wszystko dokładniej przedstawić, więc może i tak jest ok. Z tymże mam jakieś takie wrażenie, że film promuje odbiór tego w ten sposób, by Mark wypadał jako niedojrzały i nieodpowiedzialny, a czy rzeczywiście tak jest? Mamy małżeństwo, w którym on nieźle zarabia i zarobione pieniądze wkłada w związek/ich dom/życie, co już samo w sobie pokazuje, że jednak jest osobą odpowiedzialną o dojrzałym podejściu. Miał (ma) aspiracje muzyczne większe niż pisanie dżingli, ale jednak je pisze, żeby zarabiać. Wcale nie udaje, że jest za dobry na to. Nie. Grzecznie pracuje w tym zawodzie, bo to umie, to mu wychodzi. Czyli facet nie zważając na swoje jakieś marzenia poważnie podchodzi do małżeństwa, swoich zobowiązań i życia ogólnie. Jego żona chce mieć dziecko, więc on też myśli, że chce mieć dziecko - tak bardzo poważnie traktuje potrzeby żony, że wręcz odruchowo uważa, że również i on chce tego dziecka lub że przynajmniej powinien. Chce spełniać marzenia żony, podczas gdy swoje własne odłożył na bok. A jak zachowuje się Vanessa? Otóż narzeka nawet na styl ubierania się męża. Upokarza go na każdym kroku - w związku z jego ubiorem, w związku z jego zainteresowaniami, marzeniami. W końcu kiedy wychodzi na jaw, że on jednak nie czuje się jeszcze gotów na dziecko, to uznaje to za kolejny przejaw niedojrzałości z jego strony i powód do rozwodu. Jak się tak głębiej zastanowić to właściwie wygląda na to, że ona jest tu bardziej niedojrzałą i samolubną osobą, która nawet nie starała się polubić swojego męża, a jedynie liczyła na to, że po ślubie on się po prostu zmieni na takiego, by jej odpowiadał. Z jej strony nie ma dla niego żadnej akceptacji (nie mówiąc już o szacunku), podczas gdy z jego strony widać pełną akceptację - zarówno w odniesieniu do kwestii ważnych jak i zupełnie błahych, a nawet wręcz śmiesznych typu jakieś tam ozdobne mydełka w łazience. On się bardzo stara, a ona w ogóle. Jednak ponieważ ona chce mieć dziecko, to widz ma to odbierać jako wystarczający i ogólnie niepodlegający dyskusji dowód jej dojrzałości. Swoją drogą są też mężczyźni, którzy bardzo chcą mieć dziecko. A czy są na to gotowi - zarówno ci mężczyźni jak i te kobiety marzący o dzieciach - to już inna sprawa :)

              Tak więc myślę, że można oglądając ten film pozytywnie ocenić Marka - skoro sama tak go oceniam - i jego uznać za pokrzywdzonego w całej tej sytuacji. Tylko po prostu wydaje mi się, że film promuje raczej odwrotne (czyli negatywne) do niego podejście. Ale być może przesadzam. Po prostu trochę mam alergię na takie przekazy, takie właśnie niby delikatne, że niby nie widać na pierwszy rzut oka, że mamy go (faceta) z miejsca uznać za niedojrzałego "tego złego", a jednocześnie tak bardzo jest to podkreślone. Takie podstępne urabianie widza ;) W dodatku uważam, że to bardzo fajne, kiedy ktoś ma już swoje lata (a i niech będzie nawet zupełnie stary) i nadal przejawia w swoim zachowaniu taką młodzieńczą skłonność do zainteresowania się czymś, ekscytowania, zachwytu, zabawy jak właśnie robi to Mark, co z kolei według Vanessy jest zachowaniem beznadziejnym (niedojrzałym itd.). Według mnie Mark to właśnie bardzo fajny typ faceta czy ogólnie osoby. A Vanessa niekoniecznie - jest bardzo samolubna, niewyrozumiała, nie troszcząca się o cudze uczucia, nieodpowiedzialna.

              Co do tego promowania przez lesbijskie środowiska, to akurat mi się o tym przypomniało, więc wspomniałam o tym, jako o pewnej ciekawostce, bo może mieć to wpływ jeśli chodzi o pokazywanie postaci męskich w negatywnym świetle. Ja absolutnie nie mam nic przeciwko pokazywaniu realistycznego obrazu niedojrzałego faceta i odpowiedzialnej kobiety - to jest częste w życiu, więc dlaczego nie. To jest ok. Mi tylko chodziło o tę przewrotność tutaj, że tak naprawdę pozytywne cechy i zachowania Marka pokazano tak, że na pierwszy rzut oka, jakby odruchowo, przyjmuje się je za negatywne. Że dopiero po chwili zastanowienia człowiek stwierdza "ale zaraz, przecież to on właśnie był tym odpowiedzialnym, wyrozumiałym i czułym". O to mi chodzi, że to takie niefajne mieszanie ludziom w głowach, manipulacja. Potem ludzie napadają na feministki, że coś jest feministyczne kiedy nawet wcale nie jest i ogólnie robi się zamieszanie. W "Juno" nie ma żadnych wątków homo, ale przez to, że kobiety są pokazane tak, jak są pokazane, to potem jest pretekst do twierdzeń, że to takie feministyczne, a to już uderza w kobiety i to mi przeszkadza. Wszystko, co daje powód by w chory sposób przedstawiać idee feministyczne mi przeszkadza. Oczywiście wiem, że wiele kobiet uważających się za feministki robi dla tego ruchu złą robotę ośmieszając go, ale jednak chciałabym, by ludzie rozumieli, że feminizm był i jest potrzebny i to absolutnie nie musi być jakieś przegięte podejście jakichś wariatek nienawidzących mężczyzn. Dlatego wolę by nie stosować w filmach takich zabiegów tak nieco podstępnie zrażających do danej płci. Otwarte pokazywanie jakiegoś negatywnego zachowania którejkolwiek płci jako negatywne jest ok. Nie spodobało mi się to zmylenie tutaj. To takie jakby podstępne podejście.

              Co do Xaviera Dolana mam mieszane odczucia. Np. jeśli chodzi o "Zabiłem swoją matkę", to jest to przykład wykorzystania swojej matki, by przez jej pewne oczernienie zbudować sobie karierę. Już sam tytuł jest specyficzny - sugeruje szokujący film o szokującej historii, czego oczywiście w filmie absolutnie nie ma. W filmie mamy bardzo dobrą matkę, starającą się naprawdę ogromnie i ogromnie też wyrozumiałą. I okrutnie rozwydrzonego syna, któremu się wydaje, że wszystko mu się należy i co najzabawniejsze, że cały czas cierpi (przykładowo kiedy musi przez chwilę poczekać na ulicy, to jest to no po prostu ogromna tragedia życiowa...). Dla mnie jest ok, jeśli ktoś przedstawia w swojej twórczości swoje losy, może trochę też cudzych, które silnie na niego wpłynęły, ukształtowały go - to wtedy jest takie studium własnej osoby, ale tutaj nie było żadnego np. maltretowania czy czegokolwiek, co by mocno wiązało losy Xaviera z matką w ten sposób by wywierać miało na niego jakiś specyficzny wpływ, o którym warto byłoby opowiedzieć. Coś, co miało być jakimś trudnym dorastaniem absolutnie na takowe nie wygląda, a można przypuszczać, że w rzeczywistości było jeszcze łatwiejsze, bo przecież chłopak bardzo chciał wyolbrzymić te wszystkie swoje niby trudne przeżycia. Pozazdrościć tylko takiej dobrej matki, a Dolan ją po prostu wykorzystuje zarówno w życiu codziennym, jak i w życiu artystycznym. Jego filmy są dość ładne wizualnie, ładna jest muzyka, którą do nich wybiera. Głębokie natomiast nie są. Np. "Wyśnione miłości".

              Czy w tym wszystkim odgrywa jakąś rolę jego orientacja seksualna? Myślę, że w pewnym stopniu tak, zwłaszcza, że jest wątpliwym by nie będąc gejem i mając te same zdolności zrobił taką karierę, jaką zrobił. Jego narcystyczny charakter i samouwielbienie także bardzo pomagają w karierze jakby wymuszając na otoczeniu przekonanie co do jego wyjątkowości i wspaniałości. Myślę, że to podobny efekt jak z Trumanem Capote, choć ten ostatni oczywiście miał dużo, dużo więcej do zaoferowania. Ale ten styl zachowania, te cechy charakteru są dość częste u homoseksualistów. Również to przekonanie, że wszystko im się należy. U osób heteroseksualnych nie ma takich sytuacji, by ktoś wyłącznie z powodu swojej orientacji heteroseksualnej uważał się za wyjątkowego. Jest to oczywiście zrozumiałe zważywszy na to, że osoby hetero stanowią większość, jednak no czy nie jest to niesamowitym, by czynić taki atut ze swej orientacji seksualnej - samo w sobie to podejście tak popularne u osób homoseksualnych - to postrzeganie siebie jako wybrańców - jest jednak zjawiskiem dość niesamowitym. A dla mnie to po prostu orientacja. Na tej samej zasadzie jak hetero. Dla mnie więc orientacja homoseksualna mogłaby być tak samo mało czy niewidoczna jak orientacja heteroseksualna, co zresztą ma miejsce u homoseksualistów z bardziej zdrowym do tego podejściem.

              I tak w ogóle powiem Ci, że ja zawsze bardzo lubiłam wątki homoseksualne jak i historie o problematyce związanej z transseksualizmem, interseksualizmem czy choćby transwestytyzmem. To mogą byś naprawdę wspaniałe filmy, bo ludzka seksualność jest niesamowicie istotna i w niesamowicie wszechstronny sposób wpływa na ludzkie zachowanie, postrzeganie wszystkiego, ogólnie światopogląd, psychikę. To mnie zawsze bardzo pociągało zarówno jako temat filmów czy książek naukowych/dokumentalnych jak i beletrystycznych. Tylko niech na to będzie zwracana uwaga wtedy kiedy to faktycznie ma jakieś znaczenie w historii. Może też być oczywiście sytuacja, że ktoś jest homo i nie ma to wpływu na historię większego niż to, że ktoś inny jest hetero. Czyli po prostu takie normalne zdrowe podejście. Nie robienie z tego czegoś niesamowitego. Nie cierpię wprowadzania wątków homoseksualnych na siłę, kiedy wyraźnie widać, że dany film czy serial z powodzeniem bez tego wątku by się obył, kiedy widać, że jest to na siłę przyczepione i to jeszcze w tej lukrowanej formie na zasadzie, że to takie "wszystko, co najlepsze" oraz "bycie hetero jest staromodne i nudne, a homo są super". Kiedy jest to wprowadzane po to, by ludzi przyzwyczaić, że to takie normalne i co więcej takie fajne - często ukazywane za wręcz lepsze od bycia hetero. To jest obraz zafałszowany i tego nie lubię. Nie lubię kłamstwa po prostu. I nie lubię nietolerancji i manipulacji. Homoseksualiści stanowią niewielki procent społeczeństwa, a ktoś, kto wyciągałby wnioski co do ich liczebności na podstawie tego ilu jest homoseksualnych bohaterów w najpopularniejszych serialach ostatnich lat musiałby dojść do wniosku, że mniej więcej co piąta osoba jest homo. Swoją drogą dają nawet dodatkowe fundusze za wprowadzanie wątków homoseksualnych do seriali. To jest już naprawdę dobijające. To zakłamywanie rzeczywistości po prostu.

              Uwielbiam serial "Sześć stóp pod ziemią", gdzie jedna z głównych postaci jest gejem i mamy w związku z tym bardzo dużo historii (i ogólnie kawał życia) związanych z homoseksualizmem. To jest przykład serialu, gdzie wątki homoseksualne są jak najbardziej na miejscu, przedstawione naturalnie, absolutnie nic nie jest doczepione na siłę. Serial jest znakomity i przeogromnie mądry. Przy czym mnóstwo tej mądrości zawiera się właśnie też w tych wydarzeniach dotyczących wątków homoseksualnych. Coś takiego jest dla mnie świetne. A z filmów np. "Moje własne Idaho".

  • Inteligentnego humoru... Nie pomyliłeś z infantylnym?

  • Polacy wolą oglądać "mhroczne" i "prawdziwe" filmy o młodzieży ala "Sala Samobójców" albo "Bejbi blues" i "Galerianki".

  • Mam to samo odczucie, nie tylko przy tym filmie :) Np taka Grawitacja, na imdb i rotten ocena jest bardzo wysoka, w Polsce jest bardzo niska :)
    Polska to bardzo specyficzny kraj, zawsze się znajdzie ktoś komu coś nie pasuje, na 40 mln ludności w tym kraju, 10 mln to krytycy filmowi :)

    • Niech każdy ocenia według siebie. Znam nawet kogoś komu podobało się "Ciacho" :D Co do Juno ja byłem zachwycony zarówno poczuciem humoru jak i całą historią. A przykład z kolorami sernikowym i kanarkowym rozłożył mnie na łopatki ;)

    • Ja na przykład nisko wyceniłem "Grawitację". Oglądałem dwa razy. Drugi raz, aby się upewnić, czy niczego nie przegapiłem. Oprócz efektów specjalnych nie ma tam nic interesującego.

      Natomiast ten film jest bardzo, bardzo dobry.
      O trudnych sprawach opowiadać tak lekko, a jednocześnie nie prostacko, to jest sztuka.
      I ten humor językowy. - Jest późno. Rodzice nie będą się martwić? - Jestem w ciąży, więc co może mi się jeszcze przytrafić?

    • Na imdb Polacy (i ludzie z innych krajów) też oceniają. Mi się "Grawitacja" ogromnie podoba. "Juno" kiedyś za pierwszym obejrzeniem podobało mi się głównie za humor i taki pozytywny nastrój, ale po ponownym obejrzeniu jednak obniżyłam notę, bo za drugim razem już nie śmieszy, a wydźwięk taki na siłę cukierkowy, wszystko takie dość infantylne. Ktoś tu wspominał "Salę samobójców" - dla mnie film koszmarny. Tak więc różni ludzie oceniają bardzo różnie i jakieś takie wnioski na temat Polaków wydają mi się jednak bez sensu. A filmweb jest po to, żeby ludzie sobie oceniali co im się podobało, co nie i w ten sposób notowali dla siebie tytuły obejrzane łącznie właśnie z notami, jakie im dali. Nie widzę w tym nic złego. Wcale nie chodzi o to, że ktoś od razu ma się za krytyka filmowego. Gorzej natomiast jak ludzie się wściekają kiedy komuś nie podoba się film, który im się podoba, albo komuś przez nich nisko oceniony przez drugą osobę oceniony zostaje wysoko. To czepianie się cudzych ocen jest właśnie chore. Ale to już kwestia ludzkiej natury niezależnej od narodowości.

  • Już 6,7 :/
    Dla mnie mocne 7. Średnia koło 7,5 byłaby tą spodziewaną.

  • Ale wiesz, że to twoje 7 jest bliższe 6,7 niż 7,6? ;)

  • Ja tam nie wiem. Dla mnie ten film jest przegadany. Może to i dobre kino, ale kumulacja wszystkich aktorów których nie cierpię robi swoje i dlatego tylko pinć na dzisiynć.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o