Kamienie na szaniec - moja recenzja - louloublog.pl

„ Niech żywi nie tracą nadziei,
I przed narodem niosą oświaty kaganiec,
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!”

„Kamienie na Szaniec” w reżyserii Roberta Glińskiego (znanego z głośnych filmów „Wszystko co
najważniejsze”, „Świnki” czy „Cześć Tereska”) – to adaptacja kultowej już dziś powieści pod tym
samym tytułem, autorstwa Aleksandra Kamińskiego – napisanej jeszcze podczas wojny w 1943
roku, ku „pokrzepieniu serc”.

Informacja na temat filmu zelektryzowała mnie i zaciekawiła praktycznie od razu, bo książka jak i
ogromne emocje towarzyszące przy jej czytaniu, wciąż są żywe w pamięci. I choć lata minęły a
szczegóły się zatarły, tematyka jest wciąż aktualna. Dlatego całkowicie zgadzam się z opisem
dystrybutora, że jest to:
„Opowieść o młodości, miłości i przyjaźni. O bohaterstwie, które ma wielką cenę i o walce, która
stała się legendą. Byli młodzi, spragnieni życia. Nie było dla nich rzeczy niemożliwych.
Pewnego dnia obudzili się w świecie, w którym nie było już miejsca na marzenia. Stanęli przed
wyborem: pochylić pokornie głowy albo zaryzykować własne życie. Nie mieli doświadczenia ani
broni, ale znaleźli w sobie odwagę i siłę, by sprzeciwić się hitlerowskiej machinie. Wierzyli w
przyjaźń, wolność, w Polskę. Mieli ideały. Weszli na drogę, z której nie było odwrotu. Byli jak
kamienie rzucane na szaniec…” – sama bym lepiej tego nie ujęła ;)
W rolach głównych wystąpili młodzi obiecujący aktorzy: Tomasz Ziętek, Marcel Sabat, Kamil
Szeptycki. Wspierani kunsztem aktorskim i doświadczeniem m.in. Artura Żmijewskiego, Danuty
Stenki, Andrzeja Chyry czy Krzysztofa Globisza.
Na uwagę – oprócz gry aktorskiej – zasługuje też ścieżka dźwiękowa do filmu. Główny motyw,
czyli piosenkę filmową pt. „4:30” wykonuje Dawid Podsiadło, którego zaczynamy lubić wszyscy.
Dawno nie było tak dobrego głosu z oryginalnymi aranżacjami na polskiej scenie muzycznej.

Filmowa adaptacja książki Kamińskiego jest zogniskowana na konflikcie „zabijać czy nie
zabijać”, na konkretach, nie na górnolotnych hasłach, bo jak zabijać, gdy się nie jest do tego
przekonanym, gdy skręcenie karku zwykłemu gołębiowi staje się niemożliwym czynem a co tu
mówić o… hmmm.
Jak to bywa z ekranizacjami książek – zwłaszcza „kultowych” tak i tu, pojawiają się zarzuty: że nie
odwzorowuje książki (nie musi, to w końcu uwspółcześniona adaptacja z podkreśleniem
tamtego okresu wojny – jej realiów), że aktorzy bardzo podobni do pierwowzorów – tylko z ubioru
czy fryzury (to też, ale ja zauważyłam jeszcze ten sam błysk w oku, radość z bycia młodym,
ogromny patriotyzm i odwagę oraz zwykłe ludzkie i moralne wątpliwości, zwłaszcza uwypuklone w
dialogach Zośki i Rudego).
Ktoś inny zarzucał brak szacunku czy pyskówki względem starszych i przełożonych – wręcz jest
odwrotnie, jest „posłuch” i kindersztuba taka, na jaką przystało w tamtych nieludzkich czasach.
Dodatkowo pojawia się (o zgrozo) „nagość” – bez przesady nie epatuje to w większym stopniu niż
niejedna reklama czy program w TV. Niestety tamta młodzież musiała wręcz niekiedy
błyskawicznie dorosnąć, wystarczy wspomnieć te wszystkie wojenne narzeczone i przedwczesne
młode wdowy.
Tomasz Ziętek grający Rudego sam mówił że najbardziej „zszokowany” był listami Rudego
pisanymi niedbale, na kolanie i na dodatek ówczesnym slangiem!
A jeśli był bunt, to tylko wynikający bardziej z rozżalenia, czy innych poglądów niż starsi, moim
zdaniem: Zośka (Marcel Sabat) wbrew woli ojca nie dysponuje rodzinną schedą, choć chciałby –
na szczytny cel, takie przykłady można mnożyć, bo jest wiele.
Reżyser na temat filmu mówi:
”… nie jest tradycyjną adaptacją książki „Kamienie na szaniec”. W swojej powieści Aleksander
Kamiński zbudował zmitologizowaną historię polskiego harcerstwa. Pokazał wyidealizowane
postaci i wydarzenia, które zyskały rangę heroicznych czynów. Nasz film proponuje współczesne,
filmowe spojrzenie na tą literacką opowieść. Dąży do odbrązowienia pomników. Stara się
odnaleźć autentyzm w swoich bohaterach wykorzystując wizualną siłę kina.
Bez mistrzowskiego warsztatu operatora Pawła Edelmana, film nie byłby tak niezwykły w odbiorze
– po tym znać rękę mistrza, bo są w nim ostre, dynamiczne sceny (z krótkich ujęć) przeplatane
długimi klasycznymi i spokojnymi obrazami. Zresztą wszystkie sceny były wcześniej drobiazgowo
planowane i omawiane, a te pieczołowitość i detale doskonale w filmie widać już od pierwszych
minut.
Odpowiednio dobrana muzyka determinuje odbiór i kiedy trzeba to zwalnia kiedy indziej znów
podkręca tempo.

Polecam tę adaptację każdemu, nie tylko młodzieży.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o