Na miejscu Kinga też bym się wkurzył

Pomijając, że dziś film trąci myszką to ogólnie zamiast straszyć jest zwyczajnie groteskowy. Nicholson jest genialny, ale reszta obsady... Czytając "Lśnienie" wyobrażałem sobie Wendy jako wrażliwą, trochę zalęknioną kobietę, tymczasem w wersji Kubricka wygląda ona na przerażoną i (bez obrazy) upośledzoną. Skutek taki, że trudno poczuć empatię do tej postaci. Książkowy Halloran jest ciepły i serdeczny, Kubrick spreparował postać starca, który jakby nie wiedział co się wokół niego dzieje. Bardzo dobrze wyszedł nastrój agorafobicznego lęku w ogromnym, pustym budynku, ale co z tego, kiedy książkowy hotel, który sam w sobie był potworem tutaj jest zaledwie martwym rekwizytem; zakurzonym zamczyskiem z kiepskiej bajki. Brak w tym filmie pasji (nic dziwnego, że gdzieś uciekła przy tylu dublowanych scenach). Złota malina niestety zasłużona, a większość z tych, którzy dziś piszą o arcydziele piszą tak pewnie, ponieważ nie wypada inaczej. Król jest nagi, a "Lśnieniu" przydałby się porządny remake, żeby poprawić to co Kubrick ewidentnie spieprzył. Słaby film plus dwie gwiazdki za Nicholsona.

81
  • Stary...Jakbyś czytał mi w myślach.Pozdrawiam.

  • Stary (Doktorku), również zgadzam się z Tobą w 100% :)

  • Rozumiem brak sympatii do postaci Wendy, ale twojej oceny już niestety nie potrafię zrozumieć, ani zaakceptować. Dawać 5 filmowi Kubricka to tak jakby przyrównać IX Symfonia Beethovena do disco polo. Nie każdy musi uważa za arcydzieło ten film, ale za same zdjęcia, muzykę i kunszt Nicholsona należałoby nie oceniać go poniżej 8.

    • Nicholson zyskał aż dwa punkty z pięciu, jak wspomniałem, zatem bez przesady. Może główną przyczynę niewłaściwych ocen tego, niewątpliwie znakomicie sfotografowanego i umuzycznionego, gniota określa w przypadku większości osób wyrażenie "należałoby oceniać"? Otóż nie sądzę, że jakikolwiek film "należy" oceniać co najmniej taką to a taka oceną, bo niby dlaczego? Czy ktoś chodzi do kina oglądać święte krowy wyłącznie?

      • Istotny jest jednak fakt, że przez takie oceny jak twoja, arcydzieła Kubrica mają niższe oceny od blockbusterowych gniotów pokroju Avengers.

        • Arcydzieła nie potrzebują wysokich ocen na filmweb. Ich wartość weryfikuje czas, a nie punkciki na portalu w sieci. Przecież obaj wiemy, że nie jakość decyduje o pozycji w rankingu filmów na fw, ale ilość i hype. Druga sprawa, że nikt nie dał nikomu prawa stawiać wyżej gustów wielbicieli Kubricka od upodobań gimbusiarni od "Avengers". Przyjdzie czas to i gimbusiarnia wyrośnie, "Avengers" się znudzi i może coś ambitniejszego obejrzą. Ocenianie czegoś wysoko "bo tak trzeba", "bo to Kubrick" itd. jest czymś znacznie gorszym od ocen wystawianych przez dzieciaki blocbusterom, dlatego, że mocno trąci hipokryzją, zaś oceny tych młodych ludzi są przynajmniej szczere. Jak napisałem wyżej nie podoba mi się przede wszystkim to, że Kubrick wypaczył, moim skromnym (a jak się później dowiedziałem, również autora książki) zdaniem literacki pierwowzór. Twórczości Kubricka jako całości nie mam zamiaru oceniać.

          • Myślałem, że nasza wymiana zdań doprowadzi do kłótni, a okazuję się, że doszliśmy chyba do porozumienia. Zgadzam się z Twoją ostatnią wypowiedzią(w pewnym stopniu) :P

            "Twórczości Kubricka jako całości nie mam zamiaru oceniać." - A może jednak?

            • A czy ja się znam na Kubricku? "Oczy szeroko zamknięte" to był całkiem przyjemny zimny dreszcz, a "Lśnienie" patrz wyżej. I tyle, mniej więcej, Kubricka widziałem. "Mechaniczną pomarańczę" od lat odkładam na "później", zaś "Odyseję kosmiczną" wolałem przeczytać, niż zobaczyć. O Kingu to możemy pogadać, o Kubricku w tej chwili nie bardzo, o artystycznym spotkaniu tych dwóch to chyba już powiedzieliśmy wszystko co myślimy :)

        • Czuję się po części wywołany do tablicy. Co prawda samych Avengersów nie oglądałem, ale zdarza mi się oglądać tego typu filmy i oceniać je wyżej od Lśnienia. Tamte filmy oglądam z nudów, albo dlatego, że nie ma nic ciekawszego w kinach więc zwykle nie wiążę z nimi wielkich oczekiwań. Podchodzę do nich jako do zabijaczy nudy i jeśli któryś mi się spodoba to oceniam go na dobry bo np. wciągnęła mnie akcja czy spodobały mi się żarty. Nie ma szans na 10 czy nawet 9, ale na 7 czemu nie, skoro dobrze się bawiłem podczas seansu. Zupełnie inaczej było z filmem Kubricka. Zbierałem się od długiego czasu do tego dzieła i po zakończeniu (na które strasznie czekałem, bo film mi się nużył) byłem po prostu zawiedziony. Doceniam rewelacyjną rolę Nicholsona czy te długie przejazdy kamerą, które strasznie budują klimat, ale momentów kiedy w napięciu czekałem co się teraz stanie było jak na lekarstwo, za to takich kiedy się chociaż trochę wystraszyłem aż jeden (jak wjechała plansza z nazwą dnia). Film może i wywoływał napięcie, ale w 1980. Dla mnie był po prostu przewidywalny. Chciałem go ocenić na 6 bo mimo wszystko uważam, że to niezły film, ale wtedy przypomniałem sobie Wendy. Ja pier.... nie dziwię się gościowi, że po X latach małżeństwa chciał ją zajebać siekierą skoro ja miałem na to ochotę po 30minutach oglądania. Właśnie druga sprawa to, że nie czułem w tym filmie, że to hotel zmienia ludzi. Cała rodzina od początku filmu nie jest normalna (mały gada z palcem, matka z uśmiechem na ustach opowiada jak ojciec pijak wykręcił małemu ramię, wyglądając przy tym na mocno opóźnioną), z biegiem czasu po prostu im się to pogłębia. Na koniec to o czym wspomniał toxymorf. To że to był znany i poważany reżyser ma znaczyć, że muszą mi się podobać jego filmy? Owszem parę mi się podobało (Mechaniczna pomarańcza, Oczy szeroko zamknięte, The Killing), ale FMJ czy Lśnienie są dla mnie w połowie nudne. Może za dużo od nich oczekiwałem podchodząc do nich.

        • Nie rozumiem co złego widzisz w blockbusterach. To zupełnie inny gatunek filmów, do którego trzeba trochę inaczej podejść. Nigdy nie staną się niezapomnianymi klasykami na miarę Odysei Kosmicznej czy Mechanicznej Pomarańczy, lecz same w sobie jako filmy dają radę. Potrafią bawić, być kreatywne, ciekawe i przede wszystkim dają rozrywkę. Patrzenie na wszystko krytycznym okiem i oglądanie poważnych filmów nie wyklucza dobrej zabawy na wysoko budżetowym filmie o superbohaterach, który również może być dobry w swoim gatunku.

    • A mnie ten film znudzil kompletnie.. no niestety jakos w nim kunsztu nie widzę,ale jak dostrzega go ktoś inny,to czemu nie:)

    • Według Ciebie nieważne jaki gniot nakręci Kubrick i tak z góry przed obejrzeniem daję 8-10, niżej nie można bo to w końcu mój ukochany Kubrick? Skończcie już z tym disco polo, tylu ludzi go krytykuje, a wszyscy świetnie się przy nim bawią.

  • Bardzo zgadzam się z Twoją wypowiedzią. Najpierw obejrzałam film i spodobał mi się. Po paru latach przeczytałam książkę, ponownie obejrzałam film i byłam zażenowana poziomem filmu, nie mogłam uwierzyć, że można tak spaprać. Tak wiele rzeczy mi w nim nie pasuje, że nawet nie chce mi się ich wszystkich wymieniać (żałosna Wendy, zachowujący się jak upośledzony Danny, Jack robiący debilne miny cały film, labirynt, sytuacja w pokoju 237 (w mojej książce był to pokój 217), Danny "mówiący" Tonym machając palcem i skrzecząc - żenada, uprzejmy Ullman i tysiąc innych rzeczy, których zabrakło, przemieniono lub dodano). Z książką zgadza się chyba tylko położenie hotelu. Chciałabym potrafić rozdzielić książkę i ten film jako dwie oddzielne, nie związane ze sobą dzieła. Ale nie potrafię i obiecałam sobie nigdy już nie wracać do tego filmu...

  • Serio? Jeśli na Tobie większe wrażenie robią drewniany młotek, a nie siekiera czy krwiopijczy wąż strażacki lub żyjące zwierzęta z żywopłotu to Twoja sprawa. Książka była moim zdaniem srednis i prędzej zabawna jak straszna, za to "Lśnienie" Kubricka to nie tylko najlepszy horror w historii kina (wg mnie), ale i jeden z najlepszych filmów w ogóle ;) To tylko moje zdanie.

    • Młotek czy siekiera? - oto jest pytanie. Ja wiem, że mam rację, bo mam swoje zdanie :)
      Serio to nie chce mi się tego ciągnąć, ani udowadniać dlaczego wolę żyjące zwierzęta z żywopłotu, niż martwy zestaw scen zwany przez wielbicieli Kubricka arcydziełem.

      • Można mieć swoje zdanie, a racji jednak nie mieć, to chyba oczywiste?

        • To był żart, na co wskazuje użycie zaraz potem przysłówka "serio". Proszę o czytanie ze zrozumieniem. Zażartowałem z tego, że ktoś przywiązuje wagę do tego czy to był młotek, czy siekiera. Zweistein tak? No rzeczywiście zwei. Pozdrawiam.

          • Zwei czy stein? Rzeczywiście, żarciki sypią się z rękawa. I jakie śmieszne, na dodatek.

            Akurat siekiera sprawdziła się w filmie znakomicie i scena, w której oszalały Jack wdziera się do łazienki jest jedną z najbardziej pamiętanych i robiących wrażenie (dobre, rzecz jasna). Trudno powiedzieć, jak sprawdziłby się młotek, ale tę zmianę Kubricka trudno uznać za nieudaną.

            • Zweistein, bo przecie nie Einstein, skoro nadal ze zrozumieniem nie czyta. Chociaż czy trzeba być einsteinem (rzeczownik pospolity, dlatego z małej), żeby zrozumieć, że dla mnie młotek czy siekiera to bez znaczenia? No, ale skoro Kubrick siekierę sobie wymyślił to musi być udane. Prawda? Nawet gdyby wymyślił, że Jack te drzwi brudną skarpetką rąbie to byłoby genialne, bo to Kubrick przecież. Cały wic polega na tym, że mechanizm straszenia u Kinga jest oparty o kwestię: co zrobisz kiedy przyjdą potwory? Uznasz, że to nie może być prawda (potwory przecież nie istnieją) i dasz się pożreć, czy będziesz walczył? Tak jest w wielu książkach Kinga. Kubrick zrobił z tego zwykłe popadanie w obłęd, kastrując całą ideę "Lśnienia". Dziękuję za uwagę. Miłej siekiery. http://casusaniola.pl/gosc-wigilijny/

              • "No, ale skoro Kubrick siekierę sobie wymyślił to musi być udane. Prawda?"

                Jakoś nieprawda, niestety. Po prostu scena się broni, i tyle. Wystarczy.
                Poza tym siekiera wydaje się bardziej dynamiczna i groźniejsza - choćby skojarzeniowo. Ale przecież nie sama zamiana jest trafiona ("bo Kubrick") , ale to w jaki sposób zaaranżowano scenę. Więc te żarciki skarpetkowe możesz schować do kieszeni, argumentacja kompletnie nietrafiona.

                Kubrick stworzył swoje Lśnienie, nie musiał i nie chciał chodzić w butach Kinga. Dla mnie "zwykłe popadanie w obłęd" nie jest takie zwykłe, bo odległe dość od mojej rzeczywistości. Widocznie u ciebie jest inaczej...
                Inna rzecz, że oprócz "normalnego" obłędu, są jak najbardziej "nienormalne"/nieracjonalne - ale przecież najwyraźniej realne - duchy Overlord.
                Te ciągłe porównywania i wykazywania, gdzie i co Kubrick zrobił inaczej (czytaj "źle", prawda? ;) są trochę dziwne. Bo film nie jest komentarzem do książki, ma bronić się sam i na własnym polu filmowym.

                • Siekiera czy młotek to detal. Widzę, że uparłeś/aś się, żeby się na tym detalu skupiać pomijając całość. Młotek nie może być przerażający? Tak? Więc, kiedy ktoś Cię zaatakuje młotkiem to powiesz mu, że na Tobie nie robi to wrażenia, bo to nie siekiera i nie ma siły "skojarzeniowej"? Hm... To dopiero zakrawa na obłęd. Film oparty na książce jest jej wizualną interpretacją dla tych, którzy ową książkę czytali. Ekranizacja zazwyczaj spłyca wszystko to, co działo się dotąd w wyobraźni czytelnika i zubaża owe skojarzenia narzucając jedną, konkretną wizję reżysera. Nawiasem mówiąc interpretacja, a komentarz to dwie różne historie, więc nie wiem skąd Ci się ten "komentarz" wziął. Ekranizacja Kubricka idzie jeszcze dalej, bo wypacza literacki oryginał. I nie. Nie broni się tylko na polu filmowym, ponieważ czytelnicy książki zawsze będą film z książką porównywać, a ściślej porównywać skojarzenia, jakie budzi w nich książka, z tymi, jakie sprowokował w nich film. Nie da się tego oderwać, zatem nie ma sensu tego dzielić. Zresztą popatrzmy na "Carrie" Briana De Palmy. Da się odcisnąć swoje piętno i uniknąć zastępowania dobrego "lepszym"? Ano da. Da się uniknąć przerabiania pełnokrwistych bohaterów na kukły? De Palma uniknął. Odnośnie obłędu i rzeczywistości to zastanawia mnie to, że skoro obłęd jest tak daleko od Twojej rzeczywistości to po co faszerujesz się filmem o obłędzie? Mało tego, Ty się jeszcze tym filmem zachwycasz. Lubimy zazwyczaj to, z czym się utożsamiamy. Zastanów się nad tym mój drogi/ droga... Moglibyśmy jeszcze pogwarzyć o obłędzie i normalności, (o ile coś takiego istnieje) ale nie o to tu idzie. Wybacz, ale jeśli o mnie chodzi to kończę to wałkowanie tematu "Lśnienia", ponieważ widzę, że się uparłeś/aś udowodnić mi wielkość tego dzieła. Gdybyś uważniej przeczytał moje wypowiedzi to zrozumiałbyś, że wcale nie chodzi mi o wskazywanie co Kubrick zrobił inaczej, ponieważ to raczej Wy - wielbiciele Kubricka - czepiacie się w tym temacie detali (a to wąż, a to zwierzęta, a to siekiera) ale o to, że zwyczajnie swoją wydumaną wizją wszystko spieprzył. Zatem upadam na ziemię, niczym Scatman Crothers wrzeszcząc "Czego pan chce panie (zweistein) Kubrick?". A teraz wstaję i wychodzę. A Ty pałuj (siekieruj?) się swoim Kubrickiem do woli. Bonne chance!

                • Lśnienie jest adaptacją, a nie ekranizacją. Zupełnie autonomiczny twór. Odbieranie dzieła Kubricka jako wizualna interpretacja książki Kinga mija się zasadniczo z celem. Dlatego twierdzenie, że Lśnienie nie broni się jako film bo wywołuje inne skojarzenia niż książka jest co najmniej dziwne. Jedynie przy ekranizacji można sobie ewentualnie oceniać film w kontekście do książki, ale zachowując odpowiedni dystans i mając na uwadze, że narzędzia którymi dysonuje filmowiec i narzędzia którymi dysponuje pisarz są bardzo odmienne. Rozumiem pretensje Kinga, raczej większość autorów nie lubi jeśli ktoś inny modyfikuje w znacznym stopniu ich dzieła, ale mógł przecież nie udzielić zgody na wykorzystanie swojej powieści. Powinien wiedzieć, że Kubrick nigdy nie trzymał się wiernie książek i wprowadzał wiele zmian.

                • No więc facet bierze sobie powieść i kręci film w oparciu o nią. Skoro już dzielimy włos na czworo to może za wikipedią (bo nie chce mi się szukać innych źródeł) powtórzmy, że adaptacja nie trzymając się wiernie literackiego oryginału przekazuje jego główną ideę. Problem jednak w tym, że Kubrick w swoim filmie tę ideę zmienił, zarazem nadając mu jednak pozory ekranizacji, nie adaptacji (to samo miejsce, ci sami bohaterowie, taka sama fabuła, wyjąwszy zakończenie). Koniec końców wychodzi z tego ekranizacja z wypaczonym głównym przesłaniem. Co King mógł zrobić, a czego nie trudno powiedzieć, bo nie wiadomo jak się ci panowie dogadywali na początku. Zakazywanie odbiorcom porównywania filmu z książką jest właśnie czymś dziwnym, bo niby dlaczego mamy tego nie porównywać? Tylko dlatego, że to inna forma sztuki? I nie chodzi o żadne narzędzia (siekiera czy młotek tak?), tylko właśnie o strywializowanie, odarcie z całej tajemnicy, wykastrowanie całej historii z jej zalet. Owszem w oderwaniu od książki film Kubricka może budzić uczucie niepokoju i... właściwie nic więcej. Dobry film oparty o książkę powinien wzbogacać jej odbiór, a nie upraszczać. Filmowiec może wręcz więcej, niż pisarz, ponieważ jedną sceną może przekazać to, na co pisarz potrzebuje wielu słów. "Lśnienie" Kubricka to modelowy przykład jak można schrzanić robotę. Warto dodać, że dziś film ten budzi najwięcej emocji nie z powodu swej domniemanej wartości artystycznej, a raczej z przyczyny właśnie poważnego zniekształcenia przesłania książki. Oczywiście istnieje irracjonalne twierdzenie, że o wartości utworu decyduje to ile wzbudza kontrowersji, jednakże idąc takim tropem dojdziemy do wniosku, że Justin Bieber jest wielkim artystą, bo jedni go kochają inni nienawidzą. Niestety "Lśnienie" Stanleya Kubricka wielką kichą jest. Razi ignorancją i emocjonalnym chłodem. Gdyby Kubrick znalazł się jako postać w książce to pewnie pojawiłby się na samym końcu, jako ktoś, kto nie ma zamiaru uwierzyć w żadne brednie o przerażającym hotelu, który sam w sobie jest odrębnym, przerażającym, świadomym bytem, ponieważ dla niego przecież oczywiste byłoby, że ten Torrance zwyczajnie zwariował z powodu odcięcia od świata. I tu dochodzimy do sytuacji, w której dla Kinga izolacja stała się punktem wyjścia, zaś dla Kubricka ostatecznym wyjaśnieniem. A ja takiego chodzenia po najmniejszej linii oporu nie kupuję, nawet gdyby to ukryć za hektolitrami krwi wylewającej się na korytarz i obrzucić ochami i achami nadal jest to taniocha.

                • Okej, trzymajmy się definicji z wikipedii:
                  "adaptacja filmowa rozumiana jest jako obróbka materiału, najczęściej literackiego, choć także przedstawienia teatralnego lub słuchowiska radiowego, przeznaczonego do sfilmowania. W praktyce jednak adaptacja filmowa często wykracza poza tę definicję, poszerzając lub nawet zupełnie zmieniając kontekst dzieła."
                  Zmiana idei jak najbardziej wpisuje się w ramy tej definicji. Myślę, że u Kubricka nie ma nawet pozorów ekranizacji. Te, że miejsce się zgadza to prawda, ale to jest przecież tło. Bohaterowie u Kubricka są już inni, fabuła także jest inna, a zmienione diametralnie zakończenie które jest bardzo istotnym elementem każdej sztuki mówi jasno nam - nie szukajcie u Kubricka śladów Kinga bo go nie znajdziecie.
                  Nie zabraniam nikomu porównywać, jednak argument o sztuce który podałeś jest bardzo dobry, jeszcze lepszy od mojego o luźnej adaptacji a nie ekranizacji powieści. Wiąże się to z narzędziami o których pisałem i nie miałem na myśli żadnych młotków do roque'a i siekier a możliwościami jakie ma pisarz i reżyser podczas kreowania historii. Przyznasz, że słowo pisane, które pobudza wyobraźnię czytelnika jest zupełnie czymś odmiennym niż płynący obraz filmowy, który dodatkowo wspierany jest dźwiękiem czy muzyką. Np. gdy w książce przeczytasz "Piękna czarnowłosa kobieta" to zbudujesz w swojej głowie ideał. W filmie tak to nie działa, bo nie ma kobiety która podobałaby się każdemu mężczyźnie na świecie. Inna sztuka, inna bajka. Nigdy nie będę zwolennikiem porównań chyba, że scenariusz napisze sam autor książki a film będzie starał się być kalką, co stwarza kolejny problem bo musi być wtedy długi, 1 strona = 1 minuta czasu ekranowego to dość uczciwe przełożenie. Czyli Lśnienie musiałoby trwać około 8 h by ująć wszelkie wątki. Tak się filmów nie robi. Jakbym bardzo się starał tak nie zrozumiem nigdy tych co porównują dzieła tworzone w tak różny sposób.Jak wspomniałem, nie zabraniam, każdy odbiera sztukę na swój sposób.
                  Film Kubricka nie dotyczy jedynie sfiksowania Torrence'a. Przede wszystkim dotyczy istoty genezy zła. Nie wiemy czy to wina człowieka, czy miejsca jakim jest Hotel Overlook. U Kubricka hotel też jest specyficznym, żyjącym organizmem, słyszymy czasami np. dziwne dźwięki przypominające bicie serca. Izolacja i jej skutki to drugorzędna sprawa w filmie. Nie ona zaczyna serię koszmarnych wydarzeń. Polecam kiedyś wrócić do filmu i spróbować spojrzeć na niego w całkowitym oderwaniu od powieści. No, a przede wszystkim spojrzeć na niego... jak na dzieło filmowe, czyli jak wygląda scenografia, jak finezyjnie porusza się kamera, jak atmosferę buduje muzyka czy montaż itd.

                • Szanuję to, co napisałeś. Twoje argumenty są przemyślane i poniekąd uzasadnione, jednak mnie nie przekonują dlatego, że zwyczajnie nie wystarczą. O tym, że film jest znakomicie sfotografowany i udźwiękowiony wspomniałem już wyżej odpowiadając użytkownikowi Octavioo. Niestety, jak napisałeś, nie dowiedzieliśmy się jaka jest owa "istota genezy zła", ponieważ Kubrick zaniechał ożywienia hotelu. Jeśliby go ożywił to musiałby postąpić w zgodzie z książkowym oryginałem. Samo bicie serca, dziwne dźwięki itp. to za mało, żeby widz dostrzegł, że hotel żyje. Biorąc pod uwagę zakończenie filmu to raczej są to tylko aspekty postępującego szaleństwa. Hotel Kubricka przytłacza, na pewno więzi bohaterów, ale na dobrą sprawę wciąż jest martwy. Tak więc mamy ewidentny przerost formy nad treścią, ponieważ na proste pytanie jak to z tym hotelem było Kubrick nie zechciał odpowiedzieć, a jeśli odpowiedział to zakończenie raczej wskazuje na to, że według Kubricka Torrence dostał hyzia. Dla mnie, o ile w książce mamy porażającą kulminację w zakończeniu, to u Kubricka z ostatnich scen wieje nudą. Ot, facet biega na na mrozie między krzakami. Właściwie nawet nie wiadomo dlaczego on tę swoją rodzinę chce wykończyć. W książce wiemy wszystko zarówno o tym jaka jest istota hotelowego zła i znamy również przyczynę morderczych zapędów Torrence'a. Hotel chce Danny'ego, a Jack zamierza hotelowi go dać. Kubrick wyzbył się tego, co w książce najważniejsze. Owszem jako twórca miał taki wybór i można wyboru jakiego dokonał bronić pisząc, że przecież zdjęcia, że muzyka, że odrębna forma artystycznej wypowiedzi, że adaptacja, że Nicholson, że nawet siekiera...! :). Dla mnie obronić się tego jednak nie da i, przykro mi, ale nie zamierzam Kubrickowi wybaczyć. Nawet nie dlatego, że "Lśnienie" jest moją ulubioną książką Kinga, bo nie jest. Głównie dlatego, że Kubrick mnie znudził, zniesmaczył swoją ignorancją i dającą się wyczuć megalomanią. Do tej pory wiele osób wyznaje pogląd, że oto wielki reżyser zrobił łaskę temu komercyjnemu Kingowi biorąc się za "Lśnienie" i wzniósł to straszenie mas na poziom artyzmu. Otóż zrobił to fatalnie, wyprodukował zimną breję pod hasłem "zrobię to jak trzeba, po swojemu", czyli bez pasji, bez klarownej wizji, bez odrobiny ciepła i tylko z lodowatą perfekcją realizatorską w mojej opinii. Zanudzanie widza to śmiertelny grzech. Liczy się opowiedziana historia, a sama zdjęcia i muzyka bez niej niewiele znaczą. Liczy się katharsis, jakiego widz może doświadczyć, o czym najlepiej wiedzieli starożytni Grecy tworząc teatr. Z wypowiedzi tutaj zamieszczonych wnioskuję, że nie jestem w swojej opinii odosobniony, niemniej miło było się pospierać. Pozdrawiam.

                • Czyli - zgodnie z twoją interpretacją - w filmie duchów Overlook nie ma...
                  Po prostu Jack oszalał, ot tyle
                  Tylko jeśli przyjąć za dobrą monetę tę niezwykłą interpretację, oszalał również Danny (widzi duchy, działają na niego, przeciw niemu) oraz Wendy... Szalony jest również Halloran, bo on też te duchy zna...
                  Czy ten zestaw szaleństw wydaje ci się - w ramach konstrukcji fabularnej filmu - możliwy do zaakceptowania?

                • Istota genezy zła? Tajemniczy Hotel postawiony na Indiańskim cmentarzysku, ciemna strona ludzkiej natury, odosobnienie czy zmarginalizowany, ale mimo wszystko zawarty problem alkoholizmu Jacka. Osobiście stawiam najwięcej procent na hotel i gorszą stronę człowieka. Można w wielu momentach odczuć że jest coś z nim mocno nie tak. Ten dźwięk i bicie serca mało zauważalne, można tego nie dostrzec, niech będzie, chociaż jak mawiają diabeł tkwi w szczegółach. Ale co ze sprawą duchów z Grady'm na czele? Czy to nie sprawka hotelu? Kto otworzył drzwi ze spiżarni Torrence'owi? Dlaczego Danny ma siniaka na szyi? Można rzec, że to coś więcej niż zjawy, to są materialne byty wysłane przez hotel by przekabacić naszego bohatera w celu popełnienia straszliwych czynów. Czy nie podobnie było u Kinga? Podobnie, tyle że u Kubricka nie wszystko jest takie proste, operuje on głównie obrazem i tak jak w swojej późniejszej twórczości (od Odysei zaczynając) za specjalnie nie wyjaśniał za pomocą słów swoich idei tworząc pewne niedomówienia i tajemnice.
                  Zakończenie i najazd kamery na zdjęcie z balu z 4 lipca1921 roku w którym figuruje Jack mówi nam: Torrence był tutaj już wtedy, jest teraz i będzie w tym hotelu jeszcze wiele razy. I za każdym razem będzie niestety tym złym. Jest uosobieniem zła pochodzącym od ludzkiej natury. Pesymistyczne spojrzenie na człowieka, ale analizując filmy Kubricka często spotkamy się z defetyzmem. Mam wiarę w człowieka zdolnego do szlachetnych czynów, ale patrząc choćby na druga wojnę światową można czasami zwątpić.
                  Kubrick jest takim pyszałkiem, butnym gościem jednak wybaczam mu wszystko bo zawsze potrafi mnie zainteresować. Film powinien działać na dwóch płaszczyznach - intelektualnej i emocjonalnej i ja znajduję w Lśnieniu wszystko. Ta historia mnie za każdym razem wciąga i fascynuje mimo negatywnego wydźwięku. Jeśli Ciebie nie to trudno, sam nieraz się nudzę na uznanych klasykach. Katharsis może nie przeżyłem bo u tego reżysera prócz Odysei o to trudno, ale zaciekawienie, lęk, niepewność, napięcie, zdziwienie, zwątpienie, nawet śmiech i jeszcze kilka innych emocji zaznałem.
                  Sądzę, że ważne jest charakter i osobowość widza. Stawiam w ciemno, że Kubrick przypasuje introwertykowi bardziej niż ekstrawertykowi bo sam nim był, stąd jego chłód. Ścieżki chwały - tak, w tym filmie jeszcze możemy ujrzeć sporo humanizmu i to ciepło którego Ci brakowało w Lśnieniu. W Barrym Lyndonie też trochę. Mocno żadnego filmu nie będę polecał, ale zobaczyć wszelkie filmy tego pana warto. I to nie jest spieranie, zwyczajna wymiana zdań ludzi o rożnych spojrzeniach :)

                • Coś jest na rzeczy, bo do introwertyka mi bardzo daleko :) Twoja wypowiedź o wrażeniach, jakie wywierają na Tobie filmy Kubricka spodobała mi się bez porównania bardziej, niż jego film. Jest to wypowiedź, na jaką czekałem w tym temacie; taka, która broni pomysłu reżysera bez powoływania się na jego prawa jako twórcy, których przecież nie kwestionuję.
                  Nie wiem czy sam jesteś introwertykiem, ale mam wrażenie sporej dozy otwartości w tym, co napisałeś. Przede wszystkim widzę tu chęć nawiązania dialogu, a nie udowodnienia za wszelką cenę swoich racji, a takich postaw cholernie na tym portalu brakuje.
                  Być może jeszcze kiedyś dam szansę Kubrickowi, ale wiesz... Jest jeszcze tyle świetnych filmów do obejrzenia i książek do przeczytania :D
                  Życzę zatem niezapomnianych doznań, tak intelektualnych, jak i emocjonalnych, zarówno filmowych, jak i literackich.

                • Sporo tego, więc po kolei.

                  "Młotek nie może być przerażający? Tak? "
                  Nie. Przecież nigdzie tego nie napisałem. Napisałem natomiast co innego, można sprawdzić. Scena z siekierą ma oczywiste walory plastyczne. Całkiem możliwe, że siekiera bardziej pasuje w obrazie, nadaje ruchom Jacka właściwej rytmiki (spójrz na ruchy kamery), tłumaczyłoby to jej wybór - obraz inaczej wybrzmiewa niż tekst, ma odmienną strukturę. Poza tym, w filmie jest też scena z Wendy, w której używa kija bejzbolowego, być może młotek jest - nieco - podobny, siekiera należy do innego asortymenty, więc wypada lepiej, bo inaczej. To przypuszczenia, oczywiście, ale wskazują, że ten wybór tego konkretnego artefaktu wcale nie musi być bez znaczenia, jak sądzisz.

                  Tłumaczenie filmu przez książkę to oczywiste nieporozumienie. Nikt o zdrowych zmysłach nie porównuje malarstwa z fotografią, nie wnosi o słabości fotografii na podstawie tego, że nie korzysta z malarskich norm i standardów. Podobnie dziwacznym pomysłem jest szukanie błędów filmu na podstawie niezgodności z literackim pierwowzorem, szczególnie, jeśli reżyser takiej zgodności wcale nie szukał.

                  " Nie broni się tylko na polu filmowym, ponieważ czytelnicy książki zawsze będą film z książką porównywać, a ściślej porównywać..."
                  Nie. Jestem pierwszym przykładem, który temu przeczy. Książkę wziąłem w nawias, mając pełną świadomość odrębności obu form/gatunków i indywidualności twórców. Wiem po prostu, że Lśnienie Kubricka nie jest i nie miało być Lśnieniem Kinga skopiowanym na ekran.
                  Czyli można, tylko trzeba chcieć. I móc, rzecz jasna.

                  "Odnośnie obłędu i rzeczywistości to zastanawia mnie to, że skoro obłęd jest tak daleko od Twojej rzeczywistości to po co faszerujesz się filmem o obłędzie? Mało tego, Ty się jeszcze tym filmem zachwycasz. Lubimy zazwyczaj to, z czym się utożsamiamy. Zastanów się nad tym mój drogi..."
                  Nie, znowu błąd, kilka tym razem nawet. Czy np. historykowi, który zajmuje się historią nazizmu powiesz, że wynika to z tego, że lubi faszyzm, że z nazizmem się utożsamia? Absurd. Po prostu ludzi (w tym też mnie, bo jestem człowiekiem) interesują skrajności, sytuacje szczególne, niezwykłe, przekraczające normy. To chyba nie takie trudne do zrozumienia?
                  Twierdzisz, że filmem się zachwycam, że jestem wielbicielem Kubricka... To wskaż może cytat, w którym ten zachwyt filmem wyrażam, gdzie piszę o moim uwielbieniu dla Kubricka... ... Klops, jeszcze jeden. Po co piszesz o czymś, na czym musisz się wywrócić?

                  Gdybyś ciutkę mniej zajmował się radosnym świergoleniem, a nieco bardziej przyjrzał się moim wypowiedziom, może nie okazałoby się, że piszesz niezbyt czystym palcem po wodzie.

                • O! Ktoś się wkurzył :)
                  I co z tego, że w filmie są duchy? Tezę, że film jest o obłędzie wziąłem z powszechnej opinii, dostępnej chociażby w wielu recenzjach filmu. Obecność filmowych duchów tak właśnie powszechnie się tłumaczy. Kubrick zrezygnował w swoim filmie z wyjaśnienia skąd się one tam wzięły na rzecz bliżej niesprecyzowanej "genezy zła". Poprzez zmianę zakończenia sam niejako wskazał na motyw obłędu.
                  Udowadnianie plastycznych wyższości siekiery nad młotkiem... Sorry, dla mnie to bzdury. Ja piszę o tym jakie wrażenie robi przemoc, ty zaś wartościujesz tę przemoc na tę z młotkiem i tę z siekierą podnosząc walory plastyczne, co mnie szczerze rozbawiło, zwłaszcza wzmianka, że siekiera nadaje ruchom Jacka właściwej rytmiki, a młotek nie :D
                  Porównywanie przeze mnie filmu opartego na książce z książką nie ma nic wspólnego z porównywaniem malarstwa z fotografią ponieważ przede wszystkim porównuję fabułę opowiedzianą w filmie z tą książkową, argumentując dlaczego mi się filmowa fabuła nie podoba. Nie wiem czy się orientujesz zresztą, ale wielu malarzy przystępując do malowania obrazu bazuje na fotografii i podczas pracy często porównują zdjęcie z obrazem. I tak, kiedy na fotografii człowiek ma długie włosy to na obrazie artysta nie zrobi go raczej łysym. Tylko w taki sposób można połączyć moje porównywanie książki a filmu z obrazem a fotografią. Twoja argumentacja ma się nijak do tego, co napisałem, nie pisałem bowiem o technikach twórczych, a o efektach, jakie uzyskano.
                  Kubrick nie musiał szukać zgodności z oryginałem książkowym. Ile razy mam powtarzać, że mnie nie interesują detale? Liczy się efekt, jaki uzyskał, a ten jest w porównaniu z efektem oryginalnym mdły i nieprzekonujący. W mojej subiektywnej opinii oczywiście. Ten kiepski efekt jest według mnie właśnie skutkiem tej niezgodności z oryginałem. King zrobił to po mistrzowsku, Kubrickowi zachciało się to poprawiać i wyszło to co wyszło.
                  Pewnie właśnie dlatego, że książkę wziąłeś w nawias to czepiasz się detali i uciekasz do wykazywania różnic w formach artystycznych literatury i filmu pomijając ogólną wymowę całości. W końcu bazą dla filmu jest książka, zatem Kubrick sam musiał ją ze swoją koncepcją najpierw porównać. Skoro tak to dlaczego czepiasz się, że i ja porównuję? Czy Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, że piszesz nie na ten sam temat co ja? Gdybyś pisał na ten sam temat zadałbyś sobie trud, żeby wyjaśnić przewagę rozwiązań fabularnych Kubricka nad tymi Kinga, a nie chrzanił o siekierze i walorach plastycznych ruchów Jacka z siekierą w rękach. Zgadza się, Ty w ogóle książki z filmem nie porównujesz, ponieważ Ty w ogóle o książce nie piszesz tutaj, a ja akurat tak.
                  Co do obłędu to zdaje się pierwszy próbowałeś mi wbić szpileczkę zweisteinie, więc ja Ci się tylko odgryzłem, a Ty tu zaraz o jakichś nazistach. Skoro interesują Cię skrajności to nie sugeruj komuś, że jest obłąkany, bo każdy ma prawo na coś takiego zareagować. Poza tym film Ci się chyba podoba, skoro tak go bronisz. Zgadza się? Wyjaśniam Ci więc, że zainteresowania i gusta są kwestią psychiki i człowiek, który się czymś interesuje poszukuje w tym siebie. Nie ja to zresztą wymyśliłem. Zapewniam Cię, że każdy badacz nazizmu zadaje pytania na temat motywów działania nazistów i pewnie niejeden zadał sobie pytanie czy on mógłby postępować podobnie, popierać takie działania itd. Uważasz, że nie? To powiem Ci, że zdecydowana większość inteligencji niemieckiej w czasach drugiej wojny poparła nazizm i wielu z własnej woli szukało dla niego intelektualnych i moralnych uzasadnień. Dlaczego? Ponieważ każdy człowiek nosi w sobie zalążek szaleństwa. Ja natomiast tylko posłużyłem się tą prawdą, żeby odpowiedzieć na Twoją zaczepkę, Nie znaczy to, że uważam Cię za szaleńca.
                  Jeśli nie rozumiesz tego, co piszę to nie dziwię się, że uważasz to za "radosne świergolenie". Wiesz co? Jakoś to przeboleję :)


                • "Tezę, że film jest o obłędzie wziąłem z powszechnej opinii..."

                  Serio? I wedle tej "powszechnej opinii" Hotel nie jest siedliskiem duchów, złych mocy, itp.? Zaś Jack to "zwykły" szaleniec? Nie wydaje mi się, to już sobie gładko dośpiewałeś.
                  Zwariował Jack, Wendy, Danny i Halloran? ;)

                  "Udowadnianie plastycznych wyższości siekiery nad młotkiem... Sorry, dla mnie to bzdury."
                  Obejrzyj starannie scenę i pracę kamery, podążającej za uderzeniami siekiery. Siekiera wbija się w drzwi, Jack ją wyszarpuje - to się powtarza rytmicznie, raz za razem. Nie sądzę, żeby z młotkiem dało to podobnie "ładny" efekt.

                  "ponieważ przede wszystkim porównuję fabułę opowiedzianą w filmie z tą książkową, argumentując..."
                  No i bez sensu, niestety. Bo film ma się bronić jako film, a nie jako dodatek do literatury. Tu Rzym, a tam Krym. Film podpierający się literackimi szczudłami, jak ty to widzisz, byłby kaleką.

                  " ale wielu malarzy przystępując do malowania obrazu bazuje na fotografii..."
                  Serio? I pewnie próbują tę fotografię odtworzyć? ;) Czy może wychodząc od fotograficznego oryginału dochodzą do odmiennego od fotografii efektu, podobnie jak Kubrick wychodząc od Kinga stworzył swoje dzieło na nowo, po swojemu?

                  " I tak, kiedy na fotografii człowiek ma długie włosy to na obrazie artysta nie zrobi go raczej łysym...."
                  To jest dość zabawne, bo świadczy o tym, że dla ciebie "realizm" i powtórzenie jest jedynym kluczem interpretacyjnym. Z malarstwem i sztuką wiele to wspólnego nie ma.

                  "Kubrick nie musiał szukać zgodności z oryginałem książkowym..."
                  Świetnie, ale skoro tak uważasz, dlaczego ciągle wskazujesz, co zrobił "gorzej" niż w książce, co zepsuł z oryginalnej fabuły? Weź film, on jest dziełem zamkniętym, w jego ramach szukaj i znajduj tego, co znakomite, i tego, co chybione.

                  "uciekasz do wykazywania różnic w formach artystycznych literatury i filmu ..."
                  To są oczywiste rudymenty. Nie rozumiesz, ale nie moja w tym wina.

                  "W końcu bazą dla filmu jest książka, zatem Kubrick sam musiał ją ze swoją koncepcją najpierw porównać..."
                  Tak, w ramach wykuwania nowej formy. Budował, rzeźbił, szlifował - i stworzył nowe Lśnienie, swoje. Tego Kingowskiego już nie ma, bo film jest odrębnym dziełem.

                  " zadałbyś sobie trud, żeby wyjaśnić przewagę rozwiązań fabularnych Kubricka nad tymi Kinga,..."
                  Nie, bo to niepotrzebne. Literatura nigdy nie będzie filmem, a film nie będzie literaturą. Ty proponujesz melanż i stworzenie hybrydy, czyli potworka i dziwisz się, że ja takiego stwora wcale nie pragnę. Więc nie będę używał twoich narzędzi, jeśli uznaję, że nie są najistotniejszym sposobem dotarcia do rdzenia filmu.

                  "..chrzanił o siekierze i walorach plastycznych ruchów Jacka z siekierą w rękach..."
                  Film składa się ze scen i sekwencji, mają one swój rytm, ciężar, esencję. Mówię o konstrukcji filmu, o jego niezwykłym stelażu formalnym, co ty lekceważysz - w ten sposób tracąc niezwykle istotny element filmu.

                  "zdaje się pierwszy próbowałeś mi wbić szpileczkę zweisteinie, więc ja Ci się tylko odgryzłem, ..."
                  Twoje prawo, ale czemu koniecznie bez sensu?

                  "Poza tym film Ci się chyba podoba, skoro tak go bronisz. Zgadza się?"
                  Może tobie wydaje się, że obrona określonych elementów filmu, lubienie go, czy uznanie dla autora jest tożsame ze stwierdzeniem genialności filmu i twórcy - a to właśnie stwierdziłeś.

                  Dzięki za mikrowykład o nazizmie, akurat mam wrażenie, że tutaj nie potrzebuję dokształcenia. Twoja teza, że zainteresowanie jakimś zjawiskiem ma świadczyć o "utożsamianiu" to prosta fantastyka,

                  Wątek, jakbym "cię nie rozumiał" jest chybiony. Twoje rozważania i uwagi nie stwarzają mi szczególnych trudności, przecież nie są skomplikowane. Po prostu wskazałem miejsca, w których w oczywisty wyraźnie mijałeś się z faktami - stąd to wrażenie "świergolenie", nieuważnego, rozbawionego samym sobą, lekceważącego wobec rozmówcy.
                  Rozumiem cię, natomiast po prostu nie uznaję siły twoich argumentów. Można chyba?









                • Jednakże najbardziej przerażające w „Lśnieniu” nie są różne sztuczki formalne stosowane przez reżysera, aby widza przestraszyć, ale zło wypływające z ludzkiego wnętrza. To Jack Torrance jest „czynnikiem”, który budzi największą trwogę. Gdy oszalały, ranny, goni z siekierą żonę i syna, ma się wrażenie, że Kubrick przekroczył ostateczną granicę ludzkiej wytrzymałości na strach - co innego hektolitry krwi i zjawy, a co innego podskórna świadomość, że najgorsze rzeczy nie są skutkiem jakichś metafizycznych zjawisk, ale pochodzą od nas samych.

                  Koncepcja Kubricka była mniej paranormalna, a historia Jacka opierała się na szaleństwie. Szaleństwie, które doprowadza go do próby morderstwa najbliższych.

                  Powolne popadanie w obłęd...
                  W tym obrazie reżyser fantastycznie ukazał uczucie osamotnienia towarzyszące bohaterom i znakomicie pokazał wizje małego Danny'ego, który jest zdecydowanie najlepszą postacią w filmie, nie licząc oczywiści powoli szalejącego ojca, który w końcu zupełnie traci nad sobą kontrolę.

                  - to są cytaty z różnych recenzji filmu znalezione w ciągu 10 min. Sorry, ale bez linków. Sam sobie znajdź.
                  Film ma się bronić jako film, niestety dla mnie się nie broni. Proste? Ignorancja i ślepe pchanie swoich opinii, przy jednoczesnych sugestiach, że ktoś, kto ma przeciwne jest zachwyconym sobą wariatem świadczą raczej o Tobie, nie o mnie. Z twoich wpisów wynika, że sam jesteś sobą zachwycony, chociaż nie bardzo wiem czym, jeśli nie zrozumiałeś nawet prostego żartu dotyczącego przekonania wielu uczestników forum na fw na temat wyłącznej słuszności własnego zdania. Mógłbyś spojrzeć nieco wyżej. Są tam wpisy ludzi, którzy pomimo bycia wielbicielami filmu Kubricka i Kubricka w ogóle stanęli na poziomie dyskusji. Chyba nie jestem aż tak bardzo sobą zachwycony, jak to powtarzasz, jeśli doszedłem z nimi do jakiegoś consensusu. Mógłbyś więc zerknąć do góry, ale przekonanie o swojej racji zbytnio Ci pewnie ciąży. Męczysz mnie tu więc chłopie, a mnie nie chce się wciąż tego samego powtarzać, bo i tak mi tu będziesz imputował samozachwyt i rzekomo bezsensowną argumentację, od czego ja jestem daleki w stosunku do Ciebie. Rozumiem. Zawsze musisz mieć ostatnie słowo. Ok. Widocznie ciężko Ci bez tego oddychać. Teraz mi pewnie odpiszesz znów to samo, tylko ja już nie przeczytam, bo jakoś nie czuję się od Twoich wpisów mądrzejszy. Obawiam się, że zawsze już będziesz zweinsteinem. Co gorsze chyba Ci z tym dobrze, ale to już nie moje zmartwienie.

                • Cytaty są niestety bez sensu, bo w żaden sposób nie podważają tego, że Overlook jest siedliskiem "duchów" - a właśnie to w filmie widać bardzo jasno.
                  Żaden z tych cytatów nie wykazuje również, że szaleni są wszyscy: szalony jest Jack (widzi duchy), Danny (widzi duchy), Wendy (widzi duchy) oraz Halloran (widzi duchy)... ;) Więc ładnie pokopiowałeś ciekawe wypowiedzi, ale mające się nijak do sporu, który prowadzimy.

                  Tak, dla ciebie Lśnienie się nie broni "jako film" - i pewnie stąd nieustanne porównywanie filmu z książką, prawda? Bardzo logiczne ;)

                  Wiele (wręcz namiętnie) o mnie, o filmie bardzo skąpo. Ok, twoje prawo, ale nie odpowiem tym samym, bo średnio mnie interesuje twój nick i "wyrafinowane" żarty z niego, a ty sam - wybacz - też dużo mniej niż sam film.

                  Tak, ja zostaję zweisteinem, ale ty chyba do roli einsteina też nie aspirujesz, prawda? Chyba ze jednak się mylę... ;)

                  " ...jakoś nie czuję się od Twoich wpisów mądrzejszy..."
                  A wiesz, że mam podobne wrażenie, ze w trakcie dyskusji mądrzejszy się nie stałeś.

                • Kurczę, znowu trafiłem na tego - jak zwykle przemądrzałego - Toxymorfa... Tym razem jednak pełny szacun za logiczną i bardzo słuszną, moim zdaniem, argumentację. Dokładnie tak samo myślałem o tym filmie. Pozdrowionka! :-}

                • Witam ponownie :) Szacunek odwzajemniam
                  i pozdrawiam również.

  • Film nie jest niewolnikiem książki, Kubrick miał prawo do takiego a nie innego ujęcia Lśnienia. Dla mnie i King i Kubrick spisali się genialnie, a złe ocenianie filmu tylko dlatego że nie jest wierny książce, to gruuba przesada. Nicholson to chodzący geniusz, scenografia, muzyka to małe arcydzieła. Poza tym, rzadko kto tak genialnie ujął pierwotność, tajemnicę i niewytłumaczalność przerastającego nasze wyobrażenie zła (końcówka, co jakiś czas ci sami źli powracają do hotelu). Wspomniane zakończenie za każdym razem wbija mnie w fotel.

  • lśnienie jest dla mnie takim tworem paradoksalnym tzn świetne jako film-muzyka, zdjęcia, strona wizualna, aktorstwo ( osobiście uwielbiam film) a jednocześnie kiepskie jako adaptacja książki.

  • Idealnie napisane... Mam wrażenie, że ludzie oceniają ten film, bo to Kubrick, a przecież "wszyscy" uważają, że jest "genialny". I na tym kończy się ich opinia.

    • Każdy ma swoje zdanie ale już mam dość komentarzy osób którym się nie podobał którzy ciągle powielają zdanie "film jest uwielbiany bo reżyser jest uważany za geniusza". I to nie tylko o "lśnieniu".
      " I na tym kończy się ich opinia."
      I naprawdę. Na temat "lśnienia" napisano już wiele recenzji argumentujących dlaczego film jest świetny (np.Caliguli czy nawet w tym temacie przedstawiono wiele argumentów). Nie tylko na filmwebie a ty piszesz jakby nigdy nikt nie napisał dlaczego ten film jest wielki.

      • " Nie tylko na filmwebie a ty piszesz jakby nigdy nikt nie napisał dlaczego ten film jest wielki. " . I tym potwierdziłeś moją opinie. Ktoś napisał, że film jest "wielki" i trzeba go tak traktować.
        Nie jestem znawcą kina, i uważam że na filmwebie nie przewyższają oni liczby użytkowników, od przeciętnego "Janusza". I jak czytam, że właśnie taki "Janusz" , który ocenia tandetny film na arcydzieło tylko dlatego że były "cycki", wystawia Lśnieniu 10 bo przeczytał , ze to Kubrick który jest legendą, no to ciężko mi brać to na poważnie. W poprzedniej wypowiedzi, wrzuciłam wzzystkich do jednego worka, a chodziło mi o tych, o których napisałam powyżej.
        Nie podobało mi się zobrazowanie rozmów Danny'iego z jego 'przyjacielem' , to było śmieszne (a chyba nie taki był zamysł). Do tego miałam wrażenie, ze Wendy ma sraczkę a nie, że jest przerażona.

        • " I tym potwierdziłeś moją opinie. Ktoś napisał, że film jest "wielki" i trzeba go tak traktować. "
          Niby gdzie? Przecież chodziło mi że już wiele razy uzasadniono dlaczego film ma taką pozycję a nie że masz go traktować za wielki tylko skończcie z tym oklepanym argumentem "bo ktoś napisał i wszyscy go tak traktują". Traktuj go jak chcesz.

  • Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

  • A najśmieszniejsze jest to, że King zrobił jeszcze gorszą wersję "Lśnienia" :D

    • Czy gorszą to kwestia opinii. Moim zdaniem jest mocno średnia, ale znam takich, którym się podobała, i którzy gardzą filmem Kubricka. Tak jak napisałem w głównym komentarzu przydałby się porządny remake. Ciekawe jak zrobiłby to na przykład Aronofsky? Albo Fincher?

      • To zależy. Ja w wersji Kinga nie widziałem akurat nic ciekawego. Kilka straszaków, a tak to cały film wydaje się być przegadany. Co chwila rozmowa o czymś, co nie jest ważne i nie wpływa na fabułę - ogólnie nuda. To coś w wannie było fajne, ten wąż jak wyskoczył to można było się wzdrygnąć, ale nic więcej mocniejszego nie było. Niby widać, że jakieś duchy są w tym miejscu - drzwi się otwierają i zamykają, hałasy itp. Ale tamci sobie siedzą i nic ich to nie obchodzi :D Postać Jack'a jest jedynie lepiej zrobiona, bo przynajmniej tu widać, jak się zmienia.

  • czytałam Lśnienie ale książka mnie mocno znudziła, film od niej odbiega ale jest ciekawy i trzyma w napięciu. książka mnie nudziła niemilosiernie, zamiast horroru czy jakiegoś napięcia to masa psychologii- relacje Wendy z matką, relacje Jacka z ojcem, problemy Jacka w poprzedniej pracy jak pobicie ucznia, które w ogóle nie mają wpływu na fabułę ( co to ma wspólnego z duchami z hotelu? wystarczyłaby krótka informacja że stracił pracę i musi szukać nowej a tu cała historia doklejona do jego zwolnienia ze szkoły) nic nie wnoszą do akcji, tworzą jedynie dłuzyzny. co to ma wspólnego z horrorem czy grozą nawiedzonego miejsca. albo opis jak Jack poszedł kupić batonik, na poczatku książki, rozwleczony retrospekcjami z jego życia na 3 strony.

    • Od pierwszego zetknięcia z prozą Kinga ( opowiadanie "Nona", które przeczytałem prawie 30 lat temu) urzekła mnie umiejętność budowy psychologii bohaterów jego książek. W "Lśnieniu" nie jest inaczej. Problemy Jacka, relacje Wendy z matką itd. mają istotny wpływ na fabułę. Hotel czerpie siłę z ich psychicznych słabości. Pobicie ucznia, na przykład, ujawnia skłonność do przemocy wobec dzieci, nie dziwi więc agresja Jacka wobec syna. "Musisz mnie słuchać, bo zrobię ci krzywdę" - pijany Jack staje się niebezpiecznym despotą. Gdyby King bazował na płytkich schematach: zło - dobro, bez szukania przyczyn owego zła lub dobra w rzeczywistości, nie byłby tak dobrym i znanym pisarzem. Dla mnie to nie są dłużyzny, lecz najlepsze cechy jego twórczości. Tymczasem Stanley Kubrick pokazał, że ma to w dupie i że może zrobić to lepiej. Niestety lepsze jest wrogiem dobrego.

  • dla mnie jedna z nudniejszy ksiązek Kinga, a film mi się bardzo podobał

  • Należę do fanek Kinga a niekoniecznie Kubricka.
    Czy ja wiem, czy "Lśnienie" trąci myszką?Oglądałam już wiele razy i z czasem dzieje się tak, że w pozornym arcydziele dostrzega się też minusy.Człowiek nabiera dystansu, przygląda się bardziej krytycznie i z każdej strony porównuje.
    Masz też sporo racji, choć uważam , że dzieło Kubricka jest rewelacyjne.

    Porównuję "The Shining" do "Carrie" De Palmy.Wrażenia zupełnie inne, jednak wyraźnie brakuje mi tu "czegoś".Przede wszystkim zachwytu i odczuć związanych z seansem.
    Napewno jest filmem znanym, rozreklamowanym bardzo.Celowo mocno "przerysowane" postacie i muzyka.Dzwięk razi i mierzi.
    Aktorstwo tu bardzo karykaturalne jest mocną stroną.To chyba najlepsza rola Nicholsona, jaką dane mi było oglądać.
    Fatalne atrapy hotelu.Nie wspominam już o zmianach scenariusza, bo jak Kubrick chciał , tak zrobił wszystko "po swojemu".Najmocniejszy zarzut-magia związana z telepatią tak mocno dostrzegalna w twórczości Kinga-tu gdzieś uleciała.
    Z drugiej strony mamy też plusy i nie skupiałabym się wyłączenie na fabule, ale na wrażeniach wzrokowych właśnie."Goniąca" kamera nadaje obrazowi dynamiki, kolory, faktury, wzory, piękne zdjęcia.To wyrafinowana zabawa kliszami, światłem, dzwiękiem.Kubrick jest chyba bardziej wzrokowcem, niż analitykiem , jak De Palma.
    "Lśnienie" oglądane za pierwszym razem straszy, potem już nie.Zazdroszczę każdemu, kto ogląda "The Shinning" po raz pierwszy, ale za drugim , czy kolejnym razem też można coś ciekawego dostrzec.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o