Lubię filmy o miłości, można wręcz powiedzieć, że lubię melodramaty, jakie? Może niekoniecznie te spod znaku "Love Story" czy nie daj Panie Boże, "M jak miłość".
Dlaczego zatem "miłość"? Bo w filmach o niej traktujących odnajduje to co w kinie cenię sobie najbardziej - emocje.
A tych w każdym, naprawdę dobrym melodramacie jest co niemiara, to lubię.
"Lecą Żurawie" obejrzałem po raz pierwszy kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Pamiętam, że wielkie wrażenie zrobiło na mnie wojenne błoto ukazane w filmie, oblepiające żołnierskie buty i włażące za kołnierz i lasek brzozowy no i samotna dziewczyna w białej sukience stojąca pośród tłumu i trzymająca naręcze polnych kwiatów.
Zapamiętałem jedynie obraz, treść gdzieś mi uciekła, prawdopodobnie miałem za mało lat. W każdym razie, te dwa niezwykle sugestywne obrazy - pole pełne błota i płacząca pośród wiwatujących ludzi dziewczyna, przechowywałem w pamięci przez długie lata myśląc o "Lecących żurawiach", "jaki to piękny film
Minęły lata, całkiem niedawno już jako dorosła osoba obejrzałem "Lecą Żurawie" po raz drugi.
Boże...
Co za gówno!
Jedna z pierwszych scen - dwoje dorosłych kochanków (dorosłych, nie dzieci!) trzymając się za rączki radośnie pląsa! sobie po ulicy. Dosłownie, "pląsa" nie idzie tylko "pląsa". Czy naprawdę nie można było pokazać miłości tych dwojga w mniej infantylny sposób?
Niech tam, jestem jeszcze w stanie zrozumieć twórczy zamysł. Być może tak to właśnie miało wyglądać, być może oni mieli zachowywać się jak dzieci, dzieci niepomne nadciągającej wojennej zawieruchy od których rzeczywistość oczekiwała prawdziwie dorosłego heroizmu. Być może.
Jednak reszty nie jestem w stanie zaakceptować.
Oboje, ona i on, kochają się na zabój, on wyjeżdża na wojnę, ona go zdradza z jego rodzonym bratem, któremu do rymu wypowiadanego przez niego tajemnego słowa "lublju" przygrywa bombardowanie miasta. Co on "lublju" to bomba, "bum", znowu, prymitywne to i w gruncie rzeczy bardziej śmieszy nizli przejmuje.
Ale nie koniec na tym.
Wreszcie finał. Ona, piękna, młoda, w białej, dziewiczej sukience, trzymając piękny kolorowy bukiet wiosennego kwiecia, stojąc na peronie wyczekuje z drżeniem serca na powrót ukochanego, wraz z nią na swoich bohaterów czekają matki, żony, kochanki... tłum ludzi. Na razie wszystko ok.
Przyjeżdża pociąg, wychodzą z niego ci co szczęśliwie ocaleli, tłum szaleje z radości, uściskom, pocałunkom nie ma końca.... I gdyby, Ach, gdyby wszystko kończyło się na tym, że płacząca dziewczyna wiedząc, że jej bohater nie wróci, zaczęła jak gdyby mimowolnie trochę jak automat rozdawać innym żołnierzom zabrane ze sobą kwiaty, wtedy byłby to wielki film, przed którym biłbym czołem o ziemię do końca moich dni.
Nic z tego!
Owszem, dziewczyna płacze, nawet szlocha, ale nie trwa to długo. Już pojawia się jej tatuś czy też wujek, obojętnie i daje jasno do zrozumienia, ze co prawda ten jeden, jedyny nie wrócił, ale za to ile dookoła pięknych chłopaków co wojnę wygrało, "jak już przyniosłaś kwiaty to im daj a nie stój jak głupia gęś"
Dziewczę rozumie, łezki ociera i z uśmiechem podchodzi do wojaka, w policzek całuje i po kwiatku wręcza.
A wcześniej jakiś wyżej postawiony sołdat wchodzi na mównicę i daje mówkę o tym, że "nigdy więcej wojny", "będziemy pamiętać", "nie zapomnimy" "wiwat bohaterom" i różne inne takie. Rzeczywiście, nie można się było bez tego obejść, pewnie reżyser sądził, że widzowie pomyślą iż przybyli z wojny wojacy od razu ustawia się w kolejce do pośredniaka, no ale jak usłyszał, że to bohaterowie to już będzie wiedział co i jak.
Czy radziecki widz był aż takim idiotą?
Dlaczego uważam "Lecą Żurawie" za zły film? Ponieważ w wyjątkowo perfidny sposób ucieleśnia jeden z komunistycznych dogmatów, przywleczony na sowieckich bagnetach. Brzmiał on: PRYMAT WIĘKSZOŚCI NAD JEDNOSTKĄ. Jednostka jest niczym, nie liczy się wcale, dlatego w imię politycznej poprawoności dziewczyna ociera łzy, dlatego słyszy, że powinna dać kwiaty tym co żyją, itd. Masy, masy są najważniejsze.
Początkowa kameralna opowieść dotycząca dwóch zagubionych, kochających się nawzajem dusz została zniszczona poprzez propagandowy walec i trzeba być doprawdy ślepym i głuchym, żeby twierdzić, że "Lecą Żurawie" to film wyjątkowy. Nieprawda. To ideologiczny, filmowopodobny twór który jakimś cudem otrzyamł Oscara i Złotą Palmę w Cannes. Widać, cuda się zdarzają.
- bazadziś urodziny mająNajbliższe odcinki
-
Chirurdzy
za 3 dni (Polska)
odcinek: s8e23 -
Gra o tron
dzisiaj (USA)
odcinek: s2e10
-
- społecznośćrecenzje użytkowników
-
Prosta historia
Nietykalni, 2011
autor: wronka_78 -
E.T... grać... w statki
Battleship: Bitwa o Ziemię, 2012
autor: kulak4
-


Ladowanie