Scott cofnął Hollywood o kilka lat

Do bólu przewidywalny, cukierkowy (z cyklu gładko jak po maśle), przeciętnie zagrany, z niemal zupełnym zignorowaniem psychologii postaci, czasem zaskakujący absurdami w scenariuszu, ale przede wszystkim nudny, bez narastania napięcia. W pamięci pozostaną jedynie urokliwe pocztówki z Marsa, których autor to nasz uzdolniony rodak.
Ale po kolei. Człowiek zostaje porzucony na Marsie. Zdarza się. W momencie, gdy zostaje to zauważone, wszyscy na Ziemi stają na rzęsach, by go ocalić. Już wówczas wiadomo, jak zakończą się wysiłki ich wszystkich - zimnokrwistej pani komandor, jej gotowej do poświęceń załogi, personelu NASA i mediów. Obraz takiego społeczeństwa, bo chyba można tu mówić o skali makro, mnie nie przekonuje. Ale nie musi. Bardziej przekonująco powinien działać natomiast scenariusz. Kiedy jednak główny bohater siłą tylko swoich pleców otwiera ważącą 400 kilogramów kopułę wehikułu, kiedy ktoś dokonuje obliczeń, że ziemniaków starczy na tyle a tyle dni i ani minuty dłużej (bo przecież zupełnie nagle muszą się one skończyć), to pojawiają się pewne wątpliwości, czy autorzy traktują widza poważnie. Sprawa staje się oczywista, kiedy spojrzymy na psychikę bohaterów. Załoga bez chwili wahania, jednogłośnie, podejmuje decyzję, by zawrócić po kolegę. Ten, mimo drobnych, chwilowych kryzysów, z talentem McGyvera, wytrwałością Frodo Bagginsa i siłą fizyczną Popeye'a radzi sobie bardzo dobrze. Czasem wykrzyknie w złości niecenzuralne słowo, czasami patrzy tępo przed siebie, ale nigdy nie płacze, nigdy nie chodzi w kółko, nigdy nie rzuci choćby śrubką. Jak słaby wydaje się przy nim bohater 'Moon' Duncana Jonesa, jak głupia jest bohaterka 'Grawitacji' Cuarona, która musi się radzić zmarłego kolegi, jak ograniczony jest facet z 'Cast Away' Roberta Zemeckisa, jak nudna Elen Ripley z filmu Ridleya Scotta, kiedy jego kariera dopiero nabierała tempa. Postaci były mniej papierowe nawet w niedawnym 'Prometeuszu'.
Ridley Scott cofnął kino hollywoodzkie o kilka lat. Wtedy nie wszystkie akcje przebiegały tak gładko, aktorzy jakoś lepiej się starali, a liczba zgonów na ekranie była z pewnością inna niż ma to miejsce w 'Marsjaninie'. Może więc należy traktować ten film jako standardowe kino rozrywkowe? Też chyba niekoniecznie, kino rozrywkowe dostarcza bowiem rozrywki, a nie niemiłosiernie zionie nudą.
Twarde science-fiction, osadzone w realiach nauki, nadal pozostaje domeną literatury, która w tym wypadku dowodzi, że nie powinna podlegać adaptacji na język filmowy. Ale trudno, stało się. Miejmy nadzieję, że przy kolejnych projektach s.f. będzie lepiej. Ogólna ocena: 5/10

323
  • Zgadzam,sie ,to samo powiedzialam wychodzac z kina!
    Gdzie ten stary Ridley?
    Chyba sie juz zmeczyl ciezkim gatunkiem s-f thriller i postanowil poeksperymentowac z komedia..
    Wrzucill pare strych kumpli z dobrymi nazwiskami na plan,
    jednak nikt z nich wlacznie z Mattem nie podniesli filmu wyzej niz na 5
    Sporo kasy pewnie kosztowal jak na niedzielne kino.
    Wyszlam rozczarowana..
    Coz, moze jeszcze kiedys zobacze filmy na skale Obcego?
    Ale tych pewnie juz nie nakreci dziadek Scott.

  • 400 kg śluza, ale zapominasz o grawitacji wynoszącej na Marsie 1/3 ziemskiej.
    Co do ziemniaków, w książce są dokładne wyliczenia kaloryczne... chciałbyś słuchać tego przez 3 minuty w filmie?
    I co niezrozumiałego jest w załodze jednogłośnie decydującej się wrócić po pozostawionego kolegę, szczególnie jeśli są jego najlepszą/jedyną szansą na przetrwanie?

    • ,,Co do ziemniaków, w książce są dokładne wyliczenia kaloryczne... chciałbyś słuchać tego przez 3 minuty w filmie?"
      Oczywiście, że nie, podobnie jak inne rzeczy dokładnie wyliczone, które w książce czyta się ok, a które nie nadają się na film, bo ten staje się niemiłosiernie nudny, jak zauważyłem w komentarzu wcześniej.
      Co do przyciągania ziemskiego na Marsie - rzeczywiście, masz rację. Czyli zostaje jakieś 130 kg. Zdrowy człowiek, w miarę silny, zapewne by to przesunął, ale ktoś kto od wielu dni miał głodową dietę - nie wiem. Ale rzeczywiście czepiam się szczegółów.
      Co do załogi - można by wprowadzić większy dramatyzm właśnie poprzez niezgodę załogi. Że ktoś ma dziecko, matkę, żonę, psa na Ziemie i chce wracać itp. A tak to mamy idealizację całego społeczeństwa i amerykański sen o udanym survivalu.

      • Tyle że kwestii ziemniaków nie można było w filmie pominąć, bo to jeden z głównych elementów książki, fakt że Watney ma pożywienia na x dni zmusza NASA do dotrzymywania nierealnych terminów jeśli chodzi o wysłanie mu zapasów i sprawia że odpada możliwość by Mark czekał na Marsie 4 lata do przylotu następnej misji załogowej (o ile dobrze pamiętam książkę nawet jeśli uprawa nie zostałaby zniszczona, nie miała ona dostatecznej powierzchni żeby bohater mógł wyhodować pokarm na cały ten okres).
        Jeśli chodzi o załogę - pamiętaj że takie załogi są starannie dobierane i długi czas trenują wspólnie. Oni nie wracali po "współpracownika" tylko raczej prawie "członka rodziny".
        W książce jest też nawet fragment w którym załoga decyduje że w wypadku nieudanego dokowania z sondą z zaopatrzeniem cztery osoby popełnią samobójstwo by w ten sposób dostarczyć pożywienia piątej.
        Jeśli chodzi o pomoc Chińczyków - książka wchodzi tu w większe szczegóły, ale i w zakończeniu filmu to widać - prowadzono zakulisowe rozmowy, a ceną za użyczenie rakiety nośnej był udział chińskiego astronauty w kolejnej misji Ares.

      • "Że ktoś ma dziecko, matkę, żonę, psa na Ziemie i chce wracać itp. A tak to mamy idealizację całego społeczeństwa i amerykański sen o udanym survivalu." Jeżeli komuś tak zależy na tych wartościach, to nie wyrusza z misją na Marsa. Chyba każdy z nich liczył się ze śmiercią nawet 10s po odpaleniu silników. I nikt by się nie sprzeciwił zawracaniu, bo Mark zrobił by to samo dla nich.
        I nie zachowuj się tak pretensjonalnie, w końcu nie każdy bohater musi mieć wewnętrzne rozterki i mieć drugie dno. Jasne, jeżeli uważasz że film jest nudny to ok, każdy ma do tego opinię, ale nie szukaj jakichś wymówek żeby to każdemu udowodnić.

        • Żołnierze, nawet zawodowi, wyruszający do Afganistanu, Iraku czy na inną niebezpieczną misję, mają rodziny. Podobnie astronauci. Człowiek nie jest androidem i zawsze pojawia się refleksja nad tym, co można stracić. Już nawet słaby i pretensjonalny Interstellar poruszał te kwestię - bohaterka grana przez Anne Hathaway dokonuje wyboru planety, kierując się emocjami.
          Nie szukam żadnych wymówek - ten wymówki nazwałbym argumentami. Staram się udowodnić, że film jest słaby, nudny, przewidywalny, papierowy.

          • zmagali się z poczuciem winy po zostawieniu towarzysza na pewną śmierć. Dlatego nie mieli oporów przed powrotem.

            • Moim subiektywnym okiem ten film to kolejny przeciętniak.
              Niby film celuje w realność przedstawionych wydarzeń co w przypadku sf powinno być na plus tutaj jedynie parodiuje to założenie realności.
              Wszystkie wiadomości o ciekawostkach technicznych i naukowych łykam jak młody pelikan. Ten film niestety zamiast cieszyć i fascynować naukowością, to sprawia wrażenie naukowej męczarni/udręki.
              W filmie wszystko się udaje w ogólnym rozrachunku z taką łatwością, że aż się wymiotować chce. Wszyscy są tak zadowoleni, wręcz szczęśliwi, nawet z niepowodzeń, że można odnieść wrażenie, że nie są ludzmi, a istotami z innej planety i to nie z Marsa, a co najmniej z innej galaktyki. Ciągłe zadowolenie, nawet pomimo przykrych sytuacji jest wyraźnie sztuczne i odbiera autentyczność całokształtowi.
              Film nie uraczy nas żadnymi oryginalnymi zabiegami w treści czy w obrazie.
              Produkcja ta bardzo powoli nabiera tempa, a właściwie ze ślimaczego tempa przechodzi w żółwie, nie ma tu mowy o jakiś zaskoczeniach czy pośpiechu. Zwroty akcji są takie jakby ich nie było tzn. łatwe do przewidzenia. I tak przez 3/4 filmu bohater po prostu rozwiązuje niby trudne, ważkie problemy, które rozwikłuje w banalny sposób lub problemy rozwiązują się niemal same dzięki zabiegom montażowym i zmyślnym nie rozwijaniu problemu/wątku przez autorów.
              Odrobina akcji pojawia się dopiero pod koniec filmu co cieszy, ale jest jej tyle co kot napłakał.
              W całym tym filmie najgorszy jest jednak brak jakiegokolwiek klimatu. Wstawki z Ziemi psują ogólny obraz Marsa, a do tego nie czuć po filmie żadnego zagrożenia dla głównego bohatera. Nie ma w tym filmie praktycznie żadnych negatywnych emocji co w trudnych sytuacjach lotów na marsa i badania marsa jest bullshitem. Nie ma stresu, strachu, smutku, nikt ma wątpliwości, nikt nie jest samotny, nawet człowiek sam na marsie? ze co?. Z psychologicznego punktu widzenia to przecież totalne nieporozumienie.
              Aktorsko tytuł może być, choć rewelacji nie ma, jedni grają dobrze, drudzy gorzej. Nurtujące jest to, że prawie wszyscy aktorzy przedstawiali spory potencjał, który w większości nie został wykorzystany. Tak jakby reżyser miał trochę w poważaniu gre swoich aktorów i koncowy efekt ich pracy. Wyszło jedynie poprawnie.
              Niby ogląda się film, niby czeka się co będzie dalej, ale wrażenia z oglądania są jakieś miałkie i nijakie. Tak jakby oglądało się film o niczym, po seansie połowe scen automatycznie usuwane są z głowy jako mało treściwe, mało ważne.
              Porównując do innych podobnych filmów z przykrością musze przyznać, że film jest praktycznie nijaki i wiele filmów niskobudżetowych z paru poprzednich lat jest bardziej charakterystycznych niż Marsjanin. Wysoko budżetówki np. jak grawitacja w porównaniu do tego daje rade, a przekombinowany interstellar też mimo wszystko jest bardziej interesujący. Jakby się zastanowić Marsjanin nawet nie był ciekawy, nawet nie zdawałem sobie sprawy, że film o pierwszych krokach na Marsie i podboju Marsa może być taki nudny. Te ponad 2 godz. oglądania to jednak przydługo. Lepiej by się zdało zrobienie szczegółowej adaptacji książki w formie serialu. Bo te uproszczenia fabuły niszczą naukowy jak i emocjonalny wydzwięk powieści.
              Myślę, że po nieudanych poprzednich obrazach Scott chcę się w końcu odkuć wizerunkowo jak i finansowo. W ten sposób powstał Marsjanin, który był konsultowany przez agencje kosmiczną, a jednocześnie jest taki naiwny, płytki że od razu widać, iż jest robiony dla łatwego i szybkiego zysku. Ponadto film powstał z gotowej opowieści i został do bólu uproszczony. Z czegoś takiego musiał wyjść mizerny film za to zysk parokrotny. Jak widzę takie byle co wypuszczone za miliony dolarów to zaczynam doceniać polskie produkcje bo chociaż są tańsze, a i wartości może mieć więcej. W filmie zobaczyć można niestety co niemiara hollywoodzkich schematów/klisz, które dawno już się przejadły. Do tego oczywiście pojawia się typowy, amerykański patos, ale to na szczęście można jeszcze jakoś przełknąć.
              Z dobrych rzeczy w filmie to soundtrack jest fajny, ale całokształt nie pozwala mu odpowiednio wybrzmieć. Znacznie lepiej słuchać ścieżek dzwiękowych poza filmem.
              Do dobrych rzeczy można jeszcze zaliczyć scenografie i oprawe wizualną. Obrazki z filmu są bardzo dobrze zrobione jednak podobnie jak dobry soundtrack nie budują nic większego.
              Jedyne co mnie cieszy naprawde w tym filmie to to że być może zapoczątkuje on serie filmów sf gdzie realna wiedza naukowa będzie nie tylko dostrzegalna ale naprawdę ważna dla dzieła. Do tego uznaje, że Marsjanin dla Scotta był tylko przygotowaniem i treningiem do przygotowania kolejnej części Obcego (Alien Convenant).
              Jeśli owy, przyszły film mnie zawiedzie to z pewnością nie bedę dłużej kibicował temu reżyserowi w jego nowych produkcjach, ponieważ na dzień dzisiejszy powstają co prawda niszowe, ale dużo lepsze produkcje.
              Subiektywnym okiem podsumowując film jest co najwyżej poprawny. Jego prawie całą fabułe można było poznać oglądając trailery, a jego przeciętność wykonania jest trochę rozczarowująca. Biorąc wszystkie przedstawione aspekty pod uwagę film niestety przyda się zaledwie na jedno wieczorne posiedzenie.
              Ocena: 6-7/10

              • Zgadzam się. Mogłabym w skrócie określic ten film jako bajkę o Marsie z niepotrzebnymi naukowymi wstawkami z Wikipedii, które okazały się i tak zbędne, bo ta bajka musi się przecież dobrze skończyć niezależnie od realiów. Poza tym totalny brak jakichkolwiek emocji, bo z emocjami nie możemy mylic tej tony patosu jaki się wylewa z ekranu i aż mdło się robiło patrząc na zadowolenie Amerykanów z samych siebie - jak to wspaniale ratujemy każdą zbłąkaną w kosmosie owieczkę.

              • Co do tych negatywnych emocji:
                Jeśli chodzi o psychikę to główny bohater tłumaczy to na końcu na wykładzie - albo mógł się poddać i zaakceptować, że umrze, albo zacząć działać. Prawie połowa filmu koncentruje się na jego działaniach, fizycznych pracach. On cały czas coś przesuwa, kopie, jeździ - to wymaga snu, zwyczajnie mógł nie mieć czasu na myślenie o swoim paskudnym położeniu (mówię tutaj o pierwszych 2 miesiącach, bo kiedy udało mu skomunikować z ziemią pojawiła się nadzieje na powrót).
                Witney to mega dziwna postać - jako jedyny z całej załogi nie ma żony, dzieci, dziewczyny, a swoją ostatnie słowa kieruje do rodziców (co może tłumaczyć jego świetne zdrowie psychiczne, jaka to różnica czy jest samotnikiem na Marsie, czy na Ziemi), nie ma też swojego "pudła z pamiątkami", ale przy tym nie opuszcza go poczucie humoru i ciągle się wydurnia. Jedyny moment, w którym się załamał to nie kiedy została zniszczona śluza w habie, tylko kiedy umarzły mu ziemniaki. Można z tego wyciągnąć wniosek, że jest typowym redneckiem, a jego codziennie przemyślenia nie są głębokie.

                Film mi się podobał, bo trzymał mnie w napięciu (jedyne czego mi brakowało to jakiejś srogiej burzy pod koniec), zagrali znani i lubiani przeze mnie aktorzy, baaaardzo podobał mi się mars, jak i cała scenografia.
                A że film był przewidywalny? Cóż, Interstellara nie mogłem się doczekać a po seansie go szczerze znienawidziłem, dlatego cieszę się, że przynajmniej Marsjanin nie zapętlił się z fabułą.

              • Dobra ocena, choć film nie uchronił się od gigantycznej wpadki "naukowej" ktorą tak doceniasz a stanowi oś filmu. Na Marsie NIE MA takich burzy piaskowych i jakichkolwiek innych które mogłyby wyrzadzić takie szkody jak przedstawione na filmie. Jest to totalną bzdurą - tam atmosfera jest niezwykle rzadka.

          • Ale nie udowodnisz ! Bo to nie fizyka, matematyka, itd. Możesz tylko tłumaczyć dlaczego TOBIE akurat się nie podoba I TYLE. I w to wszyscy już ci uwierzyli.

    • Nawet gdyba ta śuza ważyła realnie 400kg przy ziemskiej grawitacji... to tyle co najmniejsze samochodziki... gdyby moje życie zależało od tego, czy go przesunę (nie potoczę, ale przesunę) to bym to zrobiła. A jestem tylko niezbyt wysportowaną kobietą. Astronauci mają żelazną kodycję.

  • zbyt duzo napisales....krotko i zwiezle...film slaby...dalam 5 ze wzgledu na aktorow...gdyby byla inna obsada dałabym jeszcze nizsza ocene....wielce sie rozczarowalam...film z kategorii " B "

  • Scott jest odpowiedzialny za Hollywood? Dobry żart. Przeczytaj książkę. Film jest w duchu bardzo wierną ekranizacją.

    • Nie jest odpowiedzialny, ale cofnął Hollywood o parę lat wstecz w rozwoju - mam na myśli kino rozrywkowe.
      Film zapewne jest wierną ekranizacją, nie kwestionuję tego. Przekłada się to jednak na wiejącą z ekranu nudę.

      • Jak jeden reżyser może cofnąć Hollywood w rozwoju? Kiedy ostatni raz Scott nakręcił kino stricte rozrywkowe? Królestwo Niebieskie? American Gangster? Adwokat? Komiksówki i idiotyczne komedie cofają Hollywood w rozwoju a nie Scott.

        Po drugie, mnie Marsjanin nie nudził. Bawiłem się wyśmienicie. Kwestia gustu. Tak jest skonstruowana książka, która jest jeszcze "nudniejsza| niż sam film. Film wyciska z niej, to co najlepsze.

        "Cofać się wstecz" to "masło maślane":)

        • Jeden reżyser nie może, ale Scott pokazuje, że nie nadąża za tym, co się dzieje. Co do kina rozrywkowego - w ciągu ostatnich 5 lat znajdzie się kilka przykładów - Exodus, Prometeusz, Robin Hood. Filmy nakręcone przy dużym budżecie, raczej nieskłaniające ku refleksji (może z wyjątkiem Promoteusza, ale bez przesady)...
          To dobrze, że się dobrze bawiłeś. Oczywiście kwestia gustu. Według mnie jednak książki naukowe czy popularno-naukowe są z założenia ,,nudne", a twarde science fiction, jako że na tej naukowości się opiera, pociąga za sobą określone konsekwencje. W każdym razie nuda nie wynika wyłącznie z braku klasycznie rozumianej akcji, lecz także z przewidywalności scenariusza i założenia, że i tak wszystko się uda, a ludzkość jest cudowna. Ja po prostu takiej wizji nie kupuję. Czyż to właśnie nie sztampowy scenariusz nie był największą bolączką Grawitacji Cuarona, skądinąd świetnie zrealizowanego filmu?

          • Grawitacja jest nudna. Marsjanin jest ulepiony z innej gliny.

          • Przewidywalnosc scenariusza i zalozenie, ze wszystko i tak sie uda? Czemu nie. Przeciez wystawiles 10 Druzynie Pierscienia. To ten sam schemat. U Tolkiena w Hobbicie i Wladcy Pierscieni wszystko dobrze sie konczy.

            Dlaczego film nie moze byc optymistyczny? Wiekszosc SF to filmy mroczne i ponure. Marsjanin jest inny i nie widze w tym niczego zlego.

            • Zgadzam się, że u Tolkiena jest za bardzo cukierkowo. Jeśli ktoś lubi, jak trochę bohaterów umiera, to odnajdzie się w Grze o tron. Dlaczego więc 10/10? Bo wobec innych zalet ta jedna wada jest nieistotna. Ale to inna historia.
              Zauważ jednak, że we Władcy Pierścieni są trupy, w Marsjaninie nie.
              Ale ta dyskusja staje się jałowa, bo niedługo będziemy się przekonywać, że o jakości scenariusza świadczy ilość uśmiercanych bohaterów :)
              Rekapitulując - przedstawiłem swoje argumenty. Dla mnie przewidywalność jest wadą, dla Ciebie nie. I tyle.

              • We Wladcy sa trupy bo mamy tam do czynienia z walka miedzy dobrem a zlem. W Marsjaninie nie ma antagonisty, tak samo jak w Apollo 13 czy Cast Away. To czysty survivial. Przez to film staje sie ciekawszy bo unika klasycznego konfliktu miedzy bohaterem a jego nemezis. W Marsjaninie facet walczy o zycie za pomoaca nauki i ludzi na Ziemi. To inny gatunek.

                Przewidywalnosc czy nie, to nie jest dla mnie istotne. Film ma byc dobry i tyle.

              • No aż tak cukierkowo to nie jest, zwłaszcza w Hobbicie, bo jednak romans nie wypalił, a i Thorin wiadomo jak skończył. Mimo wszystko są to filmy, które chce się oglądać do końca i do nich wracać, oglądałam je wiele razy. A na przykład Interstellar... zaskakujące zakończenie i myślę, że film był nieprzewidywalny ale jest to film dla cierpliwego widza, którym ja niestety nie jestem ;) Obejrzałam go raz i na pewno do niego nie wrócę, nawet już fabuły za bardzo nie pamiętam, nie ma tam nic, co zapadłoby mi w pamięci. No ale to tylko moje skromne zdanie. To też zależy od gustów, bo ja na przykład wolę się przenieść do baśniowej krainy pełnej czarów i magii niż w kosmiczną próżnię. No ale tak już jest, każdy ma swoje filmowe preferencje :) Pozdrawiam :)

          • Dla mnie filmy naukowe i popularno-naukowe są z założenia interesujące, a nie nudne (uwielbiam The Bing Bang Theory), a mimo tego Marsjanin był dla mnie... nudny. Nie, nie dlatego, że był "naukowy" - wręcz przeciwnie...

            Myślałam, że strzelę facepalma, kiedy przy podejmowaniu decyzji o powrocie laska-informatyczka tłumaczyła potencjalne trudności, które mogą towarzyszyć wyłączeniu zdalnego sterowania, po czym padło kultowe i kultowo suche "A po ludzku?" -.- a ona na to "I can do it" -.- Po-raż-ka do kwadratu... Takie suchary powinny być zabronione w produkcji, która chce chociażby kandydować do miana ambitnej, a już szczególnie w takiej w klimatach si-fi...

            Inna kwestia - doceniałam poczucie humoru scenarzystów, naprawdę... ale nie potrafiłam się z tych żartów śmiać. Wszystko było dla mnie takie wyprane z klimatu, suche, obojętne...
            Miałam tak duże oczekiwania wobec tego filmu, i wszystko spaliło na panewce :/
            Książki przeczytałam tylko część, aby nie psuć sobie radości z filmu, ale i tak wystarczyło, by uznać język filmu w porównaniu z językiem książki za kompletną porażkę...

            W książce Watney jest autentycznie zabawny, praktycznie cały czas. Nie zgrywa się, tylko wykazuje takim ironicznym, zdystansowanym podejściem do sytuacji, mówi np. o tym, że "muszę wziąć swoją naukową dupę w troki i coś wymyślić", a w filmie jest: (proszę wybaczyć niedokładność cytatu) "I have to do some math and get my ass outta here" - dla mnie jest pewna różnica jakościowa w wadze i błyskotliwości tych dowcipów.

            Z filmu pamiętam np. scenę, w której Watney mówi: "uwaga: oto najmniej dyskotekowy kawałek pani komandor"... i puszcza typowe disco... Cóż, to powinno być śmieszne, ale dla mnie - w ogóle nie było, nawet mi kącik ust nie drgnął... Przez cały film właściwie czułam z ekranu swąd palonych dowcipów, i nie było to zbyt przyjemne uczucie :/

            Co więcej... po jakiejś godzinie seansu... po prostu usnęłam!!!
            Nie pamiętam, kiedy ostatnio zdarzyło mi się usnąć na filmie :/ Nawet na najgorszym crapie siedzę i oglądam, śmiejąc się z ich absurdalności, a tu po prostu wysiadłam... po czym obudziłam się i... wcale nie czułam, że coś straciłam, nadal świetnie orientowałam się w akcji i nie czułam potrzeby przewinięcia filmu wstecz w celu nadrobienia nieobejrzanego fragmentu...

            Podsumowując, jestem bardzo, bardzo rozczarowana tym filmem - kompletnie do mnie nie trafił. Żałuję...

      • to przez ostatnie pare lat byl tam jakis rozwoj? ja tak patrzac od wspanialych lat '80 go nie widze... no ok, powstalo pokolenie "komoro-klikaczy" o ile to rozwoj.

      • Dla ciebie cofnął dla mnie nie.

  • potwierdzam

  • Zgadzam się....

  • Zgadzam się również. Cukierkowy, familijny film o McGyver,rze na Marsie. W sam raz na niedzielne popołudnie..no może trochę przydługi : )

  • Dobrze to opisałeś, jak dla mnie również film jest zbyt cukierkowy.Na przykład gdy zdecydowali się wszyscy wyruszyć z powrotem po kumpla, zastanawiałem się czemu ten gościu który miał dzieci z taką łatwością podjął taką decyzję :/.Film jest płytki, czysta rozrywka bez większego zagłębiania się w sprawy które wysokobudżetowe produkcje traktują jako zbędne,nudne a nawet głupie, niestety ludzie którzy widzieli już sporo filmów poszukują najczęściej właśnie tego i odnaleźć tą mogą najprędzej w niskobudżetówkach..

  • Postać astronauty jest archetypem dla człowieka- zdobywcy, jednostki wyróżniającej się na tle pozostałych istot żywych. W żadnym wypadku nie jest banalna, tzn jest lub może być dla osób, ktore oceniają ją powierzchownie, głównie na bazie ilości uśmiechów, ekranowych łez, frustracji, czy wreszcie ilości trupów i wybuchów.
    Ponadto, skoro nawiązujesz do aspektów psychologicznych, również do gałęzi psychologii społecznej, jako że wspominasz o 'niezrozumiałej' decyzji podjętej przez bohaterów, poczytaj o polaryzacji grupowej, zjawisko dość powszechne, temat wyjątkowo ciekawy.
    Film przyjemny, pozdrawiam.

  • Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

  • Popieram. O ile książka była ciekawa to płytkość tego familijnego filmidła mnie zniesmaczyła :(

  • Może nie cofnął, ale nie jest to tez na pewno krok do przodu.

  • Świetne napisane...

  • Scott nie cofnął Hollywood o kilka lat, ale przynajmniej o 20. Zbiegi okoliczności, suche żarty, niedorzeczne rozbawienie bohaterów i ogólnie ich dziwne zachowanie, to typowe elementy kina akcji lat 80/90. Całe szczęście, że reżyserowie z tego wyrośli (prawie) ;)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: