8/10 - Scorsese w szczytowej formie warsztatowej i intelektualnej

O niektórych filmach pisze się trudno. Wymykają się łatwej ocenie. Nie jest to idealna sytuacja dla recenzenta, bo obejrzawszy film najprzyjemniej jest przecież dokonać sprintu do klawiatury i dokonać szybkiego werdyktu, który ukształtował się w głowie już podczas seansu: podobało się, nie podobało się, było niezłe, przeciętne, zabawne, smutne, srutne, bla bla bla. Czasem jednak się tak nie da. Pewne historie trzeba przetrawić, przemyśleć, wgryzać się w temat powoli, nie poddawać się jedynie pierwszemu wrażeniu, które towarzyszyło nam podczas oglądaniu, ale wsłuchać się również w to, jak obejrzana historia wciąż w nas rezonuje. „Milczenie” jest takim filmem. Musiałem odczekać dwa dni zanim uznałem, że już przetrawiłem to co zobaczyłem i byłem gotów zasiąść do klawiatury. Tekst pisałem przez kolejne dwa dni.

Początek filmu jest zwodniczy. Jezuiccy duchowni wiszą ukrzyżowani i są poddawani torturom przez japońskich inkwizytorów, którzy polewają ich ciała wrzątkiem. Celowo korzystają ze specjalnych cholew, które wypuszczają jedynie pojedyncze strużki gorącej wody, bo tym sposobem cierpienie będzie dłuższe i dotkliwsze. Obserwuje to utrapiony Ojciec Ferreira (Liam Neeson), który wszystko opisuje w liście do przełożonych. Przeskakujemy na Stary Ląd. Okazuje się, że tortury miały miejsce kilka lat wcześniej, w międzyczasie Ojciec Ferreira zdążył wyrzec się Boga i przejść na buddyzm. Tak przynajmniej twierdzą Japończycy. Zwierzchnicy Kościoła Katolickiego uznają, że poniesiono porażkę w próbie chrystianizacji Kraju Kwitnącej Wiśni i zważywszy na dotychczasowe dotkliwie straty (wielu duchownych zostało poddanych torturom i zabitych) postanawiają wycofać się z dalszej misji duchownej. Dwóch młodych księży nie może jednak uwierzyć, że ich mentor wyrzekł się swoich ideałów i porzucił Boga. Postanawiają wyruszyć do Japonii, odszukać Ojca Ferreirę i udowodnić, że japoński rząd kłamie. Gdy docierają na wybrzeże Japonii, widz ma już pewne oczekiwania, co do dalszego kształtu filmu. Najprawdopodobniej błędne, bo przez następne dwie godziny (film trwa w sumie 160 minut) Martin Scorsese zrobi wiele rzeczy wbrew oczekiwaniom widowni masowej. Nie będzie to łatwy seans, ale do tego jeszcze wrócę.

„Milczenie” powstawało w bólach przez prawie 30 lat. Scorsese pierwszy raz przymierzał się do realizacji, gdy kontrowersje po premierze „Ostatniego kuszenia Chrystusa” jeszcze dobrze nieostygły. Gdyby film wtedy powstał, byłby niewątpliwie ciekawym uzupełnieniem do wyklętego (przez wielu katolików) filmu, rzucającym nowe światło na podejście reżysera do religii. Nie jest jednak powiedziane, że byłby to ten sam film co teraz. Dobrze się więc stało, że „Milczenie” nakręcił twórca dojrzały, mający za sobą całe dekady życia, do tego niedoszły duchowny, który w swoich filmach wielokrotnie powracał do tematu wiary, ale i również do ludzkiego okrucieństwa i zdeprawowania. Przede wszystkim jednak, twórca biegły w warsztacie, precyzyjnie się nim posługujący, nieobawiający się nadwyrężyć cierpliwości widza i uciekający od taniego efekciarstwa na rzecz czegoś stonowanego, głęboko przemyślanego, a zarazem wstrzemięźliwego w ferowaniu wyroków.

Film jest inteligentnym traktatem na temat wiary. Stanowi próbę zgłębienia całego zagadnienia, uciekającą od łatwych komentarzy i oceny zjawiska, pokazującą całe spektrum problemu, a nie tylko jeden wybrany element. Reżyser niczego nie krytykuje w zdecydowany sposób, ale również nie gloryfikuje i nie próbuje uwznioślić cierpienia jakie przeżywali chrześcijanie w Japonii. Nie nadaje ich męczeństwu wartości i moralnej wyższości, stawia raczej pytanie, czy było ono potrzebne. Zatrzymajmy się jednak na chwilę, bo zbyt daleko wyskoczyłem już do przodu, cofnijmy się więc nieco i wróćmy do momentu, gdy jezuiccy księża dopłynęli do wybrzeża Japonii. Szybko staje się jasne, że historia nie będzie pędzić na złamanie karku. Wręcz przeciwnie, często przystaje na dłużej w jednym miejscu żeby śledzić realia ówczesnego świata oraz posługi kapłańskiej. Najpierw obserwujemy jak bohaterowie próbują odnaleźć się w nowym miejscu i zbierają wokół siebie wiernych. Wypytują przy okazji o Ojca Ferreirę w nadziei, że trafią na kogoś, kto miał okazję go poznać i będzie mógł opowiedzieć o jego losach oraz wskaże, gdzie powinni go szukać.

Bohaterom cały czas grozi niebezpieczeństwo, bo inkwizycja bezlitośnie walczy z katolicyzmem przy pomocy kija i marchewki. Za kij robią morderstwa, tortury i prześladowania osób podejrzanych o praktykowanie zakazanej wiary, a za marchewkę służą ułaskawienia wiernych, którzy wyrzekli się Boga poprzez deptanie glinianych tabliczek z jego wizerunkiem i opluwanie krzyżyków. Rząd liczy również na ludzką chciwość i oferuje znaczne nagrody pieniężne za wskazywanie katolików. Największe sumy oczywiście wypłacane są osobom, które mogą pomóc w schwytaniu (nielicznych) pozostałych przy życiu jezuitów. Wierzący żyją w zastraszeniu. Wieśniacy nie nawiązują kontaktu z katolikami z pobliskich wiosek, bo nie wiedzą komu można zaufać. Bohaterowie ukrywani są za dnia w położonej na odludziu małej chacie, a na zewnątrz mogą wychodzić jedynie pod osłoną nocy. Nie służy to posłudze kapłańskiej, ani tym bardziej poszukiwaniom zaginionego Ojca Ferreiry, więc postanawiają w końcu zaryzykować, wychodzą do nowych wiernych i zaczynają zapuszczać się coraz dalej.

Nie będzie chyba specjalnym zaskoczeniem, gdy napiszę, że duchowni wpadają w końcu w łapy inkwizytorów. Od samego początku filmu jest jasne, że to musi nieuchronnie nastąpić. W efekcie zostają rozdzieleni i historia skupia się na losach jednego z nich, Rodriguesa (Andrew Garfield), który trafia do więzienia, a raczej czegoś w rodzaju obozu indoktrynującego, gdzie jego wiara zostaje poddana wielu próbom. Japoński rząd do tego czasu zdążył się już nauczyć, że mordowanie i maltretowanie duchownych jest bezcelowe, a wręcz szkodliwe dla sprawy, bo w efekcie robi się z nich męczenników. Wysłany na miejsce inkwizytor dokłada więc wszelkich starań, żeby bohatera złamać psychicznie i nakłonić do aktu apostazji. Wspólnie z tłumaczem (doskonały Tadanobu Asano), bawią się z ofiarą, niespiesznie przechodząc do kolejnych sztuczek psychologicznych, pobudzając w nim poczucie winy (obserwuje morderstwa i tortury fizyczne jakimi poddawani są japońscy chrześcijanie), czym prowokują bohatera do stawiania sobie niełatwych pytań na temat wiary, a także sprawiają, że zaczyna się w nim rodzić zwątpienie. Czas płynie, a udręczony duchowny zaczyna wątpić praktycznie we wszystko: w siebie, w szczerość intencji jakie nim kierują, w Boga oraz w sens całego cierpienia jakie przeżywają wierni, żeby tylko nie dać się złamać inkwizycji. W końcu ogarnia go zwątpienie w japońskich chrześcijan, bo zostaje mu uświadomione, że oni postrzegają religię w sposób odmienny od kościelnej tradycji i zaczyna podejrzewać, że miejscowi wierni pozwalają się katować nie tyle w imię Boga, co dla samego jezuity, którego traktują jako uosobienie wiary katolickiej.

Scorsese poświęca temu wszystkiemu bardzo wiele czasu, nie stroniąc od przemocy i okrucieństwa, ale zawsze pokazując to ze smakiem, bez widocznego podekscytowania torturami i morderstwami. Nie ma w tym sensacyjnego zacięcia, raczej dystans i dokumentalna wstrzemięźliwość, a zarazem pokora w opowiadaniu o obcej kulturze, która próbowała się tak naprawdę bronić przed czymś nowym i walczyć z przyjezdnymi, którzy negowali stary porządek rzeczy. Jest to powolne kino, które ogląda się niełatwo zarówno z powodu długości filmu, jak i jego tematyki oraz stylu narracji. Nie jest to historia, która podbije serca widzów preferujących takie tytuły, jak „Wilk z Wall Street” i „Chłopcy z ferajny”. To zupełnie inny Scorsese, stonowany, powolny, uduchowiony, pochylający się nad tematem i nie mówiący widzowi wprost, co powinien myśleć po seansie. To Scorsese w najwyższej formie warsztatowej i intelektualnej, ale zarazem opowiadający w takim stylu, że nie odważyłbym się polecić tego filmu nikomu.

Warto podjąć wyzwanie i zmierzyć się z nim, ale należy liczyć się z tym, że powolne tempo może okazać się zbyt mordercze i skończy się na machnięciu ręką oraz rzuceniu bezlitosnego wyroku: „nudy!”. I rzeczywiście, w trakcie seansu łatwo złapać się na myśli, że Martin tym razem przynudza, ale jest w tym metoda, nic w tym filmie nie jest przypadkowe, bo wszystko co reżyser chciał przekazać, zostaje z widzem. Trzeba jedynie wyłączyć się na chwilę z codziennego pędu i wsłuchać w przemyślenia zasiane w naszej głowie przez starszego pana. Mijają kolejne dni, a ja doceniam film coraz bardziej. Nie prędko do niego wrócę, bo nie jest to tytuł, który odpala się dla przyjemności (choć jest pięknie nakręcony i odegrany), ale pozostanie ze mną zdecydowanie na dłużej, a po tym poznaje się pozycje prawdziwie wartościowe.

http://kinofilizm.blogspot.co.uk/2017/01/silence-recenzja.ht...

Więcej recenzji i innych materiałów o kinie:
https://www.facebook.com/pages/Kinofilia/548513951865584

94
  • Witaj,
    mam pytanie - gdzie obejrzałeś/aś film? Z tego co podają na IMDB nawet w USA premiera jest 13 stycznia.
    Czy był to jakiś przedpremierowy pokaz lub festiwal?
    Czy film oglądało już szersze grono?
    Z góry dzięki za odpowiedź.

  • Trafna recenzja, właśnie jestem po obejrzeniu i również nie do końca jeszcze wiem jak się odnieść do całości. Na pewno film porusza niewygodne tematy i zmusza do myślenia. Ciekawie pokazane jak bardzo może się różnić rozumienie różnych pojęć (moim zdaniem nie tylko w przypadku różnic kulturowych ale też po prostu u każdego indywidualnie). Czy takie poświęcenie ma sens, czy wybranie życia w takim przypadku powinno być uznawane za bohaterstwo czy tchórzostwo? Czy misjonarz był odpowiedzialny za cierpienie tych ludzi, którzy bardziej byli zapatrzeni w niego i ich wiara być może nie była do końca świadoma? Etc. Przede wszystkim co ma pierwszeństwo- idea i wiara czy życie swoje i innych (zakładając, że wierzy się w życie pozagrobowe). Nie chcę spoilerować, ale ciężko powiedzieć co powinien zrobić misjonarz postawiony przed takim ultimatum mając w pamięci też to co przeżył i słyszał.

  • Bywają recenzje, po przeczytaniu których nie zazna się spokoju, dopóki nie obejrzy się filmu. Oczywiście chodzi o zaspokojenie potrzeby konfrontacji z obrazem, a co będzie się działo w głowie po seansie to już inna sprawa. Tak czy siak dzięki za (być może) niezamierzoną rekomendację.

  • wideo recenzja na kanale https://www.youtube.com/watch?v=ByKy2ugaknA&t=149s

  • "Nie nadaje ich męczeństwu wartości i moralnej wyższości, stawia raczej pytanie, czy było ono potrzebne." -zgoda, tylko że równie dobrze autor mógłby stawiać pytanie o wartość męczeństwa Chrystusa? o moralną wyższość jego postępowania? zastanawiać się, czy jego cierpienie było potrzebne? Odpowiedź która jest oczywista w przypadku Jezusa, w przypadku prześladowań Chrześcijan przez pierwsze stulecia wszędzie i po dziś dzień w różnych zakątkach świata, w Milczeniu nie wiedzieć czemu nie tylko nie jest to oczywista, ale jest wręcz jego zaprzeczeniem! Dla mnie to historia o apostacie który chcąc ratować ciała swoich współbraci zapomniał o ich duszach, o tym jak Kościół odwrócił się od swoich wiernych, bo jego najwierniejszy zakon okazał się wewnętrznie słaby. O tym, że ludzkiego ducha rządzący reżim może złamać, wiernego zmusić do wyparcia się wiary, a my nie tylko nie mamy z kogo brać przykładu, ale wręcz nie powinniśmy potępiać zaprzańców, bo a nóż widelec gdzieś na dnie ich serca pozostało jeszcze odrobinę uczciwości.
    Ale może to po prostu moje braki intelektualnie nie pozwalają mi ogarnąć ukrytego chrześcijańskiego przesłania i zmuszają mnie do odbierania Milczenia jako filmu o wyrzeczeniu się Boga dla spokojnego życia swojego i innych.

    • Dlaczego wyrzeczenia się Boga? Nie wydaje mi się że tu ktokolwiek wyrzekł się wiary. Nie czuję się chrześcijaninem, więc może się myślę , ale wydaje mi się że życie bliźniego jest ważniejsze dla chrześcijanina niż postawienie stopy na jakimś obrazku.

      • myślę, że yolkassowi chodziło o to, że bohater ocalił swoich wiernych od śmierci na tym świecie, ale być może tym samym odebrał im możliwość życia po śmierci. tak odczytuję zdanie "Dla mnie to historia o apostacie który chcąc ratować ciała swoich współbraci zapomniał o ich duszach". główny bohater, dokonując apostazji, ocalił innych od cierpienia i śmierci, ale prawdopodobnie - pokazując, że się złamał - mogło to sprawić, że wierni stracili wiarę. z jednej strony dlatego, że błędnie wierzyli chyba bardziej w księdza niż w Boga, z drugiej - no bo jeśli ksiądz się złamał i wyparł Boga to komu teraz mieliby wierzyć? to, że zakończenie filmu sugeruje pobudki, dla których bohater dokonał apostazji nie znaczy, że wierni je znali i rozumieli.

    • "Odpowiedź która jest oczywista w przypadku Jezusa, w przypadku prześladowań Chrześcijan przez pierwsze stulecia wszędzie i po dziś dzień w różnych zakątkach świata, w Milczeniu nie wiedzieć czemu nie tylko nie jest to oczywista"

      Dla kogo była oczywista, dla tego była. Chrześcijanie woleli cierpieć niż wyrzec się swoich ideałów. Ale czy taka postawa była przez otoczenie rozumiana. Czyż kiedyś i dzisiaj nie jest to odbierane jako fanatyzm przez większość. Większość powie dziś że ważniejsze jest zachowanie życia swojego/bliskich niż jakieś ideały.
      Film nie jest opowieścią z perspektywy osoby która zachowała niezłomność. Nie jest też historią szydzącą z czyjegoś heroicznego poświęcenia czy oddania swoim przekonaniom. To opowieść o zwątpieniu, a wewnętrznej walce osoby wątpiącej. Z roli przedstawienia takiej perspektywy Scorsese wywiązał się po mistrzowsku.

      • Według mnie teza, że Chrystus i jego prześladowani przez stulecia wyznawcy zmienili świat jest raczej truizmem, niż zagadnieniem dyskusyjnym. Czy ten świat zmienił się on na lepsze, czy też na gorsze to już kwestia ocenna, niewiele znam jednak osób, które chciałyby powrotu opartej na niewolnictwie i podbojach despocji w rodzaju Imperium Rzymskiego.
        T-Durden pisze, że Martin nie nadaje męczeństwu misjonarzy i Japończyków wartości i moralnej wyższości, stawia raczej pytanie, czy było ono potrzebne i z tym właśnie podejściem Scorsese się nie zgadzam! Tak samo jak heroizm pierwszych Chrześcijan (bez względu na to czy był rozumiany przez większość, czy mniejszość im współczesnych) w końcu doprowadził do rozkwitu wiary w Jezusa w basenie Morza Śródziemnego, tak i w Japonii mieliśmy do czynienia z heroizmem, z poświęceniem mającym sens i olbrzymią wartość moralną. Szkoda tylko że zmarnowanym przez Kościół, zakon i misjonarzy, którym zabrakło determinacji i wiary. Zgadzam się że to film o zwątpieniu i o wewnętrznej walce, ale dodałbym, że walkę w nim wygrywa małość, słabość i konformizm. Scorsese wywiązał się po mistrzowsku z ukazania słabości nowożytnego Kościoła, choć zapewne chciał zrobić coś zgoła odmiennego.

        • Myślę, że rozumiem to co masz na myśli...
          Dlaczego wiec taka niska ocena filmu. ?... W sumie sam się czasem zastanawiam nad tym na ile przekaz filmu z którym się nie zgadzam może wpływać na jego ocenę. Jeżeli film dotyczy np. zaparcia się wiary a ja wiarę cenię to oznacza, że z miejsca dostanie niską ocenę? Jeżeli aktorzy odegrają świetnie swoje role, praca kamery jest bardzo dobra, muzyka porywająca, scenografia piękna a scenariusz wiernie oddaje historię człowieka zapierającego się swoich ideałów, to czy ma to oznaczać, że film nie ma szans na ocenę wyższą niż 5?

          • Oceniłem tak nisko, bo film według mnie jest wewnętrznie sprzeczny i w ostatecznym rachunku nie ma przesłania - nie chodzi o to, że się z nim nie zgadzam, tylko o to że go nie dostrzegam. Przez większość filmu Scorsese fajnie buduje historię o ciężkiej i zapomnianej walce o dusze ludzi na końcu świata, a przez ostatnie pół godziny wywraca ten obraz do góry nogami. Mówi, że to wszystko nie miało sensu, równie dobrze mogłoby się nie wydarzyć bo i tak o wszystki zdecyduje dopiero Pan na sądzie ostatecznym - ale w takim razie po kiego pierwsze dwie godziny? To tak jak gdyby w "Pasji" Chrystus w ostatniej chwili rzucił krzyż, przeprosił faryzeuszy, przyznał się do błędu i poszedł na wino. W "Ostatnim kuszeniu Chrystusa" też następuje zmiana o 180° ale tam ma ona swój logiczny sens, widz rozumie jej powody - tu nie, tu jest ona absurdalna. To dlatego taka niska ocena.

            • Czy nieprawdopodobnym jest by ktoś głęboko wierzący, domagający się wręcz momentami wypróbowania wiary, zwątpił...?

              • Oczywiście że prawdopodobne - nieprawdopodobne jest wręcz, by nie zwątpił. Ale co innego zwątpić, czy nawet dać się złamać, a co innego wyprzeć się wszystkiego w co się wierzyło całe życie dla... no właśnie bez żadnego konkretnego powodu! Po co oni tam pojechali - przecież wiedzieli, że ich misją jest zbawianie dusz wiernych i że z powodu wiary są oni prześladowani. I nagle widząc na własne oczy to co, na początku filmu było czytane z listu, zakonnik stwierdza że ważniejsze od setek tysięcy dusz jest kilkanaście ciał. Coś go zaskoczyło? Było inaczej niż się spodziewał? Więc dlaczego na Boga porzuca kapłaństwo, zakon, Jezusa, wiernych i wybiera japońską żonę i spokojne życie urzędnika walczącego z chrześcijaństwem na wyspach? Dla mnie ten obraz jako całość po prostu rozchodzi się w szwach - nie kupuję tego po prostu.

                • Zgadzam się z tobą całkowicie!
                  Bardzo logicznie interpretujesz...
                  Film jest.... powiedzmy długo zostaję w pamięci(to dużo mówi o filmie). Ale jest sprzeczny i bez morału.

                • Nie ma żadnej sprzeczności w tym filmie.

                  Ukazany tragizm bohatera jest w pełni, krok po kroku ukazany na ekranie.
                  Tragizm fanatyzmu religijnego.
                  Przekonanie o wyższości swojej racji kosztuje go bardzo dużo i jest wielce zdumiony kiedy uzmysławia mu się bezsensowność jego działań. Nie dostrzega innej drogi (aż do końcowych scen) gdyż był wyuczony by podążać tylko tą jedną - nieustannej bezsensownej walki ideologicznej zakończonej męczęństwem w imie wiary.
                  Rozmowy z Liamem Neesonem to dla mnie diament tego filmu i przepiękne ukazanie pękającej bańki w człowieku.
                  Idealny przykład człowieka który zdaje sobie w pewnym momencie sprawe z bezsensowności swoich działań i tragedii do jakich doprowadził.
                  Świetne jest również, że Scorsese nie daje jasnego werdyktu w sprawie poczynań Rodrigueza a liczne rozterki moralne, którymi raczy bohatera, są na najwyższym poziomie. Głos Boga również nie jest rozstrzygający.
                  Brak morału? Oh morał jest i to nawet kilka :)

                  Bez ostatnich 30 minut film by dużo oj dużo stracił.

                • "Przekonanie o wyższości swojej racji kosztuje go bardzo dużo" - wskaż mi proszę te koszty, bo ja ich nie dostrzegam. Nie spadł mu nawet włos z głowy, był dobrze żywiony i traktowany, toczył intelektualne dysputy i modlił się z innymi chrześcijanami - najgorsze co go spotkało, to widok śmierci w sumie sześciu osób (w tym jedna męczeńska). Z naszej perspektywy straszne, natomiast z perspektywy XVII w. zakonnika który pojechał tam by nawracać piękne (bo jak wielokrotnie powiedziano w filmie każda taka śmierć skutkuje nowymi nawróceniami i umocnieniem wiary wśród prześladowanych).

                  "jest wielce zdumiony kiedy uzmysławia mu się bezsensowność jego działań" - a kiedy to uzmysłowił to sobie? gdy japońscy notable nie potrafili razem ani osobno wykazać mu błędów logicznych w jego myśleniu? gdy wyśmiewa przy pierwszym spotkaniu Liama i jego pseudoargumenty? nie ma takiego momentu, załamuje się dopiero gdy 5 osób wisi głową w dół płacząc i wyjąc - odrzuca wiarę litując się nad ich ciałami, nie po tym gdy został przekonany przez oponentów.

                  "Rozmowy z Liamem Neesonem to dla mnie diament tego filmu i przepiękne ukazanie pękającej bańki w człowieku." - która? jak mówi, że Japończycy modlą się nie do Boga a do Słońca, a ten mu odpowiada że pieprzy jak każdy zdrajca by się usprawiedliwić? nie tylko mnie, ale i misjonarza oraz zakonnika ten głęboki dialog skłoniłby do wyrzeczenia się Boga

                  "Idealny przykład człowieka który zdaje sobie w pewnym momencie sprawe z bezsensowności swoich działań i tragedii do jakich doprowadził." - czemu twierdzisz, że działania były bezsensowne, skoro on sam mówi, że dzięki działaniom misiojarzy takich jak on wiara w Boga zaowocowała 300 tys. wiernych? a dla kapłana nie ma nic cenniejszego niż szerzenie wiary bo wg Chrześcijan nie ma innej drogi do zbawienia jak tylko przez Jezusa! powtarza też, że dopiero prześladowania powstrzymały to wielkie dzieło - przypłynął tam właśnie, by je kontynuować i nagle zmienia zdanie bo w obliczu cierpień kilkunastu osób na tym świecie raj dla setek tysięcy nie ma znaczenia? i do jakich tragedii to niby doprowadził - bo dla mnie to zalatuje tezą, o zbyt krótkiej sukience, która sprowokowała gwałciciela

                  "liczne rozterki moralne, którymi raczy bohatera, są na najwyższym poziomie." - dla mnie to są rozterki moralne na poziomie nastolatka, który chciałby żyć w czystości, ale i połajdaczyć mu się chce. raz jest mu smutno, że mieszka w szopie, innym razem cieszy udzielając komunii, to znowu jest mu przykro że nie czynią postępów w poszukiwaniu mistrza, ale później jest wyprawa na nową wyspę i jeszcze większe umocnienie wiary; płacze widząc męczeńską śmierć, a potem zapewnia innych złapanych Chrześcijan, że dzięki cierpieniu pójdą do Nieba, nie może znieść okrucieństwa odciętej wiernemu głowy a następnie modli się i naucza że życie na tym świecie to tylko chwila do której nie należy się przywiązywać. Ta huśtawka to raczej niezbyt oryginalny chwyt

                  "Brak morału? Oh morał jest i to nawet kilka :) " - uwielbiam takie pointy. Mam lepsze: chcesz poznać sens życia? - oh, ma ono sens i to kilka! ;-) ja dostrzegam tylko jeden morał: nieważne jakim zdrajcą i zaprzańcem jesteś, jak wiele lat szkodzisz tym, o których przysięgałeś dbać, bo wg Scorsese gdzieś na dnie Twojego serca może czaić się promyk dobra i tylko Bóg może Cię oceniać. Uważam, że to teza z dupy, że Katolicy czynią dobro a nie o nim myślą czyniąc zło, że tak jak papież Franiciszek potępiał wczoraj obłudników którzy modlą się i jednocześnie np. nie płacą godziwie swoim pracownikom, tak tym bardziej na potępienie zasługuje postawa apostaty zwalczającego przez długie lata Kościół w Japonii nawet jeśli spalą go z małym krzyżykiem.

                  cieszę się że film Ci się podobał, bo nie uważam, że moje zdanie jest w jakimkolwiek stopniu lepsze niż Twoje (czy czyjekolwiek). niemniej dla mnie to zdecydowanie najsłabszy film Scorsese i sądzę gdyby nie to nazwisko nikt by się nim nie zachwycał (na tej samej zasadzie też nie zwrócono by uwagi np. na "Powidoki"). Pozdrawiam

                • Oho, własnie miałem napisać Ci długie sprostowanie Twojej wypowiedzi ale cały tekst się skasował :) Jak chcesz się dowiedzieć dlaczego jesteś w dużym błędzie zapraszam :)

                • Dokładnie. Powstaje też pytanie - dlaczego i w jakim celu na siłę burzyć istniejący porządek w imię swojego systemu wartości?
                  Rozmowy z Liamem Neesonem i z tym japońskim zarządcą są perłą. To, czym jest dla nas prawda zależy od naszego światopoglądu, nie istnieje prawda uniwersalna, a ziarno zasiane na niewłaściwej glebie nie wykiełkuje.

                • "Coś go zaskoczyło? Było inaczej niż się spodziewał?"

                  Myślę, że zaskoczeniem mogło być dla niego uświadomienie sobie, że wiara japońskich chrześcijan nie była przez nich właściwie rozumiana, nie była do końca uświadomiona... To mogło się przyczynić do jego zwątpienia.

                  Po drugie mógł zupełnie inaczej wyobrażać sobie swoje potencjalne męczeństwo: mógł spodziewać, że ewentualnie będą go torturować i zabiją, ale nie wiem, czy się spodziewał, że poddadzą go manipulacji psychicznej, wpędzą w poczucie winy, że z powodu jego niezłomności giną ludzie, wmówią, że chrześcijanie nie umierają za wiarę, tylko za niego (za "uosobienie" wiary jakim dla nich był).
                  - - - - -

                  Nie chcę z Tobą polemizować. Właściwie mam podobne wątpliwości jak Ty.

                  Kiedy oglądałam film, zwątpienie Rodrigueza rozumiałam właśnie jako zwątpienie, jako apostazję. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby uważać go za kogoś, kto obrał inną (może lepszą?) drogę męczeństwa (nie fizycznego męczeństwa, ale psychicznego. Psychiczne męczeństwo byłoby zewnętrznym wyrzeczeniem się wiary, deptaniem tabliczek, ale zachowaniem wiary wewnętrznej; byłoby koniecznością duszenia wiary w sobie, niemożnością pełnienia uczynków zgodnych z wiarą). Trafiłam na taką interpretację tych "dwóch rodzajów męczeństwa" i obawiam się, że to jest właśnie rozmycie sprawy; że to w pewnym sensie odebranie zasług męczennikom w pierwotnym znaczeniu tego słowa. To - tak jak mówisz - w pewnym sensie odebranie zasługi męczeństwu Chrystusa.

                  Nie zarzucajcie mi idealizmu. Ja po prostu też się nad tym wszystkim zastanawiam, głowię i szukam odpowiedzi.

                • "wyprzeć się wszystkiego w co się wierzyło całe życie dla... no właśnie bez żadnego konkretnego powodu!"

                  To jakim się jest człowiekiem pokazuje dopiero czas. Początek historii to prezentacja dwóch duchownych. Co moglibyśmy powiedzieć o głębokości ich wiary, przekonań?... Niewiele. Czas i zetknięcie się z konkretnymi sytuacjami ujawnił jednak jak różnymi byli ludźmi. Dlaczego jeden wybrał drogę taką a drugi inną, można byłoby długo pisać. Każdy miał swoje powody, swoją moralność. Czyż jednak nasze wybory i decyzje nie ujawniają jakimi tak naprawdę jesteśmy ludźmi co jest tym wyrazistsze im ogień prób płonie jaśniejszym płomieniem.
                  Podsumowując, jak dla mnie film prezentuje nie tyle wyparcie się tego w co się wierzy ile ujawnia jakość wiary i siłę przekonań.

                • Ale tak jest w książce. Film jest na podstawie książki Endo,a pierwowzorem Rodrigueza jest autentycza postac -o. Giuseppe Chiara jezuita z Sycylii który został apostata

                • Hm wpisało mi odpowiedź w złym miejscu. Chodziło mi o stwierdzenie że nie tego sięziewaspid

                • Zadam tylko jedno pytanie. Co robili chrześcijanie z niewiernymi? Widzisz analogię. Identyczne zachowanie.

    • " Dla mnie to historia o apostacie który chcąc ratować ciała swoich współbraci zapomniał o ich duszach, o tym jak Kościół odwrócił się od swoich wiernych, bo jego najwierniejszy zakon okazał się wewnętrznie słaby." - z tych powodów jest to właśnie historia o każdym z Chrześcijan, bo czyż nie każdy dopuszcza się w pewnym momencie zdrady, zanegowania wyznawanych wartości, tchórzostwa, kłamstwa.. Kościół pokazuje wśród swoich świętych tylko jedną osobę, która nie skalała się 'zaprzaństwem'. Cała 'reszta' to ludzie o pokomplikowanych życiorysach, często kontrowersyjnych trybach życia, których wielkość w ostatecznym rozrachunku polegała na przyznaniu przed Bogiem swojej marności i zawierzenia się Jemu w tej bezradności, by się nie pogrążyć w rozpaczy

  • Bardzo dobra recenzja jednakże przypisywanie wielkich zasług Scorsese bez wspomnienia słowem o tym iż film jest adaptacja dzieła życia Shusaku Endo pod tym samym tytułem jest poważnym błędem recenzenckim. Scenariusz jest adaptowany więc Scorsese przeniósł genialna acz gotową już historię na ekran i zrobił to oczywiscie świetnie.

    • Rozumiem ze wielkie nazwisko ale dialogi sa tak napompowane, bezrefleksyjna słuszność działan księży nawet po zdradzeniu i akcja która toczy sie tak powoli, ze cieżko sie to ogląda. No i główny aktor z zamyślona cierpiąca mina przez caly film. Całość ratują świetne zdjęcia i postać tego judasza-Japończyka, która była powtórzona w filmie 3 razy na sile. Dla mnie ten film to "chrześcijańska pasza" z ładnymi zdjęciami, nie polecam

  • Świetna recenzja, osobiście znudzenie dopadało mnie jedynie na początku (gdy miałam wrażenie, że film będzie o niezwykłej wierze, pomimo przeciwnościom losu, bla, bla, bla). Następnie film zahipnotyzował mnie, niezwykle ciekawa narracja, świetnie słuchało się "rozmów" z Bogiem. Jestem pod wielkim wrażeniem, aczkolwiek zgadzam się z tym, iż nie jest to film, który można polecić każdemu.

  • Gratuluję ciekawie napisanej recenzji. Wysiłek się opłacał - dobrze się ją czyta. :)

    Wczoraj obejrzałam film i rzeczywiście film musi się w głowie "ułożyć". Jedyne co mogę powiedzieć na teraz to, że bardzo mi się podobał i uważam go za rewelacyjny. Zdjęcia fantastyczne. Momentami film przypominał mi klimatem filmy Kurosawy, zwłaszcza sceny z udziałem filmowych wieśniaków w ich domkach, klimat mgły, samych wiosek, nieśpieszne tempo akcji.
    Ale to tempo akcji bardziej kojarzy mi się z filmami Sergio Leone, tworzy specyficzny klimat filmu, mnie to bardzo wciąga.
    / momentami wyobrażałam sobie w roli ojca Rodriguesa Cleanta Eastwooda, musiałby być w wieku chrystusowym, aby wejść w konwencję ;). Chociaż nie wiem, czy jednak nie byłoby lepsze wykorzystanie dojrzałej postaci. Wówczas rozmowy z naczelnikiem mogłyby mieć inny wymiar a tak wydają mi się one dialogiem doświadczonego dojrzałego człowieka z naiwnym młodzieńcem pełnym ideałów, co w pewien sposób z góry przesądza o wyniku./
    Tym samym dochodzę do głównego bohatera. Dla mnie najsłabsze ogniwo tego filmu. Trudno mi dostrzec pozytywne strony tej postaci. Nie chcę wyliczać tego, co mi się nie podobało, pozostanę przy ogólnym stwierdzeniu. Bardzo podobała mi się gra pozostałych aktorów. Rewelacyjny Kichijiro, naczelnik Inoue, tłumacz, Ichico, Mochichi - mocne charakterystyczne postaci.
    Mam wrażenie, ze trzecio i czwarto planowi aktorzy lepiej grali od głównego bohatera i tworzyli ciekawsze sylwetki.

    Fabuła, temat, poruszane wątki - to musi mi się poukładać. Wydaje mi się, że światopogląd np. religijny odgrywa dużą rolę w odbiorze tego filmu. Czy jednak film porusza coś nowego, przedstawia pewne wątki z innej strony? Nie wydaje mi się. Mnie on bardziej wyrwał z codziennej gonitwy i trochę zatrzymał w refleksji nad.. a to dużo.. i za to jestem wdzięczna reżyserowi i nawet tego aktora zniosę w zamian za to ;))))


    • Co do głównego bohatera, to u mnie z oceną jest całkowicie odwrotnie. Wspaniale zagrana postać. Aktor w bardzo przekonywujący sposób pokazał rozterki swojej postaci oraz szeroką gamę skrajnych emocji, robiąc to zarówno w subtelny (patrz m. in.: bodajże ostatnia spowiedź Kichijiro), jak i ekspresyjny sposób (patrz: inne sceny w więzieniu). Naprawdę świetna, dojrzała rola. Na mnie zrobiła ogromne wrażenie.

      Ps. Pozostała część obsady również świetnie się spisała.

  • Zgadzam się co do każdego słowa. Mój jedyny zarzut w kierunku filmu to jego rozwlekłość. Myślę, że całość można było spokojnie w plus minus 2 godzinach z hakiem bez uszczerbku dla wymowy i tempa fabuły. Słusznie napisałeś, ze to kino nie dla każdego, na wskroś filozoficzne, uduchowione, religijne, stawiające trudne pytania. Nie jest kino które chce się przypodobać, kto będzie się spodziewał wartkiej akcji, ciętych dialogów będzie musiał zadowolić się twardym realizmem, pewną surowością. Kto uwielbiał Scorsese z jego ostatnich filmów może się srogo zawieść. Ja się nie zawiodłem na filmie, a bardziej na Akademii, która pominęła film w istotnych nominacjach. 8/10

  • Napiszę tak - film ciężki, bardzo ciężki. Może wydawać się długi, monotonny, bez wartkiej akcji, a jednak coś mnie zatrzymywało, żeby obejrzeć do końca. Przemyśleń w sumie nie mam żadnych, bo jedynie mętlik. Może właśnie ten mętlik jest tym, co miał film we mnie wywołać. Ciężko stanąć po czyjejkolwiek stronie. Te rozdarcia bohaterów, problem wiary, wpajanych nauk, sądu ostatecznego, odejścia od Boga naprawdę lub na pokaz, a jednocześnie dalsza wiara w niego. Największą moją uwagę przyciągnął rybak, który co chwila odstępował od wiary, żeby za moment się wyspowiadać. Momentami był aż denerwujący, bo nie do końca mogłem wyczuć co ten człowiek czuje, co nim kieruje? Może strach, może jednak odwaga, bo ciągle wracał? W sumie film rodzący tyle pytań, dający tyle tematów do dyskusji, w której obie strony mogą mieć rację.

  • Film stawia Japończyków w roli tych złych, którzy torturują i zabijają biednych katolików, a ja się wcale im nie dziwie, że nie chcieli u siebie obcej religii. Skoro mieli własną kulturę i własne przekonania to dlaczego mieli by niby dopuszczać do rozprzestrzeniania się cudzych wpływów i destabilizacji własnego społeczeństwa?

  • Ja również mam kilka przemyśleń, którymi chciałabym się podzielić.

    Na początku Rodriguez uważa, że wyrzeczenie się wiary zatraca sens całej ich misji, że warto poświęcić życie dla swoich ideałów. Jednak przez cały film wiemy do czego zmierza jego ostateczny wybór, to nie swoje życie postawi na szali, a cudze. Widzę, że wiele osób negatywnie ocenia jego wybór, że wyparł się wszystkiego w co wierzył i okrył się hańbą. Widzimy przez cały film jego fanatyczną wręcz miłość do Jezusa, do jego obrazu - wspomina o tym wielokrotnie. Porównuje się do Jezusa, chcąc dodać sobie sił nadać sens całemu cierpieniu. Widzimy przemianę jego wiary, od tej naiwnej, fanatycznej, wątpiącej do tej pełnionej w milczeniu. Dla Rodrigueza jego wiara, jego idea, a raczej publiczne obnoszenie się z nią, było ważniejsze niż życie. W przypadku kiedy poświęcił to w imię 5 osób, których nie znał może być wyrazem najwyższego poświęcenia. Z drugiej strony nawet jeśli w środku zachowuje swoją wiarę, jego decyzja ma szersze skutki - jest przykładem człowieka, który wyrzekł się wiary przez co wiele Japończyków, chrześcijan w wioskach może ją utracić, ich życie duchowe może być zrujnowane.

    Już na początku przyzwala wieśniakom nastąpić na ikonę Jezusa, by obronić najwyższą świętość - ich życie. Jednak nie są w stanie splunąć na krzyż na fizyczny obraz ich wiary. Rodriguez wspomina o tym na początku - czy jej namacalne obrazy, krzyże, obrazki, paciorki od różańca nie są ważniejsze od samej wiary? W ich imię nie warto oddawać życia. I czy chrześcijanie rzeczywiście oddają życie za wiarę, czy za kapłana, którego czczą? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Widać, że duża ilość japończyków nie do końca rozumie dogmatów wiary jak i samą wiarę. Z drugiej strony czy w europie chłopstwo również rozumiało ją na tym poziomie? Obrazy i krzyże zostały stworzone by ułatwić łączność z Bogiem, sama wiara dawała również nadzieję, na to, że po śmierci jest życie w szczęśliwości, gdzie nie ma pracy, podatków i cierpienia. Tu warto przejść dlaczego ta wiara była dla nich tak ważna - dla tego zwykłego chłopa, który ma mało radości w życiu, ale może żyć obietnicą życia wiecznego. Z drugiej strony widzimy ile ta wiara daje tym ludziom. Już na początku mówią: wy jesteście naszym chlebem. Dla nich wiara, sakrament, uczestnictwo w mszy jest czymś ważniejszym niż zwykłe jedzenie. Dla ludzi prostych to wyraz niesamowitej potrzeby życia duchowego. Patrząc na nich widzę, że wiara rzeczywiście uczyniła ich życie pełniejszym, lepszym mimo, że wyznawanie jej wiązało się z cierpieniem. Patrząc na dzisiejszą Japonię zastanawiam się jakby wyglądała dzisiaj, gdyby nie te prześladowania. Przecież dlatego zaczęto tępić chrześcijaństwo - chłopi byli trudni do kontrolowania. Dzisiaj wydaje mi się, że brakuje tego elementu duchowego, choć może być to powierzchowna ocena tego co jest w miastach, na wsiach może to wyglądać zgoła inaczej.

    Jest to film, który dotyka wiary na wielu poziomach i mało kiedy miałam okazję przyjąć refleksję na tylu poziomach. Wybór Rodrigueza trudno jest oceniać z prostego poziomu. Na pewno nie powiedziałabym, że wiązało się to z łatwym i przyjemnym życiem - dla niego ważne było głoszenie wiary, a nie wygodne życie. Podobnie z Fereirą - widać w jego oczach strach, to jak cały czas jest obserwowany jak cedzi słowa, gdy mówi do Rodrigueza. Jaki ból mu sprawia mówienie o książce, którą pisze. Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie co to znaczy widzieć cierpienia tylu osób i być pewnym, że to co robię ma sens. Trudno powiedzieć sobie co zrobiłby Jezus w tej sytuacji. Wszak nigdy nie musiał poświęcać cudzego życia za swoją wiarę. W ostatecznym rozrachunku oceniam wybór Rodrigueza za pełen pokory i miłości do Boga, bo musiał poświęcić rzecz najcenniejszą. Z drugiej strony myślę o tych wieśniakach, którzy utracili tą łączność z Bogiem, niemniej ostatni przekaz jest jasny - to nie figurki i księża mają stanowić esencję wiary, a wiara duchowa, wewnętrzna - ta odbywana w milczeniu.

  • super recenzja

  • Pierwszym akapitem można określić dowolny film o "ciężkiej" tematyce, oscylującej wokół kontrowersyjnych tematów, w tym wiary.
    Film nadaje się jak najbardziej do jakiejkolwiek oceny, w tym formalnej, bo narzekać można na wiele. Przede wszystkim można ponarzekać na "spektrum problemu", które niestety skupia się na jednym: cenie wiary. I tylko o tym jest ten film. Nie jest o Bogu, o jego istocie, o starciu ideologii i wyznania Azji i Europy, to po prostu przypowieść o tym, czy warto wierzyć. A historia przystaje i to zbyt często, nie po to, aby śledzić losy jezuitów, bo oni robią w każdej scenie jedno i to samo, przez trzy godziny, lecz po to, aby wprowadzić quasi-element zadumy. Martin jednak zapomniał, że nie metraż i brak akcji czyni widza skorym do przemyśleń, a film głębokim, lecz to, co w nim przekazujesz i jak to przekazujesz. A on przekazać nie potrafił, facet od werwy, inscenizacji i pomyślunku, od warsztatowej maestrii walną narracyjną gafę, nieumiejętnie wplatając holenderskiego narratora, aby móc przesunąć akcję o lata w przód i skomentować wydarzenia "obiektywnym" okiem. Ten sam Martin, który rzucał karłami do tarczy i kazał De Niro chudnąć i przybierać na masie na zawołanie, sprawił, że Garfield zobaczył w rzecznym zwierciadle wizerunek Jezusa, po czym kazał mu się śmiać obsesyjnie niczym Joker. To, że postaci w filmie Scorsese'a mówią o pokorze nie oznacza, że on sam jest pokorny, tak samo przyroda w jego filmach - ona jest surowa, bo te skały są naprawdę cholernie ostre, a jedzenie tak strasznie niedobre, a nie dlatego, że kazał on operatorowi nałożyć na obiektyw filtr o nazwie "surowość". Oni po prostu sfilmowali zwyczajną, japońską wyspę poza sezonem turystycznym.
    Najgorsze jest jednak to, że całe te dywagacje na temat istoty wiary został sprowadzone do dysputy między: hipokrytami a turbo katolikiem, który wierzył w słowa Jezusa i potrafił je cytować, ale kompletnie nie wiedział, na czym one dokładnie polegają. Dlatego tak trudno było mu zdeptać tabliczkę - to był symbol jego słabej wiary, a przecież liczą się czyny i byciem dobrym człowiekiem, a nie ikony, formułki i cytaty z pamięci. Później następuje semantyczna corrida, w której co chwila pada słowo Bóg, które każda kultura rozumie inaczej. Gdybym był wtedy z tymi dwoma, reprezentującymi buddyzm i chrześcijaństwo, powiedziałbym tak: "Wy, buddyści, wierzycie jedynie w człowieka i samodoskonalenia. To bardzo dobrze się składa, bo Bóg jest w każdym człowieku. Przestańcie zabijać bezbronnych i innowierców, wszakże wasza wiara polega na miłości i tolerancji, a to jedna z dróg do samodoskonalenia. Wy, chrześcijanie, przestańcie nawracać na WASZEGO Boga, ponieważ nie ma waszego, naszego czy ich - wszyscy mówimy o tej samej istocie, tylko nasze kultury rozumieją to inaczej". Amen. Koniec filmów. Deszcz Oskarów. Martin ucz się ode mnie!

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: