A mi jednak czegoś zabrakło..

Przede wszystkim - sztuki mi zabrakło! Rozumiem że, jak to się teraz ładnie mówi, targetem filmu były głównie panie, ale bohaterem filmu nie jest wyłącznie amant-kasanowa, romantyczny kochanek i wielbiciel kobiet, ale przede wszystkim malarz! Artysta! Natomiast w filmie obrazy i sam proces tworzenia pokazane są jakby mimochodem, są zupełnie nieistotne dla rozwoju fabuły (oprócz oczywiście portretu Jeanne pojawiającego się w końcówce - ale czy jeden obraz wystarczy by powiedzieć nam coś o dorobku artysty?).

Druga rzecz, która mnie raziła, to fakt, że twórcy ewidentnie ponaciągali fakty i przedstawili rzeczywistość w czerni i bieli, odpowiednio idealizując i zohydzając to, co było im do scenariusza potrzebne.
Żaden ze mnie specjalista ale z tego co wiem, Modigliani chlał jak zwierzę, a nie, jak to romantycznie ukazano w filmie, 'odpływał w zapomnienie'. Owszem, na trzeźwo był czarującym i szarmanckim admiratorem kobiet, ale ekscesy jakich dopuszczał się będąc pijanym były w Paryżu równie głośne, jak jego sztuka.

Picasso, jak mi się zdaje, również nie był tak czarnym charakterem, zawistnym okrutnikiem i typem spod ciemnej gwiazdy. Już sam fakt, że z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, wybitny Hiszpan waży w filmie jakieś 30-40 kg więcej niż w rzeczywistości, jest dla mnie jednoznaczny.

A najgorsza ze wszsytkiego jest muzyka. Te hiphopowo-transowo-czort-wie-j akie Ave Maria, które słyszymy w scenie przygotować do wystawy, to jakieś nieporozumienie chyba jest! Abstrahując od faktu, że kicz to obrzydliwy i niesmaczny, to do okoliczności, a przede wszystkim czasów, w jakich rozgrywa się akcja, pasuje jak świni siodło!
Doprawdy, nie pojmuję takiego zabiegu. Po co to? Naprawdę nie było czym zilustrować twórczego szału artystów, jak tylko jakimś bełkotliwym glutem?

Czy są więc jakieś plusy? Jak najbardziej. Przede wszystkim - zdjęcia. Film bardzo plastyczny, interesujące kadry, ciekawe rozplanowanie przestrzeni. Światło latarni odbijające się w paryskim bruku - poezja!
Film jest też całkiem przyzwoicie zagrany. Mi najbardziej do gustu przypadła Elsa Zylberstein jako Jeanne. Wyrazista, intrygująca, z emocjami na twarzy. Picasso, mimo swego groteskowego brzucha, również całkiem całkiem.
Natomiast Garcia - w zasadzie zagrał poprawnie. Z taką twarzą, jak mówią znajome panie, specjalnie wysilac się zresztą nie musi;) Mi jednak zdało się, że aktor ten porusza się po utartych już szlakach, nie wnosi nic nowego. Momentami gra jego trąciła sztampą (czy zauważyliście ile razy Modigliani w filmie rozkłada ręce na boki w teatralnym geście a la Jezus? Troche efekciarstwo jednak...) Rola nienajgorsza, ale wybitną kreacją bym tego nie nazwał.

Sumując - film owszem, do obejrzenia. Ale jeśli ktoś spodziewa się znaleźć tu opowieść o genialnym artyście w typie kamikaze, to chyba jednak sie zawiedzie.

1
  • o właśnie właśnie, zgadzam sie z Tobą w zupelności

    • a ja się nie zgadzam.. I choć muszę przyznać, że Twoja recenzja napisana jest dosyć spójnie i, zdawało by się, po głębokich przemyśleniach, to samym umysłem, logiką i kalkulacjami nie zrozumiesz emocji towarzyszących "tworzeniu", nie zrozumiesz, co znaczy stać przed płótnem trzymając w ręku pędzel... Sama znajomość życiorysu, faktów... nie wystarczy, żeby recenzować taki film. Żeby go poczuć, trzeba być malarzem.
      Ten film oddaje to, co najważniejsze-emocje. Reszta schodzi na drugi plan.

      • Hmm, możliwe jest, że mój umysł nie obejmuje całej złożoności procesu tworzenia. Zauważ tylko, proszę, że głównym mankamentem, jaki zarzuciłem temu filmowi, jest właśnie to, że nie jest to film o tworzeniu:) Malowania w nim jak na lekarstwo, w dwugodzinnym filmie dostajemy tak naprawdę JEDNĄ scenę tworzenia, która w dodatku (oczywiście tylko moim skromnym zdaniem) nie należy do najciekawszych.

        Ja się zgadzam z Tobą, że "logiką i kalkulacjami nie zrozumiem emocji towarzyszących tworzeniu". Rzecz najbardziej oczywista pod słońcem. Tylko gdzie podziały się owe emocje w tym filmie? Nie bardzo miałem co rozumieć (bądź nie), bo doprawdy, niewiele pokazano nam tych emocji:) I to właśnie jest największa wada tego filmu. Próbowałem o tym napisać w poprzednim poście, być może mi nie wyszło.

        Na dobrą sprawę zgadzam się też z tym, iż film ów oddaje emocje. Tyle tylko, że nie są to emocje związane z malarstwem, czy Sztuką w ogóle. Ten film to dość w gruncie rzeczy typowy romansik, cały, że tak brzydko powiem, background, to w moim odczuciu jedynie pretekst. Film ten jest o Modiglianim, a mógłby równie dobrze być o jakimkolwiek malarzu (albo i nie-malarzu).

        Wierz mi, gdyby był to film, który opowiada o emocjach towarzyszących procesowi twórczemu, ukazuje namiętności związane z kreowaniem i stawaniem się dzieła, byłbym pierwszym, który piałby peany na jego cześć. Niestety, ten film to nie jest film o artyście. To nie jest film o malowaniu. I dlatego też podtrzymuję swoją opinię, a Twoją replikę niestety, z całym szacunkim, uważam za nietrafioną.

        Na marginesie dodam tylko, że owszem, zdarzało mi się "stać przed płótnem trzymając w ręku pędzel"... Tak tylko w kwestii formalnej:)

        Pozdrawiam

  • 'Przede wszystkim - sztuki mi zabrakło!' Nie tylko tobie. Natomiast co do muzyki mam inne zdanie, ale to już skaza po Vangelisie, Jarre'u i reszcie :)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: