KRĘTĄ ŚCIEŻKĄ DO KORZENI - Moja recenzja filmu

Najnowszy film twórcy słynnego „Undergroundu” na premierę w polskich kinach musiał czekać ponad rok od pierwszych pokazów na festiwalu w Wenecji. W dodatku był wyświetlany na niewielu ekranach, co wobec debiutu kolejnej części „Gwiezdnych wojen” z pewnością nikogo nie dziwi. Zresztą trzeba przyznać, że niewielki nakład jest spowodowany czymś więcej, niż tylko siłą grudniowej konkurencji.
Emira Kusturicy nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Dwukrotnie nagrodzony Złotą Palmą reżyser wyrobił swój niepowtarzalny styl, który na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia zafascynował całą filmową Europę, przyczyniając się do pewnego rodzaju mody na bałkańską kulturę. Następnie twórca nieco usunął się w cień, realizując się artystycznie na innych polach. Zaowocowało to między innymi własną operą, płytami i trasami koncertowymi w ramach No Smoking Orchestra, dokumentem o ukochanym piłkarzu – Diego Maradonie, ale też niemal dziesięcioletnią przerwą w kręceniu pełnometrażowych fabuł. Nic dziwnego, że wieści o jego nowym dziele zostały gorąco przyjęte przez pasjonatów dziesiątej muzy. Niestety zapał ten szybko ostudzili krytycy, których opinie wyrażane na weneckim festiwalu nie stawiały „Na mlecznej drodze” w najlepszym świetle.

Głównym bohaterem „Na mlecznej drodze”, jest grany przez samego reżysera Kosta. Postać ta zdecydowanie wzbrania się przed prostym zaszufladkowaniem. Można go nazwać mleczarzem, pasterzem, sokolnikiem, muzykiem albo po prostu wioskowym głupkiem i w każdym z tych przypadków będzie się miało rację. Jako widzowie podążamy razem z nim podczas licznych wędrówek z będącą źródłem jego utrzymania kozą i drapieżnym ptakiem na ramieniu. Śledząc bohatera, coraz lepiej poznajemy lokalną społeczność, której życie zostało wywrócone do góry nogami przez wojnę, do której już doskonale przywykli. Mamy też okazję poznać jego nową sąsiadkę, graną przez zjawiskową, mimo upływu lat, Monikę Bellucci, która to przyjechała do miasteczka, gdyż miała zostać żoną lokalnego bohatera wojennego. Postać tajemniczej Włoszki rozbudza ciekawość miejscowych mężczyzn niczym niegdyś osoba tytułowej „Maleny” w niezapomnianym dziele Giuseppe Tornatore. Biorąc pod uwagę casting, mam wrażenie, że jest to całkowicie zamierzone nawiązanie twórców. Losy Serba i tajemniczej nieznajomej zaczynają się splatać w momencie, kiedy on doznaje nieszczęśliwego wypadku, a ona pomaga mu, opatrując ranę. Z czasem między parą rodzi się uczucie, które staje się impulsem do wspólnej ucieczki.

Pierwsza część filmu, w której z perspektywy Kosty wczuwamy się w klimat ogarniętej wojną dawnej Jugosławii, z pewnością zachwyci wszystkich fanów wcześniejszej twórczości autora „Czasu Cyganów”. Przepełniona jest bałkańską muzyką, baśniową estetyką, scenami podkreślającymi synergię człowieka z naturą, balansowaniem na krawędzi jawy i snu, czerpiącym garściami z klasyki slapsticku humorem, czyli jednym słowem czystym szaleństwem, nad którym Kusturica potrafi zapanować jak żaden inny twórca. Sprawiająca wrażenie zupełnie odmiennego w treści i formie filmu druga część, w której para bohaterów ucieka z miasteczka, pozostawia po sobie dużo gorsze wrażenie. Kolejne metafory zdają się odlatywać coraz dalej od fabuły, zdarzenia zaczynają gubić ciąg przyczynowo skutkowy, a zastosowane efekty komputerowe wołają o pomstę do nieba. Momentami jedyne co nam zostaje to rozłożyć ręce ze zdziwienia tym, co właśnie zobaczyliśmy na ekranie, rozpaczliwie doszukując się sensu danej sceny. Biorąc pod uwagę kontrast między początkiem obrazu a tym, co dzieje się w jego drugiej połowie zdecydowanie można powiedzieć, że ponad studwudziestominutowy metraż tylko szkodzi tej produkcji, którą można było zakończyć wcześniej, poprawiając jedynie finalny efekt.

Oglądając „Na mlecznej drodze”, łatwo możemy zauważyć, jak duży twórczy głód towarzyszył tworzącemu go Kusturicy. Niestety wracając po latach na fotel reżysera, podszedł on do tematu zbyt zachłannie, próbując na ekranie pokazać wszystko, co wpadło mu do głowy, przy użyciu wielu nieoczywistych i często nietrafionych zabiegów. Niewypałem można również określić pomysł obsadzenia samego siebie w głównej roli. Problemem nie jest nawet to, że Serb to zły aktor, wcześniej dobrze radził sobie na drugim planie, chociażby w „Wirze” Bojana Vuka Kosovcevica, po prostu nie był w stanie udźwignąć tak ważnej postaci, jak Kosta. Jako niepoprawny entuzjasta całego dorobku twórcy film odebrałem jako przyzwoity, chociaż szalenie nierówny. Jednak osobom, którym z bałkańskim kinem nigdy nie było po drodze, stanowczo go odradzam. Tym natomiast, którzy jeszcze nie mieli okazji wyrobić sobie zdania o jego autorze, polecam na początku sięgnąć do klasyki, wracając do dzieła z 2016 roku dopiero, jeśli starsze do was przemówią.

http://pelnasala.pl/na-drodze-mlecznej/

7

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: