Błazenada Burtona. 

Takiej szmiry dawno nie widziałem. I nie interesuje mnie czy ta wersja jest wierniejsza książce. Jeśli taka jest treść książki, to jest to gniot, z którego w 1968 r. Schaffner nakręcił arcydzieło.

Ale po kolei. Zaczyna się w bazie kosmicznej, gdzie ludzie eksperymentują na małpach. To wprowadzenie trwa krótko, bo natychmiast jedna z inteligentnych małp (Perykles) zostaje wysłana w niebezpieczną misję. Rozumiem, że to ukłon w stronę radzieckiego bohatera - psa Łajki. Gdy baza traci kontakt z małpim astronautą, nasz główny bohater (Leo) reaguje jak pięcioletnie dziecko, które zgubiło zabawkę. "Lęcę po mojego szympansa" powiada i tak też uczynił. Oprócz jeszcze jedna "mądrość" pada z ust kapitana Leo: "Nigdy nie zastępuj człowieka małpą". Trzeba przyznać, że Burton się nie patyczkuje i nie bawi w subtelności. Inaczej mówiąc: nie zastępuj człowieka małpą, bo małpa się zbuntuje i zastąpi ciebie. To tyle "mądrości" tego filmu, można wyłączyć po 10 minutach.

Niestety film trwa dalej. Kapitan Leo wpada w tunel czasoprzestrzenny i ląduje na tytułowej planecie. I tu się zaczyna koszmarek. Bowiem ta planeta, to po prostu małpi gaj, w którym małpy to małpy, a ludzie to ludzie. Tylko z jakiegoś powodu małpy rządzą. W wersji z 1968 r. zaskakująca była zamiana ról. Ludzie powrócili do prymitywu, małpy zaś były cywilizowane i sprawowały władzę. I pomimo pewnych podobieństw do władzy czowieka, pomimo świadomego przekłamywania historii, było w tym obrazie coś niepokojącego - małpy wydawały się lepsze i mądrzejsze w swoich rządach. A końcowa przemowa przemowa dr Zaiusa tłumaczyła cały strach przed człowiekiem. W wersji Burtona małpy, górujące nad człowiekiem jedynie fizycznie, uprawiają hucpę, a biedny człowiek siedzi w klatce. To mnie trochę zdziwiło i potwierdziło moje podejrzenia, że nic mądrego w tym filmie nie zobaczymy.

Oczywiście dostaliśmy również bardzo tandetny melodramat. I nie mówię już o jakichś elementach zoofilii, bo nie w tym rzecz. Po prostu schemat: Thade kocha Ari, ale ona zakochuje się w (człowieku!) kapitanie Leo, trąci telenowelą. Poza tym w kapitanie Leo powoli zakochuje się też blondwłosa, niebieskooka, drętwa i pozbawiona osobowości dziewczyna, ale kogo to obchodzi.

Pojawiają się pierwsze klisze. Thade to taki typowy paskudny badguy, wykrzywia tą swoją małpią mordę, żebyśmy nie mieli wątpliwości. To ja już wiem, że on musi stoczyć w finale pojedynek z głównym bohaterem. Tak bowiem głosi filmowa klisza nr 135.

Ludzie uciekają przed małpami i wszystko wskazuje, że dostaniemy średniej klasy przygodówkę. Nagle wkrada się pretensjonalne wciskanie "głębi". Kapitan Leo recytuje jakieś monologi typu "Im bardziej jesteśmy inteligentni, tym gorzej dla naszej planety". Podobną sytuację mamy, gdy Thade spotyka się z ojcem (w tej roli niestety legendarny Charlton Heston). Umierający ojciec Thade'a wygłasza tyradę, że "inteligencja człowieka dorównuje jego okrucieństwu". Hm... TROCHĘ PÓŹNO na takie pieprzenie panie Burton! Skoro najpierw pokazujesz małpy jako prymitywne i bezwględne (Thade zabija goryle, które były świadkami lądowania Leo), to chyba nie przekonasz już widowni, jakie te małpki biedne a człowiek okrutny.

Ech, nie chce mi się już omawiać tego gówienka, ale finałowa bitwa dostarczyła równie dużą porcję kiczu. Typowa scenka: chłopaczek chce dowieść swojej odwagi, więc pcha się przed szereg. Oczywiście, kiedy wszyscy się wycofują, JEGO KOŃ PADA i przygniata go swoim ciężarem. Bachor w opałach - typowy szantaż emocjonalny rodem ze Spielberga. I te emocje sięgające zenitu, gdy kapitan Leo ratuje chłopca na 0,01 sekundy przed nadciągającym tłumem małp...

O ile pomysł z bombą był ciekawy, to niestety małpiszon Thade zarządził bezmyślne "huzia na Józia" i dostaliśmy typową batalistyczną siekę, którą szkoda komentować. Nie obeszło się bez "epickich" pojedynków.

Wtem na polu bitwy ląduje małpa Perykles. I choć ta wolta była do przewidzenia, to jednak spodobała mi się i już chciałem nie znacznie podnieść jedynie słuszną ocenę tego filmidła. Niestety Burton potrafił spie**olić nawet i ten pomysł. Wrócił więc do żenującego pojedynku między Thadem i Leo. Dobra dosyć tego.

Ostatnie 5 minut to ckliwe pożegnanie Leo ze znajomymi wszelkich gatunków i ras oraz odlot na Ziemię. Po wylądowaniu w Waszyngtonie przekonuje się, że pomnik Lincolna zastąpiono... pomnikiem Thade'a. Nie wiem czy to nawiązanie do małpiej fizjonomii Lincolna, czy rasistowski dowcip Burtona (Lincoln wyzwolił murzynów, Thade wyzwolił... małpy? ) Tak czy inaczej okazuje się, że władzę nad Ziemią przejęły małpy. Co oznacza, że...? No właśnie, tytułowa planeta małp jednak była Ziemią i Leo wrócił do alternatywnej przyszłości? Prawdę mówiąc, po zalewie wcześniejszej głupoty, nie chce mi się już nawet interpretować tej "złowrogiej" końcówki.

Obejrzane i wyrzucone do śmieci. Po tej kompromitacji Burton powinien był zmienić zawód i zaszyć się na odludziu (najlepiej na planecie małp).

6

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: