Coś nie gra

Po filmie miałem mieszane uczucie- z jednej strony film angażujący, zgrabnie napisany, a jednocześnie dziwnie sfilmowany- nie wiem czemu, sposób filmowania nie pasował mi do tematu, tak jak i muzyka- brakowało surowości niektórym scenom, przy całym nagromadzeniu rozprutych brzuchów, kikutów nad obrazem ciągle unosiła się aureola.
Scena z opuszczaniem bohatera na noszach... Brakowało tylko gołębicy, co przecież kłuci się ze skromną przecież osobą protagonisty, co zresztą najlepiej było widoczne w najbardziej emocjonalnej scenie końcowej w wywiadach z uczestnikami. Nie sądzę aby Duss chciał być tak sfilmowany.

61
  • Takie same odczucia miałem...

  • No coz, to wizja rezysera, a nie realizacja woli niewatpliwego bohatera. Absolutnie rozumiem Gibsona.

  • ''Nie sądzę aby Duss chciał być tak sfilmowany.'' Myślisz że Gibson nie przeprowadził dogłębnej analizy bohatera o którym miał robić film ? Myślisz że Gibson nie rozmawiał z rodziną i bliskimi o tym jak sportretować postać Dussa ? W taki sposób aby oddać mu hołd ? Mi się wydaje że troszkę przesadzasz. Przy scenie opuszczania go na noszach myślałem że umarł, jak nosze z nim wznosiły się do góry ku niebu. Ciekawy zabieg. Dodatkowo fajnie pokazane że za taką pomoc na pewno czeka na niego miejsce tam na górze bo był niesamowicie wierzący dlatego ta scena ze skierowaniem go w stronę nieba była świetna. Według mnie Gibson wykonał kawał świetnej pracy i nie każdy reżyser poradził by sobie z taką historią i z takim bohaterem...

    Co do muzyki to była bardzo dobra. Polecam utwór ''Praying'' link na dole.

    https://www.youtube.com/watch?v=lM3c19M_zgw

  • Dokładnie.
    Z początku miałem wrażenie, że oglądam raczej kiepskie kino familijne. Do tego baardzo średnia gra aktorska Andrewa Garfielda. Gibson chyba dopiero w połowie filmu usiadł na krzesło reżysera i poprowadził film do końca. Dało się również łatwo zauważyć, że sceny walki, sąd, baraki itp. są kręcone w studio. Wiadomo, że nie pojadą specjalnie na jakiś poligon, czy polanę, żeby kręcić te sceny..., no ale nie powinno tak być.
    Niestety... po takich filmach jak "Pasja", czy "Braveheart" liczyłem na coś lepszego. Lepsze ujęcia, zdjęcia, dobrą ścieżkę dźwiękową. No i trochę się przeliczyłem.

  • Dokładnie. Ta miejscami trochę nawet 'baśniowa' atmosfera zupełnie mi nie grała z dosadnością i realizmem scen na wojnie

  • Standardowy amerykański dramat wojenny,a ja wciąż naiwnie czekam na duży hit amerykański, który nie będzie dramatem wojennym, tylko filmem o wojnie. W którym widać będzie ludzi z krwi i kości, a nie herosów rodem z Marvela. Chyba się nie doczekam. Znowu te wystudiowane kadry, zupełnie tak jakby Gibson chciał, aby je narysować i dodać do rysunkowej wersji biblii albo wojennej broszurki propagandowej. Wizualnie kicz lał się strumieniami. Rzewne motywy biblijne, naiwny przekaz. Wiele mankamentów, a mimo wszystko ogląda się nie najgorzej. Nieźle rozpisany scenariusz i aktorstwo chyba o tym przesądza. Inscenizacja bitwy robi wrażenie.

  • Film był trochę hollywoodzki, ale ja się cieszę, ze to nie był kolejny Wołyń

    • Dla mnie Wołyń zdecydowanie lepszy, ale przecież tych dwóch filmów nijak nie da się porównać, są kompletnie różne, tak samo jak ich reżyserzy

      • Rozumiem, ze mógł Ci się bardziej podobać, moim zdaniem to też był bardzo dobry film, z resztą ocena 8,2 mówi sama za siebie. Wypiszę co mi się nie podobało w Wołyniu i dlaczego, a co było w Przełęczy Ocalonych:
        -Patos w filmach jest do użycia jeśli się potrafi z niego korzystać. Mel Gibson, czy Christopher Nolan potrafią to jak mało kto. Rozumiem, że niektórzy lubią "suche" filmy, gdzie sami mogą więcej oceniać itp. ale to nie jest wykorzystywanie potencjału kinematografii. Jeśli ktoś chcę oglądać suche do oceny to może zobaczyć film dokumentalny w którym do oceny widza są zostawiane tylko i wyłącznie fakty.
        -W Wołyniu ani przez pół sekundy nie było muzyki filmowej. Zupełnie. W Przełęczy Ocalonych muzyka była znakomita.
        -Wołyń był bardzo ciężkim filmem, źle się go oglądało i jak dla mnie po 1,5h nic więcej nie wnosił. O ile te półtorej godziny oglądało mi się dobrze, to ostatnia godzina nie wnosiła zupełnie nic poza kolejnymi okrucieństwami, czyli czymś co już zostało w filmie pokazane. Rozumiem, że to była prawda historyczna i że jest to niesamowicie ważna do przekazania, ale ostatnią godzinę się męczyłem na tym filmie.
        -Niektóre sceny były zupełnie do skrócenia, a np. scena gdzie zabili Polkę, która ukrywała bohaterkę, była w ogóle nie przemyślana. Na logikę główna bohaterka wyszłaby z szopy i powiedziała, że mówią prawdę.
        -Wiadomo, że na Przełącz Ocalonych szło się jak na film hollywoodzki, który jednak nie był moim zdaniem przesadzony w żadnym względzie. Historia jak najbardziej do ukazania ze względu na to, że była prawdziwa (choć reżyser mógł pokazać więc niesamowitych czynów Dossa, które zupełnie w filmie pominął)
        -Nie wiem czemu, ale prawie wszystkie dobre polskie filmy o naszej historii są smutne. Nie potrafimy kręcić filmów o pozytywnych historiach (nie znam żadnego poza Bogami)
        -Do kina idzie się odpocząć, zrelaksować, ewentualnie zobaczyć kawał dobrej kinematografii.

        • Oj kompletnie się z Tobą nie zgodzę, ale to chyba dlatego, że kompletnie inaczej pojmujemy samą ideę kina, filmu, kinematografii. Ja nie uważam filmów za rozrywkę i relaks, jak chcę się zrelaksować to załączam serial komediowy. Może to wynika też z mojego gustu - wolę filmy trudne, bez kawy na ławę, gdzie mam pole jako widz do interpretacji, do własnego zrozumienia, do własnych emocji, a nie takich jakie dyktuje mi twórca mówiąc - tu a tu jest patos, chłoń go, a tu się popłacz bo masz wzruszającą scenę. Ale do rzeczy:
          - zgadzam się, że patos w Przełęczy jest użyty bardzo dobrze, po prostu widziałam takich filmów już sporo - chodzi mi o użycie patosu i czasem gdy jest go za dużo to mam dość, bo przez to film zaczyna być przewidywalny, natomiast jest jeszcze coś pomiędzy patosem a filmem dokumentalnym. Film może nie mieć ani grama patosu a oddziaływać bardzo, bardzo mocno i mieć fabułę, nie tylko suche fakty jak w dokumentalnym
          - absolutnie się nie zgodzę, mamy tam muzykę Trzaski, oczywiście, może dla Ciebie to nie jest "muzyka" sensu stricte ale ten zestaw niepokojących dźwięków to właśnie jest muzyka, ona potęgowała niepokój i nastrój całego Wołynia, do teraz ją słyszę jak świdruje mi uszy już na napisach z oddalającą się kamerą...
          - Wołyń jest pewnie najcięższym filmem jaki w życiu widziałam, jego ciężar buduje się z każdą kolejną sceną, ba, o mało nie wyszłam z seansu tak ciężki był dla mnie ten film, nie byłam w stanie o nim rozmawiać tuż po seansie, ale on TAKI MIAŁ BYĆ. Co więcej też był na faktach, a klimat był bardzo charakterystyczny dla Smarzowskiego, jeżeli oglądałeś inne jego filmy jak Wesele, Dom Zły, Róża czy Drogówka to powinieneś wiedzieć o co mi chodzi z klimatem Smarzowskiego - takie właśnie ciężkie do granic, pesymistyczne obrazy, jednocześnie aż do cna realistyczne. Twoje zmęczenie ostatnią godziną jest naturalne, bo jak można wytrzymać bez oporu takie nagromadzenie okrucieństwa? Ale czy dzięki temu nie poczułeś, nie pomyślałeś, jak nie do ogarnięcia było przeżywanie tego?
          - Ja w Wołyniu nie widziałam żadnej zbędnej sceny ale to już chyba kwestia gustu
          - Jak wspomniałam nie mam większych zastrzeżeń do Przełęczy Ocalonych, po prostu nie umiem wykrzesać z siebie tego hurraoptymizmu że to film 10 na 10, historia dobra, postać jak najbardziej zasługująca na pokazanie, dobre sceny batalistyczne, może odrobinę drażnił mnie główny aktor, który kojarzył mi się ze stereotypowym gejem (nie mam nic do gejów, no ale bohater był heteroseksualistą) i trochę za dużo patosu (nawet jeśli dobrze użyty może drażnić - przynajmniej takiego widza jak ja, który na co dzień stroni od typowo hollywodzkiego kina z dużym natężeniem patosu, amerykańskich flag itp.). Ale ma u mnie mocną 8 co jest naprawdę dobrą oceną.
          - Może są smutne, bo nasza historia jest w wielu przypadkach niestety jednak smutna, po drugie mam takie wrażenie, że sztuka ma to do siebie, że te smutne emocje jest absurdalnie "łatwiej" pokazać tak, żeby wywołały emocje, łatwiej przynajmniej niż te radosne.
          - Ja nigdy nie nastawiam się że idę do kina odpocząć, chyba, że świadomie wybieram komedię albo romans. W innych przypadkach zdecydowanie wolę chodzić na filmy, które mają mnie w jakiś sposób wbić w fotel i dać poczucie, że oglądam dzieło sztuki. Oglądam bardzo różne filmy, mniej i bardziej ambitne, ale seansu Wołynia nie żałuję, to jeden z tych filmów który zapamiętam do końca życia.

          • No to tak:
            -Przekaz w Wołyniu był oczywisty i to się udało osiągnąć reżyserowi. Nie przeczę. Po filmie spędziłem kilka godzin na czytaniu o tym co się tam działo.
            -Jest widz wymagający taki co zobaczy na przykład Requiem Dla Snu, albo niewymagający który zobaczy Avengersów, których mi się w życiu nie udało zobaczyć do końca. Ten film jest dla mnie kretyński do granic możliwości. No i co z tego? Zarobił 1,5mld dolarów. Więcej od niego zarobił tylko 4 równie komercyjne filmy. Prawda jest taka, że widza mniej wymagającego jest więcej (90%?). Wspomniane Requiem For a Dream zarobił prawie 200 razy mniej niż Avengersi... Nic dziwnego. Do domu po pracy wraca człowiek zmęczony i chce zobaczyć film, który go zrelaksuje. Albo idzie rodzina do kina i wybiera taki a taki film, bo są z dziećmi, a na plakacie są aktorzy w obcisłych kostiumach (dlatego tyle dzieci było Deadpoolu...)
            Dlatego mam taki szacunek do tych, reżyserów którzy potrafią połączyć obie sprawy o które w kinie chodzi: kino ambitne i miłe dla oka. Takie coś potrafi właśnie Gibson, czy Nolan.
            Wołyń moim zdaniem to nie było ani kino ambitne, ani już na pewno miłe dla oka. To było kino bardzo bardzo solidne. Ale jak dla mnie to za mało. Zwróciłem uwagę że w filmie są tylko te dźwięki, które nazywasz muzyką. Dla mnie to są dźwięki, nieprzyjemne, pasujące do nieprzyjemnego obrazu. I tyle.
            Kino jest po to, żeby oszukać widza, żeby wpłynąć na niego jak najbardziej. Po to jest odpowiednie ustawienie aktorów, przemyślany ruch i kolorystyka w scenach (mówię o ambitnych autorach zdjęć i reżyserach). I przede wszystkim po to, żeby wpłynąć na scenę jest muzyka. Z której zrezygnowano na miejsce dźwięków. Ok, może Ci się podobało, ale to nie kino studyjne dla koneserów, tylko kino dla ludzi. Wołyń to dzieło reżysera, które można oglądać w kinie. Mroczny Rycerz to dzieło reżysera DLA LUDZI. Tu jest różnica. Ten sam problem w Zjawie. Mnóstwo pięknych scen. No i co z tego, jak całość jest przydługawa, a montażysta z autorem zdjęć nie mieli odwagi wyrzucić nadmiaru pięknych zdjęć, przez co film jest najzwyklej nudny. Ambitnie reżyserzy (artyści), którzy nie zrozumieją, że filmy kręci się DLA LUDZI, przegrają z komercją. Wyrazić siebie każdy potrafi. No i co z tego, jak ludzie to będą mieć gdzieś?
            Moim zdaniem w polskim kinie jest zdecydowanie za dużo wyrażania siebie przez reżysera, przez co nie ma zrozumienia i połączenia z widzem (w co jak najbardziej zalicza się dla mnie Smarzowski).

            • Wołyń oceniłem wysoko, bo do pewnego momentu to film idealny, zakrawa pod epopeje... lubię to określenie i wołyń taki był do pewnego czasu. Finałowe akcje uważam za mocno zbędne, lecz to dalej film wybitny nawet jak na ogólnoświatowe realia. Z tym, że do perfekcji, która pozwoliłaby mu być pewniakiem do nagród w zagranicznych festiwalach zabrakło bardzo wiele, nie wiem czego i nie wiedział tego też Smarzowski, idąc w kierunku takiego finału jaki wybrał. Nie mówię, że trzeba przekłamywać rzeczywistość, ale ta emanacja przemocy to pójście na łatwiznę.

              I szczerze stawiać taką Przełęcz Ocalonych obok Wołynia to spore nieporozumienie (dwa kompletnie różne filmy), bo po pierwszej godzinie byłem zaskoczony negatywnie tym co oglądam. Chociaż lubię Garfielda to nie pasował on ze swoją ładną buźką w ogóle, porywająco również nie grał, bo cały jego miłosny wątek był tak nudny, schematyczny i oklepany, a ciągły entuzjazm głównej pary powodował, że miałem wrażenie, że oglądam coś bardzo słabego. Chociaż to taki minus, który można pominąć, bo pierwsze półtorej godziny to dobry i ciekawy film. Później zaczyna robić się dziwnie gdy Doss zostaje na górze i nie wraca przez ładne dwie doby, a gdzie spanie, jedzenie, odpoczynek? tą logiczną kwestię też pomińmy lepiej, bo jest do zniesienia i w sumie jakby film skończył się po 120 minutach byłoby ok, ale to ostatnie 15 minut, jak Desmond ciągnął tego kapitana - żałosny fragment (dobry w Świcie żywych trupów, a nie tak jakby nie było poważnym filmie), a potem, powrót na górę, 10 minutowe opóźnienie przez modlitwę i zjazd na linie to klekajcie narody laurka dla "god bless america", że tylko brakowało powiewającej amerykańskiej flagi w tle. Ostatnie sceny wywiadów trochę ratują sytuacje... 7/10 daje tylko dlatego, bo jednak sprawnie jest to wszystko nakręcone i oglądając człowiek się nie męczy. Za to muzyka męczyła w pewnym momencie, bo za dużo patosu potrafi zemdlić. Na tle corocznych oscarowych filmów z gatunku "god bless america" ten wypada najlepiej od lat, ale dalej to przeciętne kino.

              • Motyw z modlitwą podobno miał tam miejsce tylko w trochę innej formie. Dowódca (to było po tym jak uratował te 75 osób) zebrał grupę do zdobycia jakiegoś bunkra. Desmond zgłosił się na ochotnika i poprosił, żeby każdy miał chwilę na pomodlenie się. Dowódca inaczej zrozumiał i powiedział, że ok niech się teraz za wszystkich pomodli. Był zbity z tropu, bo nie o to mu chodziło, ale nie dał po sobie tego poznać i pomodlił się za nich wszystkich i ruszyli do góry.
                Garfield ma taką "drobną" urodę, ale Desmond Doss też był raczej taki, także czy pasuje, czy nie to nie ma nic do rzeczy. Grunt, żeby był z grubsza podobny do prawdziwego aktora (w sensie jeśli tamten był drobny to nie wezmą Stallona).
                Końcowy zjazd na linie chyba nikogo nie przekonał. Gibson chciał zamknąć jakoś ten film moim zdaniem, ale no trochę przegięli (w postprodukcji już pewnie).
                To z dwiema dobami to spora nadinterpretacja z Twojej strony moim zdaniem. Po co np. mają pokazywać jak śpi?
                Kapitan na rydwanie to też trochę pojechali. Chociaż pewnie jakby wziąć z tych jego akcji rzeczywiste najniebezpieczniejsze sytuacje to by też pewnie nikt nie uwierzył.

                • Cały ten motyw o którym piszesz jest podany pod koniec filmu w najgorszej możliwej formie, tylko filmowcy potrafią z czegoś takiego zrobić sztuczną i niepotrzebną scene na potrzebę filmu. Tak to już jest, że w większości przypadków na ekranie zobaczysz 10 - 20% prawdy, a jeśli jest tak jak piszesz to mamy idealny przykład.

                  Co do Garfielda to nie będę się sprzeczał, bo bardzo go lubię, ale tutaj mnie nie przekonał wyjątkowo.

                  Nie o to chodzi żeby pokazywali jak śpi czy sra... tylko widać jest, że ktoś miał problem. Desmond zaciąga się do wojska niby w 42 a akcja z Okinawy jest z końca wojny z maja 45 roku. 3 lata mignęły nie wiadomo na czym i takich cięć czy skrótów jest tutaj trochę i to mnie razi najbardziej, bo wyglądało to tak w pierwszych scenach jak Doss'a wrzucili pierwszy raz pierwszą line, a przecież gość służył już kilka lat. Z dwoma dobami nie przesadziłem, bo po wejściu było wyraźnie widać jak siedzi tam w dzień, noc i znowu w dzień. No i jeszcze te słowa pod koniec "jak bardzo się wobec ciebie myliłem" czy jakoś tak, w ogóle cała ta gadka... tyle zbędnych scen.

                • Dokładnie a oni do żółtków przypływają jako żółtodzioby, ten film jest strasznie irytujący, Jestem zdziwiony i to mocno zachwytami nad tym filmem a wiele osób pisze nawet że to arcydzieło kina wojennego. Kurde porażka jakaś, jest tyle ambitnych wojennych produkcji ahh szkoda strzępić ryja.

                • Jak mi się przypomina 9 kompania to, aż mam ochotę ją obejrzeć jeszcze raz. To jest dobry film wojenny, który dzieli przepaść od takiej przełęczy ocalonych. No nic... wychodzi na to, że na tegorocznych oscarach szału nie będzie jak taki przeciętniak jest w gronie najlepszych filmów 2016... Serio więcej było dobrych zagranicznych filmów, a samą główną nagrodę jak dla mnie powinien dostać Zwierzogród, chociaż wiadomo, że wygra La La Land w głównych kategoriach.

                • AMEN

                • To jest oczywiste, że w filmie opartym na faktach trzeba to ująć inaczej, żeby widz mógł to odczuć. Z resztą nie tylko w filmach opartych an faktach to widać. Requiem Dla Snu pokazało narkotyki w bardzo specyficzny sposób. Oczywiście, że to tak nie wygląda, ale po filmie jest jasny przekaz.
                  Jeszcze taka ciekawostka. Pod koniec na noszach jak go nieśli, to powiedział, żeby mu przynieśli Biblie. Naprawdę było tak, że był wtedy w szpitalu i cała kompania szukała jego Biblii aż znaleźli.

                • co jak nie wygląda? W requiem to wygląda dość delikatnie w porównaniu do tego jak żyją, jak się się prowadzą i kim są heroiniści... a że reżyser miał taką wizję, a nie inną to jego sprawa. Chociaż zbieranie hajsu na początku i sielanka, która zmienia się w koszmar, bo ludzie nie umieją sobie radzić z narkotykami czy tam nałogiem to mega przekaz i nie ma chyba co porównywać, bo w "Przełęczy..." moje zarzuty idą w kierunku masy uproszczeń. Przez taki tok myślenia jak twój tzn. pójście na łatwiznę i stosowanie uproszczeń mamy w kinie taką masę gówna, która traktuje widza jak debila, której nie da się oglądać, a najlepszym przykładem tego są horrory, które kiedyś stawały w szranki o wszystkie największe laury, a teraz to taki zeszmacony gatunek, że jak wyjdzie raz na rok dobry horror to jest święto lasu :)
                  (i nikt ani myśli obsypywać go nagrodami... a oscarami to już w ogóle).

                • OJ tam. Myślę, że podchodzisz do sprawy mocno subiektywnie. Gdyby film miał ocenę 3,0 to pewnie byś go ocenił na 10, a że teraz ma wyższą ocenę niż Ty oczekujesz to mocno atakujesz ten film. Jak dla mnie film zasługuje na wiele nagród (w tym oscary). Film bardzo solidny za niewielkie jak na Hollywood pieniądze. Porównaj sobie chociaż Avatara, który kosztował 240 mln i Przełęcz Ocalonych za 45 mln. Filmy Gibsona powstają dzięki ciężkiej pracy, w przeciwieństwie do tego co dzisiaj robią za grube pieniądze w Hollywoodzie.

                • oglądnij 9 kompanie i powiedz mi, że przełęcz ocalonych to dobry film... i że nie da się zrobić czegoś chociaż trochę innego niż tak oklepany schemat jak w większości tego typu filmów co przełęcz.

                • Postaram się zobaczyć w tym tygodniu i się odnieść.

  • Dokładnie, strasznie to wyglądało jak dla mnie zawiodłem się na tym filmie trochę, miałem nadzieje na ambitniejsze kino biorąc pod uwagę to że Mel się za to bierze no ale wyszło jak jest.

    • Ale to kino jest bardzo ambitne i chyba właśnie przeambitne. Trochę za bardzo- i nie chodzi mi o postać bohatera, o którym trochę czytałem i wiem, że to co jest na ekranie jest tylko wyjątkiem z wielu zdarzeń, które na ekranie nie byłyby do przełknięcia. Może zwyczajnie miałem inne oczekiwania. Nie podobał mi się podział na trzy osobne i generalnie nie powiązanych z sobą emocjonalnie aktów. Nie podobał mi się sposób pokazania Japończyków- może dlatego że mam porównanie z filmami Estwooda. Sposób w jaki pokazano motywacje protagonisty, nie przekonał mnie, nie umywał się do np. końcowej sceny Flagi naszych ojców, która jest tak esencjonalna. W części poświęconej procesowi... emocji mi brakowało.
      Miałem za duże oczekiwania :)

  • Mam podobne odczucia. A scena z opuszczaniem na noszach była okropna - była tak przerysowana, że oglądając ją zachciało mi się śmiać, co zupełnie wybiło mnie z dramatyzmu, który w tym momencie powinnam odczuwać.

  • youtu. be/b9liE9q36Io

    New youtube channel ! subscribe and like if u can ! :) thanks for support !!
    Delete space in link !!

  • Znawcom filmu, proponuję nakręcić własną wersję:)

  • Zgadzam się z tymi mieszanymi ocenami. Miejscami film był wybitny, a mjescami Gibson przefajnował. Chwilę miałem wrażenie, jakby zaraz miał wyskoczyć Superman

  • Mam bardzo podobne odczucia do Twoich. Najlepsze w tym filmie były sceny batalistyczne. Mocne, realistyczne. Więc kłóciły się zupełnie z całym tym patosem. Denerwuje mnie, kiedy twórca filmu nakazuje mi określone uczucia: "Widzu, to jest ten moment, kiedy masz się wzruszyć i popłakać" itp...Szczerze powiedziawszy też myślę, że Duss nie chciałby być tak sfilmowany. Podkreślanie jego bohaterstwa w taki sposób sprawia, że nie dociera do mnie jego skromność, którą rzeczywiście się cechował...

  • Mel jest patetyczny , wszystkie filmy amerykańskie wojenne rażą patosem. Co nie znaczy że prawdziwy Doss nie był bohaterem, był i to wielkim i prawdziwym.

  • Tak, bez "aureolki" wiele scen i film byłby lepszy. Również dziwne poczucie humoru reżysera dało o sobie znać w początkach filmu, a dokładnie pierwszych ujęciach z koszar. Generalnie kolejny dowód na to, że najlepsze scenariusze pisze życie. Kolejny obok "Sztandaru chwały" Eastwooda obraz demaskujący w jaki sposób miele materiał ludzki machina zwana amerykańską armią.

  • Zgadzam się z kolegą,dla mnie też chwilami to pole bitwy ,może przez nadmierne przesycenie każdej sceny przemocą w pewnym momencie zalatywało groteską. Scena w której sanitariusz gra w tenisa granatem a potem kopie go jak w grze Fifa to też jakaś fantazja rodem z filmów z Van Damme'm :-0000.Ogólnie to ten gostek bardziej przypominał mi w tym filmie cyborga, który bez pożywienia i snu wynosi chłopów jak dęby całymi tuzinami, a w przerwach bez żadnego pistoleciku unika jak duch całych tabunów brutalnych wrogów. Wisienką na torcie jest scena kiedy po tym jak już wywalił na dół dwa autokary ludzi, nagle robi sanki ze starego koca i ciągnie sierżanta jak pies husky a ten sobie strzela do przeciwników jak do kaczek. Pomijam już fakt że Vince Vaughn to ostatni aktor, który mi pasował do roli brutalnego dowódcy,cały czas przypominała mi się jego facjata w głupich komediach.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: