Niestety - wielkie rozczarowanie

Po obejrzeniu "Powrotu do Garden State" na kolejny film Zacha Braffa czekałem z niecierpliwością. I, niestety, bardzo się rozczarowałem... "Powrót..." urzekł mnie swoją magią i niesamowitym klimatem. W "Last kiss" zdecydowanie tego zabrakło. Sam pomysł mi się jeszcze podoba - ukazanie kilku osób w trudnym momencie ich życia, kiedy są jeszcze co prawda młodzi, ale wymaga się od nich dojrzałości i ustatkowania. Muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, czego tak naprawdę chcą w życiu, a ta decyzja może zaważyć na ich późniejszym szczęściu. Bardzo podoba mi się negatywne ukazanie stereotypowego poglądu na życie, planowania wszystkiego. Trzeba powiedzieć sobie jasno, społeczeństwo akceptuje ściśle określone zachowania, kto się wyłamuje zostaje "wyklęty". Kojarzy mi się to z genialnym "Fight Clubem", tam jednak bohater odrzuca zabójcze więzy. W "Last kiss" probuje się je jednak ratować, nawet wbrew prawdziwym uczuciom. I to mi się zdecydowanie nie podoba. Nie wierzę w miłość Michaela do Jenny. Po prostu nie wierzę. Ciekawe, czy gdyby nie dziecko, nadal tak chętnie by wracał? Pozostali męscy bohaterowie z próby przeciwstawienia się konwenansom wychodzą na szczęście zwycięsko.
Najlepiej moim zdaniem zachował się Chris - nie poświęcił własnego szczęścia dla toksycznego małżeństwa, ale też nie odrzucił ojcostwa. I to on prawdopodobnie osiągnie to szczęście, nie Michael.

Teraz trochę o bardziej technicznych aspektach. Scenariusz i reżyseria naprawdę słabe, mimo użycia dobrego podkładu muzycznego sceny nie mają dramaturgii, mocy. Zaledwie parę poruszających scen (Kim prezentująca Michaelowi ułożona przez siebie składankę), dobre aktorstwo i muzyka to zdecydowanie za mało. A szkoda, bo gdyby scenarzysta nie popadł w sztampę i sentymentalizm mógłby to być rewelacyjny film. A tak cóż, pozostaje mi tylko raz jeszcze wrócić do Garden State...

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o