Problemy erotomana.

Jest teatr w teatrze, wyuzdanie, ale nie ma erotycznego magnetyzmu, jest za to coś jak u Fredry w XIII księdze "Pana Tadeusza". Mnie mierzi postać głównego bohatera, bogatego erotomana i grafomana, który próbuje czasem filozofować, co jest dość żałosne. Sam film został poprawnie "uczyniony", ale Depp mi tu nie pasuje. Ciekawostka - obecnie mamy kolejny wysyp libertynów, tym razem wywodzących się nie z arystokracji lecz wprost z ludu, są to córki i synowie z dziadków chłopów, którzy otarli się o "wielki świat" i stwierdzili, że są wielcy.

2
  • Imo brak erotycznego magnetyzmu i cała masa "niedociągnięć" filmu, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, jest zamierzonym zabiegiem. Konstrukcja filmu niejako oddaje charakter samego Rochestera - dłużyzny, pustka, bezcelowość i pretensjonalizm. Prolog, który wygłasza Rochester, jest mroczny i obiecujący jak jego powierzchowność, ale potem wszystko jest lekkim zawodem - brak tu pasji, emocji, brak fabuły do opowiedzenia. Rochester, jak sam napisałeś "bogaty grafoman i erotoman" został określony przez jedną ze swoich kochanek jako ktoś, kto "częściej udaje rozkosz niż czuje ją naprawdę", bo poza byciem grafomanem i erotomanem jest przede wszystkim mitomanem. Chciałby być kimś wartym zapamiętania, więc rzuca się w kolejne skandale uciekając od swego pustego, nudnego i ze wszechmiar dostatniego życia w sztucznie kreowane dramaty. Bo kiedy prolog się kończy i widzimy Wilmota w swoim domowym zaciszu, w świetle dnia, sprawia wrażenie bardziej naburmuszonego nastolatka niż tego mrocznego "rozpustnika" z początku. Chciałby uczestniczyć w romantycznych eskapadach, a ostatecznie tylko ślizga się po kostki w błocie; pisze do żony płomienne listy, ale irytuje go ona, gdy są razem; obiecuje młodemu przyjacielowi, że "ta znajomość przyniesie mu śmierć", a ostatecznie śmierć przynosi mu uliczna burda, z której Wilmot ostatecznie (zgoła nieawanturniczo) zwiał. Generalnie niedojrzałość Wilmota najbardziej widać w jego rozmowach z rodziną. Matka i żona, znając go, nie potrafią brać go na poważnie i obie trochę mu matkują, co bardzo nie pasuje hrabiemu do jego własnej wizji siebie (w scenie gdy lady Rochester ruga Wilmota za pijaństwo, a on próbuje ją pocałować, wygląda, jakby matka chciała spuścić mu lanie).

    Spytacie więc, po co kręcić taki film o takim bohaterze? Przede wszystkim by zakwestionować legendę człowieka, który zdobył opinię największego awanturnika czasów Restauracji, i odpowiedzieć sobie samemu, czy naprawdę jest to historia kogoś godnego podziwu, i ile ten ktoś zapłacił, byśmy dziś tak mówili. Po drugie - by spojrzeć na tę antypatyczną postać z odrobiną (niełatwej) empatii i zrozumienia, by zobaczyć kogoś zagubionego, kto otaczał się legendą niebezpiecznego łotra, a pragnął przede wszystkim uwagi (znakomity kontrast pomiędzy agresywnym prologiem i zapewnieniami, że "nie polubicie mnie", a epilogiem z namaszczoną recytacją wyelaborowanego wiersza i nieśmiałym pytaniem "No cóż... a czy teraz mnie lubicie?"). Po trzecie... może by podjąć się trudnej refleksji nad samym sobą, by zobaczyć i w sobie trochę kogoś, kto dla kaprysu sprowadza na siebie zgubę?

    • Dziękuję za wyczerpującą wypowiedź, ale pozostanę przy swoim osądzie. Rozumiem, na czym polega kwestionowanie legendy. Czasami ma ono postać wybielania, bywa że brązowienia. Nie wnikałem tak głęboko jak Ty, ponieważ gdy film mi się nie podoba lub podoba tak sobie, kończę z procesem poznawczym.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: