Nestety porażka. 2/10

Dziwi mnie tak wysoka ocena dla tego filmu. Zrozumialym jest dla mnie, ze wiekszosc widzow
zalicza sie rowniez do grupy fanow zespolu Dzem, zatem..

Kim jest filmowy Rysiek? Prostolinijnym cpunem z niezlym glosem.
Czy rzeczywiscie tak bylo? Mozna stwierdzic, ze teksty, ktore napisal Rysiek sa populistycznym
belkotem grafomana. Mozna powiedziec, ze emocje, ktore w nich opisywal to zabieg obliczony na
sukces estradowy, pieniadze i szum w glowach nastoletnich panienek. Osobiscie sadze inaczej. I
jest to jeden z powodow, dla ktorych tak nisko oceniam ten film.
Przyklady mozna mnozyc, ja podam dwa:

- "Skazany na bluesa" - czy ktokolwiek zauwazyl w tym filmie uzasadnienie tytulu? Czy muzyka byla
czyms waznym dla glownego bohatera tego filmu? Odnioslem wrazenie, ze to jego zawod. Nic
wiecej. A przeciez owy blues, byl dla niego symbolem. Odpowiedzia i skutkiem wyborow lub splotow
okolicznosci.
- "Samotnosc to taka straszna trwoga" - czy w choc jednej scenie zauwazyc mozna bylo owa
samotnosc, o ktorej spiewal Rysiek? Skadze. Ot, prostolinijny cpun, ktory na drodze autodestrukcji
sciaga w otchlan swoja rodzine.

Film jest trywialny - postac z filmu w zadnej mierze nie pasuje do tworczosci Ryska. Jak mozna
pomijac zycie wewnetrzne wokalisty, ktory w wiekszej czesci swoich tekstow na tym wlasnie sie
skupia. Zestawiajac ze soba tekst utworu "Kim jestem - jestem sobie" oraz pustke bijaca z ekranu
odczuwam dysonans, ktory wywoluje we mnie wielkie zniesmaczenie i zlosc na nieudolnych
tworcow, ktorzy tworza taki gniot. Gniot obrazujacy tak wazna postac polskiej sceny muzycznej.

Pomijam w tym komentarzu poziom realizacji filmu, dialogi, zdjecia, prace kamery.. Bardzo, bardzo
marna jakosc. Film nie broni sie niczym.

Szkoda, bo Rysiek zasluguje na duzo wiecej.

7
  • "prostolinijny ćpun, który na drodze autodestrukcji ściąga w otchłań swoja rodzinę."

    Tylko niestety Riedel był takim człowiekiem. Prostym, niewykształconym, ale utalentowanym chłopakiem. Nie można go idealizować. Ja ten film oglądałem na chłodno, z ostrożnością. Znałem wcześniejsze informacje, że to nie jest ani film ściśle biograficzny, ani dramat. Reżyser (czy dobrowolnie?) narzucił sobie pewne ograniczenia. Odbiorcą miał był widz młody (niestety…) stąd te ciągłe odniesienia do narkotyków i sporo uproszczeń. Na Riedla trzeba dobrego aktora, z talentem, który zrozumie dramat tego muzyka. Trudno to przedstawić językiem filmowym. Ból, cierpienie, lęk, niepokój, ciągła ucieczka przed sobą samym. Samotność to złe słowo-wzbudza litość i współczucie. Tutaj chodzi o brak możliwości, brak środków wyrazu na zakomunikowanie, przedstawienie drugiemu tych straszliwych demonów, które czają się we wnętrzu każdego z nas. Dramat tego wrażliwego człowieka w trudnej, twardej śląskiej rzeczywistości dobrze przedstawiłby Kutz. Co z późniejszymi latami? Jeśli film miał być przestrogą przed środkami odurzającymi, to trzeba było przedstawić realistycznie, brutalnie ostatnie lata życia Riedla, kiedy był już tylko wrakiem człowieka myślącym o kolejnej działce. Zderzyć naturalizm konającego ciała z dziecięcymi marzeniami, nadziejami początkującego muzyka, kłopotliwą i dokuczliwą popularnością, obcością świata w którym żył. Muzyka broni się sama (każdy powinien posłuchać ponadpokoleniowego "Listu do M.", czy wczesnych utworów "Dżemu" z ponadczasowej płyty "Cegła").

    • W zadnym wypadku nie namawialbym do idealizacji. Byc moze "prostolinijnosc" nie jest najlepszym okresleniem, byc moze powinienem uzyc slowa "jalowy", aby lepiej oddac moje odczucia. Kazdy czlowiek - rowniez ten, ktorego ktos moglby okreslic mianem prostolinijnego - posiada jakas historie. Ryszard Riedel opowiadal swoja w tekstach do utworow Dzemu. I tej historii w tym filmie zabraklo. Swietnym przykladem biografii wokalisty jest film The Doors Olivera Stone'a. Mamy tam ciekawe polaczenie faktow/scen, ktore mowia nam cos zarowno o zyciu zewnetrznym jak i wewnetrznym Morrisona.

      "Jeśli film miał być przestrogą przed środkami odurzającymi, to..."
      Dlatego wlasnie sadze, ze Rysiek zasluguje na wiecej. :)

      "Muzyka broni się sama"
      To rozumie sie samo przez sie. Ponownie jednak wroce do filmu Stone'a - o ile tam film pieknie "wzmocnil" muzyke Doorsow, o tyle w tym przypadku Skazanego.. mam wrazenie, ze film uwlacza utworom Dzemu, tworzac niemile konotacje w umysle. Na szczescie latwo o nim zapomniec.. ;)

      • "film uwłacza utworom Dżemu,"
        Fakt. Jest jakiś dysonans pomiędzy muzyką i filmem, dźwiękiem i obrazem. Nie współgrają ze sobą i nie uzupełniają się. Utwory "Dżemu" zostają sprowadzone jedynie do marnej ilustracji, pocztówki dźwiękowej. Konsekwencją jest brak dramaturgii i jednowymiarowość Riedla. Zamiast aktu twórczego, tworzenia jest prymitywne chałupnictwo. Tak, coś mnie drażniło w tym filmie i to jest ten brak. Zabrakło pomysłu, czy wyczucia twórcom?

  • Jak dla mnie film broni się tylko muzyką i ze względu na to dałam mu ocenę 6.

    Mnie w tym filmie strasznie przeszkadzało to, że Tomasz Kot (który jest świetnym aktorem) śpiewał głosem Ryszarda Riedela. Widać było, że Pan Tomasz bardzo dużo serca włożył w tę rolę, że starał się wejść w postać Ryśka, w jego zachowanie...w jego życie, ale jednak coś tu nie zagrało. Najbardziej mnie jednak wkurzało to, że członkowie zespołu zostali tak strasznie wyidealizowani, że to ich zachowanie było tak krystaliczne. A tak naprawdę to bywało tak, że oni Riedela sami wyciągali często na scenę naćpanego (głównie dla kasy).

    Może się mylę, ale dużo bardziej wartościowym filmem o Ryszardzie Riedelu jest "Sie macie ludzie" z 2004 roku. Nie ma tam takiej obłudy, przerysowanych postaci i sytuacji.

  • cały film pokazuje jak bardzo samotnym człowiekiem był Riedel. Konkretne sceny? Proszę bardzo:
    1) jak leży w łóżku z żoną i pyta czy ona się go brzydzi... Gosia nic nie odpowiada
    2) jak jadą na nagranie (końcówka filmu) - cały zespół wychodzi z busa, zostaje sam Rysiek do którego potem przychodzi Indianer z koniem
    3) scena jak jadą na występ przez tym producentem i jego asystentką... dostali kontrakt, świętują i nikt nie z zespołu nie zauważa, że Ryśka nie ma z nimi
    4) scena koncertu jak z synem wspólnie śpiewali "Whiskey" - na słowa "...to samotnym być" jest takie zbliżenie na jego żonę, która stoi w tłumie... (bardzo wymowna scena)

    • Tak zgadzam się z Tobą ale moim zdaniem tą samotność sam sobie ładnie zorganizował... to on ciągle ćpał i nie można było na nim polegać więc ludzie zaczęli się od niego odsuwać emocjonalnie i traktowali go trochę instrumentalnie (ma zrobić swoje czyli zaśpiewać i do domu co z resztą nie zawsze wychodziło dobrze a frustracja rosła). Z uzależnieniami tak niestety bywa, że z czasem ludzie zaczynają Cię olewać a Ty czujesz się niezrozumiany ale swojej winy w tym nie widzisz... stąd pewnie ta samotność Ryśka wynikała... oczywiście mogę się mylić ale takie są moje odczucia. Bardzo smutny film o bardzo chorym człowieku...

      • W samo sedno! Zresztą zwróćmy uwagę na istotną scenę. Na dachu bloku Riedel i Indianer dyskutują, czy ludzkim życiem rządzi przeznaczenie, czy przypadek. To typowe dylematy nałogowców (porównaj: Dżem - "Niewinni i ja"). Znaczące, że żaden nie wymienia trzeciego czynnika: wolnej woli. "A jakbym teraz skoczył z dachu, to co by to było, przypadek czy przeznaczenie?". W rzeczywistości byłaby to niemądra decyzja. Ni mniej, ni więcej. Ta właśnie scena, w której nie pada najprostsza i najbardziej narzucająca się widzowi odpowiedź, jest najlepszą diagnozą. Pytanie o przeznaczenie i przypadek jest ucieczką od odpowiedzialności. Ucieczką którą bohater (Indianer to przecież alter ego Riedla) próbuje ukryć sam przed sobą.
        Trochę podbudowy teoretycznej: Zdaniem dr. Joe Zychika, amerykańskiego terapeuty uzależnień, kluczowe znaczenie ma uświadomienie nałogowcowi, że to jego własna decyzja wtrąciła go w nałóg, jego własne decyzje w nałogu go trzymają i (pomijając fazę odtrucia, faktycznie najłatwiejszy etap leczenia) tylko tylko własna decyzja może go z nałogu wyciągnąć. Bo nałogowiec jest gotów oskarżyć wszystko i wszystkich, byle nie siebie.

  • Ja nie znałem Dżemu, nigdy nie słuchałem i nie interesowałem się, miałem nadzieję, że ten film coś wyjaśni (no bo wiedziałem jak zmarł), albo chociaż zainteresuje mnie na tyle, żeby przesłuchać teksty ryśka.
    Jednak ukazane było tylko ćpanie, delirki, eee delirki i ćpanie.
    Nie poczułem nic oglądając tę produkcję.
    No poza lekkim znudzeniem momentami.

    • Film ekstra srednio słuchałem dzemu ale takiego filmu o zespole muzycznym nie widziałem jeszcze, kot to zagrał co nie uwierzył bym jakbym nie przeczytał. Super film kot wykazał pełny profesjonalizm przy tym filmie wielu młodych aktorów mogło by mu pozazdrościć. lubie wracac do tego filmu.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: