Czy tylko mnie denerwują osoby...

... które poleciały na luźny film o miłości z muzyką w tle i wyszły z kina zawiedzione bo nie wiedziały że idą na Malicka? :/
Żałosne to trochę.

30
  • Nie tylko ciebie -.-

  • Żałosne, ale przynajmniej dowiedzieli się, że istnieje coś poza komedyjkami romantycznymi i lateksiarzami :)

  • Nie ma w tym nic żałosnego. Kiedyś te osoby Malicka muszą poznać, poznały teraz. Nie spodobał się, następnym razem na Malicka już nie pójdą.

  • Znałam Malicka tylko że słyszenia, nigdy nie widziałam żadnego jego filmu, poszłam do kina licząc na coś innego (ach, te zwiastuny!) i mi nie podeszło. Czy to jest żałosne? :) Prawda jest taka, że mało kto wiedział na co się pisze, a kampania reklamowa filmu również wskazywała na coś bardziej mainstreamowego... wniosek z tego taki, że czasem warto zrobić research zanim pójdzie się do kina :)

  • Nie ma potrzeby oglądania każdego filmu reżysera, obsada kusiła bo ma czym kusić, zwiastun fajny bo taki był :) To ,że reżyserem był jakiś "Malick" nie wyklucza tego, że jednym może się podobać a drugim nie ^^ Podobał się ci? Super! Innym nie? Trudno :> Osobiście dla mnie to było tak
    - 80% filmu był to wewnętrzny monolog głównej postaci na poziomie 15-latki
    - Poszedłem głównie dla Natalie , Cate i Michaela , ale Natalie i Cate były chyba 5 minut na planie :> Michael więcej ale jego postać była denna.
    - To wyglądało jak wielkie przeskoki czasowe, nie było w tym jakiejś logiki.
    I nie spodziewałem się komedii romantycznej, bardziej dramatu muzycznego :> coś w stylu serialu "Vinyl"

  • Jeśli mam być szczera, to kupiła mnie obsada, a żadnego wcześniejszego filmu Malicka nie widziałam i spodziewałam się "zwykłego" dramatu. Przez pierwsze pół godziny siedziałam i nie do końca wiedziałam na co patrzę. Tak na prawdę nie umiem nawet ocenić tego filmu, ale wiem, że muszę nadrobić zaległości w postaci wcześniejszych filmów tego pana.

  • Ale ten film trochę tak był reklamowany (gwiazdy na plakacie + coś tam o muzyce), więc trudno się dziwić, że widzowie mieli takie oczekiwania. Nie każdy zna Malicka (a pewnie sporo z tych co znają bynajmniej nie pójdzie na ten film), a trzeba sprzedać chociaż kilka-kilkanaście tysięcy biletów. Ostatnio multipleksy (szczególnie CC) wprowadzają trochę ambitniejszego kina, ale przyzwyczajenia widzów, że w tego typu kinach lecą "normalne" filmy z fabułą i dialogami, są nadal mocne (i w 95% zgodne z prawdą).

    • Dokładnie, dystrybutor wprowadził ten film reklamując go jako jakiś typowy film romantyczny ze świetną obsadą i trochę na czasie, w końcu dopiero co Gosling był muzykiem w La La Land - choć ten film był kręcony z 5-6 lat temu i tyle lat spędził w postprodukcji. Takie nazwiska i temat musiał się sprzedać, choć dziwię się że wylądował w multipleksach. Ale te rzeczywiście próbują dodawać filmy nagradzane, w moim CC bylo np Moonlight, co może się wydawać dziwne. A więc to trochę fałszywa reklama, ale tak to działa, trzeba sprzedać produkt. Natomiast film jest specyficzny i twórca też - niby wydaje się, że próbuje być na czasie i hołduje nowoczesnym trendom - gwiazdy, piękne kobiety i przystojni mężczyźni, wnętrza i lokacje, świetne zdjęcia i muzyka, taki film powinno się świetnie oglądać - a tu nie. Bo trzyma się on swojego stylu, film jest trochę męczący, pełen banałów o życiu i bez scenariusza, ale i tak lepszy niź poprzednie dwa, taka jest opinia. Widziałem ostatni i Drzewo życia, a takźe kilka starszych, ale to były inne filmy. Teraz kręci na to jedno kopyto wizualne i stylistyczne, ten sam klucz o którym napisałem wyżej, tylko te historie mogą być mniej lub bardziej wydumane. Ten jest interesujący, nawet jeśli banalny to coś mówi o życiu, miłości i poszukiwaniach różnych rzeczy, to jest ciekawe doświadczenie. Nie dziwię się jednak, że ludzie wychodzili i tylko czekałem na to, na moim seansie w CC kilka osób, uśmiechałem się, bo to było do przewidzenia. Na pewno ich opinię skrzywdzą ten film, ale Malick nie trafi do każdego, a do małej grupy - bo jest on twórcą ciekawym, wyjątkowym i enigmatycznym, ale to nie znaczy, że robi takie dobre filmy. Robi co chce i bywa z tym różnie. Jak z Allenem.

      • Zgadzam się z Tobą, bardzo trafnie to wszystko ująłeś. Na seansie, na który poszłam wyszło z sali około 10 osób, w różnych momentach, trochę się zdziwiłam, bo był to przedpremierowy pokaz dla Unlimited i myślałam, że ludzie znają klimaty reżysera. Nie wiem, może się nie znam ale nie wyszłabym z kina nawet podczas najnudniejszego filmu, no bo jak to potem można ocenić? W każdym razie, ja skupiłam się na cudownych ujęciach i fabuła mogła lecieć sobie w tle.

  • Bardzo cenie Malicka za "Cienką Czerwoną Linię", ale jednak połączenie przemyśleń i sensu istnienia w tamtym filmie to logiczna sprawa, można poznać bohaterów, ich motywacje i cele, czemu walczą. Natomiast w "Song to Song" nie poczułem więzi z żadna z charakterów, a powiem więcej, strasznie mnie irytowały. Niespójność akcji, jakieś mało dla mnie wytłumaczone motywacje tych ludzi zupełnie mnie zaczęły nudzić.
    Kolejna sprawa to zwiastun, który pokazuje zupełnie inny obraz i tego co można sie spodziewać.
    Zobaczyłem cały, żeby nie było, ale jestem zawiedziony tym obrazem.

    Oczywiście to moja opinia i każdy może inaczej go odbierać :)

  • Żałosna jest bufonowatość i poczucie własnej wyższości że ktoś może iść do kina nie znając reżysera :)
    Wyobraź sobie że sporo osób chodzi do kina w celach czysto rozrywkowych, a nie szukając rozterek moralnego niepokoju.
    Jeśli Malicka puszczają w multipleksach, na kolorowym plakacie roi się od znanych twarzy aktorów to przekrój na widowni na pewno będzie szeroki. A że 3/4 wyjdzie z sali w trakcie filmu - co z tego, bilet kupili, kasa się zgadza :)

    Malicka znam, nie lubię, stąd nie pójdę na Song to Song mimo tak dobrej obsady.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o