Malick się nie zmienił

Czy to wada czy zaleta, to już kwestia indywidualna, warto jednak zapoznać się przed seansem z czyim filmem będziemy mieć do czynienia. Bez wątpienia podzieli on widzów.

W tym przypadku postać reżysera jest niezwykle istotna, dlatego nie spodziewajcie się, że dostaniecie klasyczny film fabularny jaki znamy pod tym pojęciem. Tzn. w którym opowieść wędruje po linii od A do Z, a scena B jest konsekwencją sceny A, scena C konsekwencją sceny B itd. U Malicka to raczej wygląda tak: F -> B -> R -> D -> Z -> M....

Miesza się tu wszystko i wszyscy. Czas, przestrzeń, miejsce, ludzie. Zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń, by po chwili cofnąć się do przeszłości, a za chwilę znowu zmienić miejsce. Jeśli komuś przemknęło przez moment, że Malick zmieni swój styl, wyprowadzam z błędu. Po raz kolejny Terrence "tree-life'uje". Ten film jest niemalże bliźniaczy do "To the Wonder" i "Knight of Cups". Tym razem jednak tematyka przede wszystkim obraca się wokół miłości.

Jest takie pojęcie w psychologii, jak 'wzgórza pamięci', przywołane w ostatnim czasie w filmie "Wszystkie nieprzespane noce", które odnosi się do wspomnień, które pamiętamy. Nigdy w całości, z wiekiem część zapominamy, zostają najlepsze (bądź najgorsze) urywki. Doskonale to również pasuje do twórczości późnego Malicka.

"Song to Song" jest filmem małych scen, to nie jest monolit, chociaż fabuła oczywiście tu istnieje i ma ręce i nogi. Dostajemy mnóstwo mini-sekwencji, w których bohaterowie bawią się, rozmawiają, spotykają się. Zawsze lądujemy w środku wydarzeń. Za każdym razem widzimy tylko część danej sytuacji. Najczęściej bardzo krótki urywek, ledwie 1-2 minutowy. Tu ktoś się całuje, za chwilę rozmawiają zupełnie inne osoby, za chwilę jeszcze inne, z tymże to już jest retrospekcja. Sceny typowo filmowe od czasu do czasu przerywane są jakimś ujęciem krajobrazu, czy to faulująca woda czy przelatujący motyl.

Bohaterowie Malicka również są specyficzni. Wydaje się jakby dryfowali w przestrzeni, a nie byli uczestnikami rzeczywistego życia. Dialogów jest niewiele, najdłuższe trwają po 4-5 zdań. Sporo tu znanej z poprzednich filmów narracji z offu, postacie rozmawiają same ze sobą. Jasne, wdziera się tu pretensjonalność, ale - przynajmniej dla mnie - tak przedstawiona jest na poziomie akceptowalnym.

Relacje między nimi opierają się na spojrzeniach, gestach, mimice. W trakcie rozmowy wyglądają jakby krążyli wokół siebie, jakby każdy z nich uczestniczył w niej dla samego siebie, nie dla rozmówcy. Dialogi owszem się pojawiają, jak wspomniałem, ale są poszatkowane, nie zdradzają nam wszystkiego, często nie są naturalne.

Pytanie do kogo to trafi. Dla stałych widzów Malicka napisałem rzeczy oczywiste, reszta może być zdziwiona. Tak, to nie jest przypadek, że to pierwszy jego film od 6 lat, który trafi do polskich kin. I jak jeszcze "Drzewo życia" miało tylko Brada Pitta (nie pamiętam czy reklamowano również Seana Penna, a dla Chastain nikt wówczas do kin nie chodził), tak tutaj mamy prawdziwą ekstraklasę: Gosling, Fassbender, Mara, Portman, Blanchett. Dla muzykantów Iggy Pop czy Red Hot Chili Peppers, a na głośnikach chociażby gra Die Antwood czy Lykke Li. Film więc przyciągnie, zapewne większość widzów nieświadomych z czym będą mieli do czynienia. Na samą wieść o seansach w Multikinach, CC czy Heliosach mnie śmiech ogarnia. Malick jest tak bardzo niemainstreamowy, że obecność jego filmu w sieciówkach zaskakuje co niemiara. Nie zdziwi mnie więc ani trochę jeśli 2-3 tygodnie po premierze średnia będzie oscylować w granicach 5,2-5,8.

Malick jest specyficzny. Ostatnimi czasy nawet fani zgrzytają zębami, bo kolejny raz jedzie na autopilocie. "Song to Song" nie trafi do każdego. Większość uzna go za nudny. Za pozbawiony sensu. Za urywki, a nie film. Warto się więc zapoznać wpierw przed seansem kto tu będzie serwował danie.

65
  • Doskonale to opisałeś, jeśli ktoś pójdzie na obsadę do multipleksu, bo zobaczył zwiastun to boleśnie się rozczaruje. Zresztą kina liczą, że na tym zarobią, bo aktorzy są głośni i świetni. Ciekawe, że akurat ten film postanowili wpuścić do kin, może na fali Goslinga i Fassbendera i niejako muzycznego tematu, bo poprzednie dwa też miały dobrą obsadę. Fascynujący przypadek. Za jakiś czas się wybieram i to właśnie do dużego kina, skorzystam z dobrodziejstwa karty CC, wiem na co idę, ale jestem ciekaw ile osó wyjdzie w trakcie.

    • Hmm, nie spodziewałem się tak pozytywnego odbioru postu (plusy), myślałem, że napisałem truizmy. Z pokazu specjalnego nikt nie wyszedł, choć to raczej z powodu tego, że sala pękała w szwach i głupio byłoby przeciskać się między rzędami. Odbiór filmu bowiem dało się wyczuć w znacznej mierze negatywny, bo gdy Fassbender rzuca w pewnym momencie kwestię "nie ogarniam życia" lub gdy pojawił się polski akcent (nie zdradzę jaki), to śmiechom było co niemiara. Film na sobotnią randkę to na pewno nie jest, w multipleksach będzie więc ciekawie :)

      • I jeszcze dodam, że Malick się zmienił. Jego pierwsze filmy były fenomenalne, potem zaczął być ultraspecyficzny, pewnie odkrył siebie, albo odkrył jaki chce być i jak chce tworzyć i do tego dąży, jednak osobiście mam wrażenie, że filmu na film staje się coraz bardziej sztuczny, zagubiony, przeintelektualizowany. Więc pora się pożegnać. To fajnie, że gościu jednak ma swoje grono fanów.

    • Włączyłam dla Malicka, a i tak się rozczarowałam. Bywa.

  • No dobrze, widziałem tylko "Cienką czerwoną linię" i "Drzewo życia" - pierwszy bardzo mi się podobał, a drugi nie porwał - mam się wybrać do kina?

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: