Wydawał się być intrygującym filmem o dziennikarstwie śledczym, gdy tymczasem okazał się być ...

... tylko kolejną nudną kościelną propagandą!

Film od strony technicznej jest dobry i nawet ciekawy, w miarę porządne aktorstwo i detale z przeszłości robią pozytywne wrażenie, te stare auta, ubrania itp. Ale, to nie wszystko, bo...
No właśnie. Film cały czas trzyma widza w napięciu, że pod koniec nastąpi jakiś znaczący zwrot akcji, coś się stanie wyjątkowego, dowiemy się czegoś więcej, gdy tymczasem główny bohater tylko przechodzi załamanie nerwowe i poddaje się całkowicie zaszczuty przez wyznawców i kolejnych podstawianych naukowców, historyków, speców od kościelnych mitów itd. Sama żona też pokazana jako postać jak z bajki, gdyż jej nawrócenie się na wiarę następuje tak na dobrą sprawę nie wiadomo skąd. Jednego dnia nie wierzy, by drugiego nagle stwierdzić, że rozmawia z bogiem...
Same "fakty historyczne" podane w trakcie jeśli już czegoś dowodzą to jedynie tego, że istniał ktoś taki jak Jezus i jest jakieś prawdopodobieństwo, że mógł zginąć na krzyżu. Natomiast samo zmartwychwstanie jest już spekulacją i podawanie jako "dowodu" tego, że świadczyły o nim kobiety, które wtedy uznawane były za niewiarygodne, więc strażnicy ryzykowali życiem za niedopełnienie obowiązków i to jako fakt ma przesądzać o tym, że jest to niezbity dowód na owo wskrzeszenie jest lekko mówiąc - dosyć naiwne. Nikt się nawet nie zająknął, że ludzie w tamtych czasach byli ciemni niczym komin od środka, pewnie grubo ponad 95% z nich było niepiśmiennych i pewnie więcej niż 90% nie miało żadnego wykształcenia, choćby nawet takiego w kierunku strugania desek, garbowania skór czy lepienia garnków z gliny! Jak można w oparciu o podania spisane z ich relacji dowodzić czegokolwiek?!
No i jeszcze podawanie, że ponieważ istnieje nieco ponad 5 tysięcy starodawnych i odręcznych kopii nowego testamentu, jest to 5 tysięcy dowodów na istnienie boga... bez komentarza.
Gwóźdź do przysłowiowej trumny wbija informacja, że ów dziennikarz tak mocno uwierzył w to co chciał obalić, że został pastorem i nawraca kolejne zbłąkane owieczki jak i wzmianka o tym, że film jest na podstawie wydarzeń autentycznych.

Generalnie film jest do obejrzenia, lecz jeśli jesteś osobą trzeźwo myślącą bazującą na faktach i nauce XXI wieku, a nie na mitach sprzed kilku tysięcy lat, to nie polecam, wręcz nawet odradzam! Zmarnowane dwie godziny życia.
Natomiast jeśli jesteś wierzący, to też film raczej nie dla ciebie, bo potwierdzi ci tylko to, w co już wierzysz nie dając zupełnie nic nowego, więc też bez sensu.

8
  • Wyluzuj. Trzy głębokie wdechy, zdrowaśka, lektura dobrej książki apologetycznej (koniecznie ze zrozumieniem) - to Ci pomoże.

  • Hahh, o to właśnie chodziło, dlatego jest taki realistyczny. Nie potrzeba było cudu, nawrócenia tak nie wyglądają. Zresztą każdy Twój zarzut jest kompletnie pozbawiony sensu. Świetny film

  • Nikt się nawet nie zająknął, że ludzie w tamtych czasach byli ciemni niczym komin od środka, pewnie grubo ponad 95% z nich było niepiśmiennych i pewnie więcej niż 90% nie miało żadnego wykształcenia, choćby nawet takiego w kierunku strugania desek, garbowania skór czy lepienia garnków z gliny!
    ==
    Skąd wziąłeś te dane o Żydach sprzed 2 tys. lat?

    • Poczytaj sobie Pismo Święte, albo jakiś artykuł czy opracowanie z sieci np. to:
      http://www.pedkat.pl/index.php/publikacje/artykuly/225-leman...
      i wtedy, po dokładnym zapoznaniu się z tekstem, sam wyciągnij wnioski.

      • Czy dobrze rozumiem, że nie przeczytałeś linkowanego tekstu?
        No cóż, było nie było, to tylko Filmweb, nie mamy wpływu na dobór dyskutantów. :)
        Wracając, mowa była o umiejętności czytania i pisania, a nie o ogólnie pojmowanym wychowaniu. Niemniej, w linkowanym tekście, nt. alfabetyzacji znajdujemy takie miodzio:
        "Jednak już w VIII wieku także prosty rolnik, jakim był przed swoim powołaniem prorok Amos, wyróżniają się dużym stanem wiedzy i zapewne zdolnością pisania i czytania. Liczne ostrakony z ćwiczeniami pisarskimi (tzw. abecedaria) będące świadectwem nauki alfabetu i jego zapisu pochodzące z lat 800-587 świadczą, że sztuki czytania i pisania uczono w okresie monarchii dość powszechnie."
        Czyli, jakby to powiedzieć, prości Żydzi z grubsza dość wcześnie byli piśmienni.

        • "No cóż, było nie było, to tylko Filmweb, nie mamy wpływu na dobór dyskutantów. :) "
          No to jest FW, i . . . sam tu jesteś. Jak to świadczy w kontekście powyższego twierdzenia?
          Przypomnę, że sam się podpiąłeś/włączyłeś, więc co to za pretensje...?

          - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

          "Niewątpliwie wspomniane „szkoły” oraz umiejętności miały zapewne charakter elitarny, a nie powszechny."

          ... "elitarne" ( ! ! ! )
          https://pl.wikipedia.org/wiki/Elitaryzm

          "Pierwszymi odpowiedzialnymi za wychowanie dzieci i młodzieży są ich rodzice[9]. Wiedza przekazywana przez nich była najważniejsza. Przypomina o tym jedno z przysłów: „Synu mój słuchaj napomnień ojca i nie odrzucaj nauki swej matki” (Prz 1,8; por. 6,20; 23,22). Wychowanie pojmowano integralnie. Nie chodziło tylko, aby wychować w sensie fizycznym, tzn. doprowadzić do dorosłości, ale i przygotować do życia. Wszystkie dzieci pozostawały pod opieką matki do dnia „odstawienia od piersi”, który to dzień celebrowano jak wielką uroczystość (por. Rdz 21,8; 1 Sm 1,23-25)[10]. Zapewne trwało to maksymalnie do trzeciego roku życia[11]. Matka uczyła córkę najważniejszych czynności związanych z życiem i rolą społeczną kobiety: szycie, tkanie itp., ale miała też swoją rolę w edukacji syna (por. 1 Sm 1,22-28; Prz 31,1.28; 2 Mch 7,24nn). Ojciec uczył syna swojego zawodu, a także innych praktycznych umiejętności potrzebnych w dorosłym życiu (Prz 4,4.13; 13,1; 29,17; Pwt 8,5). W razie kłopotów z dziećmi głównym odpowiedzialnym zawsze był ojciec, głowa domu (1 Sm 2,22-25.29-36; 1 Krl 1,6). Złe zachowanie dzieci przynosiło nie tylko wstyd i hańbę rodzicom, ale świadczyło również o ich porażce wychowawczej."

          "Problem kiedy powstały w Izraelu pierwsze szkoły był dość mocno dyskutowany w minionych latach[13]. Jak zostało to wspomniane, pierwsza wzmianka o czymś w rodzaju szkoły pojawia się dopiero w Syr 51,23 i pochodzi z początku II wieku przed Chrystusem."

          A to jest przed tym cytatem:
          "Co jednak było wcześniej, zanim powstały owe bed midrasz? Niewątpliwie istniały „akademie” dworskie powstałe na wzór szkół egipskich czy sumeryjskich przygotowujące przyszła kadrę administracyjna potrzebną w zarządzaniu monarchią. Z takich szkół mogli wywodzić się między innymi pochodzący z rodzin arystokratycznych prorocy Izajasz, Sofoniasz czy Ozeasz. Istniały też zapewne szkoły przyświątynne przygotowujące przyszłych kapłanów, z których mogli z kolei wywodzić się pochodzący z rodów kapłańskich prorocy Jeremiasz czy Ezechiel."

          Słowo klucz na dziś: "ZAPEWNE"
          https://sjp.pwn.pl/slowniki/zapewne.html

          "Chociaż wspomniane już ostrakony z ćwiczeniami kaligrafii dowodzą, że nauka polegała także na pisaniu, to jednak zasadniczą metodą kumulowania wiedzy było zapamiętywanie doskonalone przez nieustanne głośne powtarzanie (por. Iz 28,9-10; Pwt 6,6-7). Ułatwieniu takiej pamięciowej nauki były odpowiednio konstruowane zestawienia zawierające wiedzę z jakiejś określonej dziedziny. Komponowano je w formie numerycznej (Ps 62,12; Hi 5,19; 33,14; Prz 6,16; 30,15.18; Syr 23,16), alfabetycznej (tzw. akrostychy; por. Ps 9-10; 34; 37; 111; 112; 119; Prz 31,10nn); Lm 1-4) lub jako tzw. onomastika, listy nazw lub przeciwstawień (por. Koh 3,2-8). W środowisku rodzinnym zapewne nieustanne powtarzanie także było jedną z metod przekazywania określonej wiedzy, zwłaszcza religijnej."

          "Mając na uwadze praktyczne przygotowanie do życia naukę przekazywano także wdrażając dzieci od najmłodszych lat w różne zajęcia wykonywane przez rodziców. Jedną z najprostszych form przekazywania wiedzy były przysłowia."

          "Profesji uczył swego syna ojciec (1 Sm 16,11; 2 Krl 4,18), matka zaś wdrażała córkę w tajniki gotowania, szycia czy haftu (2 Sm 23,8; Wj 35,25-36). Dla ludności wiejskiej istotna była umiejętność pracy na roli. Zarówno więc dziewczęta jak i chłopcy uczyli się jej od najmłodszych lat pomagając rodzicom przy różnych zajęciach (Prz 12,11; 24,27.30-34; 27,18.23-27; 28,19). "


          Można tak wiele, a zamiast tego wyrwałeś jedno zdanie z kontekstu i wielkie halo...
          Poza tym, to co wpisałem było dużym uogólnieniem, zawsze się trafi jakiś wyjątek jak np. Diogenes z beczki ;) ale trzeba pamiętać, skąd (z jakiej klasy społecznej) brali się ludzie piśmienni i wykształceni, a z nich ewentualnie ujawniali się geniusze, myśliciele, jednostki wybitne.
          Reszta to był ciemny tłum, ludzie żyjący z dnia na dzień, wierzący we wszystko co im kapłan powie albo ktokolwiek, kto im się wyda mądrzejszy od nich. Jakie były szanse aby syn rolnika czy kamieniarza bez nauczyciela i uczęszczania do szkoły nagle nauczył się SAM pisać i czytać i w jakim jeszcze języku, korzystając z jakiego alfabetu, czy hieroglifów...? Co?
          To ich miałem na myśli, a nie wąską klasę elit społecznych, choć tam pewnie jak i dziś mimo dobrego wykształcenia trafiali się mega gamonie...


          P.S.
          Co by nie wpisał, to widać, że to nie po myśli i będziesz oponował w nieskończoność, więc raczej bez sensu.

          • Nie wiem, czego nie zrozumiałeś w słowach "dość powszechnie". Nie wiem, dlaczego mieszasz epoki. Nie wiem, dlaczego mieszasz alfabetyzację z wychowywaniem/ uczeniem dzieci.
            Wielu rzeczy jeszcze nie wiem. :))) Z pomocą nam przybędzie ciocia Wiki, było nie było, eksprezydencka encyklopedia.
            https://en.wikipedia.org/wiki/History_of_education_in_ancien...
            Tam mamy takie sformułowania, jak
            "...a public school in Jerusalem to secure the education of fatherless boys of the age of sixteen years and upward. However, the school system did not develop until Joshua ben Gamla (64 CE) the high priest caused public schools to be opened in every town and hamlet for all children above six or seven years of age (Babylonian Talmud, Bava Batra 21a).[1] Education began at the age of six or seven[1] and continued throughout life; full-time basic education was completed before marriage at the age of about 18 years old.
            [...]
            The expense was borne by the community, and strict discipline was observed."
            W żadnym razie to nie tłumaczy, dlaczego tylko alfabetyzacja miałaby być dowodem racjonalnego myślenia. A od tego przecież wszystko się zaczęła. Tradycja oralna też jest dobrą metodą edukacji i nauki logicznego myślenia, czego dowodem jest np. starożytna Grecja, gdzie taki Platon niczego nie napisał (albo lepiej: nic o tym nie wiemy), a całe życie łaził i uczył racjonalności.
            Faktem jest, że w starożytnym Izraelu bywały małe wioski, gdzie nikt nie umiał czytać. Ale to nie dowodzi, że nikt nie miał kontaktu z tradycją intelektualną, myśleniem itp. Praktykujący żydzi, choć to nie byli wszyscy Żydzi, mieli obowiązek "studiować Torę".
            Innymi słowy, teza o "niepiśmiennych gostkach", którzy "nic nie kumali", bo byli niepiśmienni, sama w sobie jest słaba. Dzisiaj ludzie są piśmienni, a się dają rolować tak samo.
            Teza, że słuchacze Jezusa wszyscy byli niepiśmienni, jest raczej mało prawdopodobna. Teza, że nie mieli kontaktu z myśleniem logicznym, z analizą, syntezą itp. - jest całkowicie niemożliwa do utrzymania.

            • Teraz weekend, nie che mi się marnować czasu, bo świeci słońce i ładna pogoda.
              Po Niedzieli się zapoznam, co tam napisali i coś więcej powiem.

              Ogólnie, to ciężko wróżyć co i jak, bo podania spisane zostały mocno tendencyjnie, rzetelność takich zapisów pozostawia wiele do życzenia, same rzekome dokumenty też. W końcu minęło ponad 2000 lat...

              Nawet jeżeli, podkreślam >jeżeli<, piśmiennych było więcej niż te zakładane przeze mnie 5-10%, a niektóre "ciemniaki" byli jednak kumaci i potrafili wygarbować skórę, czy ulepić garnek, nie zmienia to faktu, że nauka stała na słabym poziomie, nie była tak powszechna powszechna, a same "gostki" delikatnie mówiąc byli dosyć naiwni, skoro byli w stanie uwierzyć w takie cuda. Zresztą dzisiaj naiwnych też nie brakuje i to pomimo powszechnej edukacji.
              Co do jednego zgoda - owszem dzisiaj ludzie piśmienni i kształceni tak samo dają sobą manipulować jak te dwa tysiące lat temu, a o wiele lepsze wykształcenie wydawałoby się, że zobowiązuje do czegoś więcej. A tu okazuje się, że niekoniecznie...

              • W ogóle co to za różnica czy umieli czytać, skoro do czytania mieli tylko jakieś religijne brednie i inne urojone bajki. xD Cała ich ówczesna wiedza sprowadzała się tylko do tego jak nie zdechnąć z głodu i klepać paciory do swojej bozi. XD

                • Tak właściwie to z grubsza miałem to na myśli, tylko starałem się jakoś ładniej to w słowa ubrać, sam nie wiem czy warto było, bo prosto z mostu chyba najlepiej jest zawsze.

                  Natomiast kluczowym stwierdzeniem jest, że oni (żydzi) modlili się "do swoje bozi"! To jest ich bóg, a nie nasz i to wymaga wyraźnego podkreślenia! Nie można zapomnieć jak na fali marketingu sprzedali tę swoją religię na całą Europę i potem na połowę reszty Świata oraz w jakich okolicznościach Polanie (Słowianie z terenów dzisiejszej Polski) zostali zmuszeni do przyjęcia tej (ich) wiary i chrztu (całego) kraju!

            • Wybacz, że tak długo...
              Mea culpa i biję się w pierś - zapomniałem, że miałem odpisać.
              Tzn. nie zapomniałem, bo pamiętałem (przez jakiś czas), ale potem jednak mi wyleciało z głowy, by z kolei się przypomnieć na chwilę jakiś czas temu i chyba znowu...
              A, nie, jednak zapomniałem...

              Słuchaj: próbowałem to czytać i porównać z tym co ja podałem i zdałem sobie sprawę, że to bez sensu, bo jak może to być wiarygodne? Ktoś tam coś napisał i skąd pewność ile w tym prawdy? A minęło ponad 2000 lat!
              Piszesz obalam to, obalam tamto, podważam tezę itp. ale jakie niezbite dowody są na to, że było inaczej?
              Wykorzystajmy prawidło z filmu, że nie mogąc udokumentować (ponad wszelką wątpliwość), iż fakt nie miał miejsca, to potwierdzamy go jednocześnie. Do zaprzeczenia tezie o niepiśmiennych gostkach potrzebne by były jakieś dane spisu powszechnego stanowiące o odsetku analfabetów względem reszty i najlepiej jeszcze dane na temat poziomu ich wykształcenia. Posiadasz takowe?
              Nie można nic zatem ani potwierdzić, ani definitywnie obalić.
              Wiem, że to co podałem też obrywa bumerangiem i cała dyskusja staje się bezsensowna.

              Lepiej pójść nieco innym tropem, była kiedyś taka książka, całkiem sensownie wyjaśniająca pewne nazwijmy to fenomeny, mniej więcej tego co miałem na myśli, "Jezus mężczyzną" Barbary Thiering.
              Powstał nawet dokument Discovery na ten temat, traktujący o faktach jakie zapisano na starodawnych zwojach:
              "The Riddle of the Dead Sea Scrolls: Mysteries of the Bible Unravelled"
              https://www.youtube.com/watch?v=vvQj2CCr6ZU
              https://www.youtube.com/watch?v=Vkhqd0xVejg
              Książki pewnie nie przeczytasz, jeśli nie czytałeś, ale może film obejrzysz.
              Jest dokładne potwierdzenie tego co w filmie z jedną małą (znaczącą) różnicą...


              Reasumując: nie wycofuję się z konkretnych liczb tzn. z 90 czy 95% niepiśmiennych typów, ale opatrzę to adnotacją, że jest to moja osobista opinia na ten temat.
              Każdy może dojść do podobnych wniosków po wgłębnej analizie prastarych zapisów z tamtego okresu oraz w oparciu o własny rozum po przeczytaniu powyższego.
              No chyba, że nie może albo nie chce. Wychodzi na jedno.
              Może być, zadowolony?

              Ale nic nikomu nie zabraniam, ani nie narzucam.
              Wolność wiary i wyznania powoduje, że każdy ma prawo wierzyć w to co chce, czyż nie?
              Nawet we wróżki zębuszki, UFO i to, że Elvis żyje...

              Natomiast sam fenomen syna cieśli polega na tym, że to było własnie tak dawno temu propagowane i trafiło dzięki temu na chłonny grunt prostych ludzi oraz tylko i wyłącznie dzięki temu rozprzestrzeniło się i zaszczepiło w ludzkich głowach, bo dzisiaj to marne szanse by były i nie oszukujmy się - coś takiego mogłoby zostać jedynie kolejną sektą...

  • Gimbateza mocno.

  • Obejrzyj film oparty na prawdziwych wydarzeniach, miej pretensje o losy głównego bohatera xDDD

    • Sama umiejętność składania literek w wyrazy, to nie wszystko, bo trzeba jeszcze zrozumieć przeczytany tekst, a z tym jest ciężko jak widać...

      Pisałem wyraźnie, że argumentacja niby dowodząca istnienie boga była mocno tendencyjna i stronnicza, a w głębszej analizie bazowała na spekulacjach i założeniach, że przyjmujemy coś niezbyt pewnego za pewnik, a nie jak twierdzisz, że mam pretensję do bohatera, że miał takie przygody w życiu!

      • "Sama żona też pokazana jako postać jak z bajki, gdyż jej nawrócenie się na wiarę następuje tak na dobrą sprawę nie wiadomo skąd. Jednego dnia nie wierzy, by drugiego nagle stwierdzić, że rozmawia z bogiem..."
        Tutaj też powiesz, że się nie czepiasz? ;) Jeśli taka sytuacja przydarzyła się tej kobiecie, to tobie i twojemu ateistycznemu tyłkowi nic do tego :) A jak chcesz, żeby twoje wypowiedzi ktokolwiek brał na poważnie, to zaznacz, proszę, że np. zmartwychwstanie jest DLA CIEBIE spekulacją, bo niezbyt mądre jest podawanie takich opinii w tonie "ja tu mówię prawdy obiektywne".

        • Tak czepiam się, ale ten wpis co go przytaczasz jasno pokazuje, że to jest >moja opinia< na temat pokazania postaci żony w filmie, piszę o żonie filmowej nie tej prawdziwej, napisałem >>>pokazana<<< i czytasz to i nie widzisz! Jeszcze mi to przeklejasz!
          Może, gdyby żonę >pokazano< inaczej, gdyby poświęcono jej więcej uwagi i czasu, a jej przemiana duchowa byłaby bardziej wyeksponowana, to postać by zyskała, bo tak to jest tylko to co napisałem.
          Jak dalej nie rozumiesz, to piszę, że to moja prywatna opinia była o postaci filmowej i jej pokazaniu przez aktorkę w filmie.

          Słuchaj: a widziałeś kogoś, co go zabili a on wstał, w sensie ożył, żeby o zgrozo nie wpisać, że zmartwychwstał, choć właśnie to właśnie będzie się odbywało? Ile masz lat? Wierzysz dalej w Świętego Mikołaja? Wierzysz we wróżki i elfy, czy może w UFO? Zaraz ktoś krzyknie sztandarowe hasło, że błogosławieni co co nie widzieli, ale uwierzyli, lecz czy nie lepiej wierzyć w to co widać? Czy to nie jest bardziej oczywiste, czy zdrowy rozsądek tego nie podpowiada na pierwszym miejscu?
          Tak wiem, każdy ma prawo sobie wierzyć w co mu się podoba i przecież nikomu tego prawa nie odbieram, co? Zabrałem coś komuś?
          Nie wydaje mi się.

          Aha i to nie ja tu mówię jakieś prawdy, tylko... czytaj dalej, to się dowiesz!
          Tu już nawet nie chodzi o mnie i mój ateistyczny tyłek, jak raczyłeś mnie nazwać, ale przemyślmy sobie jedną rzecz: marnowanie pieniędzy na edukację na gigantyczną skalę! Państwo płaci z pieniędzy zebranych od obywateli na powszechną edukację, płaci także na akademie i uniwersytety, placówki naukowe, by zatrudnieni tam naukowcy badali kosmos, materię, ciało człowieka, zwierzęta, rośliny itd. czyli wszystko co nas otacza. Potem ta ich praca jest przerabiana na program nauczania i uczy się dzieci w szkołach podstawowych, młodzież w liceach, dorosłych na studiach, że człowiek się składa z komórek, komórki z atomów, atomy zaś z protonów, neutronów i elektronów, że Ziemia jest planetą, że krąży wokół Słońca, że nasz układ leży galaktyce Drogi Mlecznej, ta z kolei wraz z milionami innych w nieprzemierzonym kosmosie, że na Ziemi panuje prawo ciążenia, że podstawowym budulcem organizmów żywych jest węgiel, że do ich prawidłowego rozwoju potrzebny jest tlen, który spalając łączy się z owym węglem dostarczając energii organizmowi, że wytworzony dwutlenek węgla rośliny wykorzystują do fotosyntezy w liściach z fotonami emitowanymi przy pomocy promieniowania świetlnego naszej gwiazdy itd. itp.
          I tyle nauki, tyle wiedzy, tyle trudu ludzi w szkołach, tyle znoju odkrywców i naukowców, którzy poświęcili swoje życia na zgłębianie tajników tego świata, by inni ludzie mogli się tego dowiedzieć, zrozumieć gdzie żyjemy i dlaczego, a potem po tych wszystkich latach nauki coś takiego?
          Wszechwładny, wszechmocny, miłosierny... stworzyciel nieba i ziemi... wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych...


          Wszystko na nic, cały wysiłek, ten czas, a pieniądze w błoto!

          Chociaż może jednak nie jest tak strasznie źle, bo niektórzy uważali na lekcjach i coś tam na nich zrozumieli, no i wnioski i morał z nich wynieśli.
          Chociaż mało takich jest... Baaardzo mało!

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: