Co za dużo...

Twórcy filmu chcieli osiągnąć zbyt wiele, a może wręcz przeciwnie - nie bardzo wiedzieli, co chcą osiągnąć. W każdym razie "Tajemnica Galindeza" wyszła im średnio. To tak naprawdę dwa filmy, z których każdy - oglądany odrębnie - byłby na pewno ciekawszy. Niestety jako całość robi to wrażenie chaosu, miszmaszu, z którego nic nie wynika. Pierwsza historia, to opowieść współczesna. Młoda pani historyk pod wpływem swych własnych przeżyć zaczyna interesować się działaczem baskijskim, który zniknął w tajemniczych okolicznościach, prawdopodobnie zamordowany przez dominikańskiego dyktatora. Jest to intrygująca opowieść, o historii, która okazuje się wciąż żywą teraźniejszością. Kilka wątków, kilka tajemnic, ciekawa intryga. To wszystko buduje niezły nastrój. Jest jednak i druga historia. W niej to oglądamy ostatnie dni życia Galindeza. I to rozwala film. Po co odsłania się przed nami tajemnicę, skoro nawet nie jest to jej odsłonięciem, a jedynie kolejną możliwą wersją zdarzeń? Nie ma to żadnego sensu, a całkowicie rozwala pierwszą opowieść. Z tego powodu film trochę irytuje i bardzo wiele traci.
Tak więc film można obejrzeć, ale niekoniecznie.

  • Nie do końca się zgodzę z przedmówcą w kwestii wartości drugiego wątku. Dla mnie jest to ważna i integralna część filmu, bez której go sobie nie wyobrażam. Prawdziwość wersji przedstawionej tym wątkiem nie jest absolutnie hipotetyczna z punktu widzenia fabuły - wynika ona z opowieści kolejnych świadków czy uczestników zdarzeń. Jest tylko czasami przesunięta chronologicznie w stosunku do odkrywania historii przez Muriel. Bardzo lubię i cenię ten film, tak że aż go kupiłam :)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o