Film opowiada o samotności i wyobcowaniu każdej jednostki, niskiej formie człowieczeństwa, na koniec zostawia zaś z uczuciem obrzydzenia.

Z początku bawi czarnym humorem, nienajgorszym. Później pokazuje przez chwilę romans pomiędzy dwojgiem ludzi pragnących czyjegość ciepła, po czym pokazuje że w zasadzie nie musi to być dwójka. Lepiej trójka lub czwórka. To jest owa wspomniana niska forma człowieczeństwa. Reżyser pokazuje nam to wszystko ot tak sobie, podając w lekko strawnej formie, praktycznie bez emocji, bez zaangażowania. Smiertelna choroba jednego z bohaterów nic nie zmienia , wszystko spływa po wszystkich jak po kaczce. W końcu świeżo upieczony mąż umiera nie dowiedziawszy sie, iż jego szpetna żona już zapewniła sobie jego następce, chowają go w kreciej norze i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Można by pomyśleć, że to film naturalistyczny, próbujący pokazać życie takim jakie jest - bez upiększeń, tak jak strumień obrzydzenia lejący się na nas codziennie z wszelkiego typu reality show, ale nie ma mowy tu o takim punkcie widzenia, gyż film jest ewidentnie przesłodzony. Wątki romansów Wilbura, podejścia do dzieci są ewidentnym przykładem tego.

Morał wyciągany na koniec jest taki, że każdy żyje dla siebie, zaś egoizm to jedyno droga do szczęścia. Troszkę zbyt płytkie. Nie, dziękuje.

1
  • "Przesłodzenie", lekkość podejścia reżysera do tak ciężkich spraw, o których napisałeś wyżej robi z tego dla mnie sztukę teatralną, lepiej się ogląda, można nabrać dystansu. Wydaje mi się, że trochę Ci go zabrakło.
    To, co napisałeś jest nie do ruszenia, wnoski, interpretacja wszytko to zgrabnie wpisuje się do żelaznych argumentów Twojego stanowiska.
    Wydaje mi się, że reżyser celowo "przesłodził" ciężkie wątrki. Osbiście bardziej celne wydaje mi się tu słowo "zlał". Bagaż emocji i głębokośc owych "zlanych" "przesłodzonych" tematów jest tak spora, że nawet w polskim kinie pop nie przepadłyby niedostrzeżone.
    Wszytko to, aby zwrócić uwagę na coś innego pojawiającego się w filmie. Oto słaby punkt filmu i także mojej wypowiedzi - za bardzo nie wiem, na co:)
    Próbują unieść owo "zlanie" bohaterowie spoza domu - Horst, Pielęgniarka-blondynka, mamlasowaty Ródzielec. „Miło jest, gdy ludzie schodzą się, kiedy jest im źle” - padł taki cytat, a nóż..

  • Zgadzam się poniekąd.
    Oczekiwałam po filmie wędrówki w głąb ludzkiego umysłu, odpowiedzi, dlaczego ludzie decydują się popełnić samobójstwo...
    Jednak po obejrzeniu filmu stwierdziłam, że był jednym wielkim rozczarowaniem. Jest to zupełnie niepotrzebna nikomu, a przynajmniej mi, historyjka. I to bez żadnego przesłania.

  • Film nie jest zadna rewelacja , jest prosty jak cep wiec nie ma potrzeby roztrzasac fabuly . Zycie takie wlasnie jest , egoistyczne , czasami przeslodzone a jak sie wpadnie w rutyne - nijakie . Wszystkie motywy istnieja na codzien , takich bohaterow jak Wilber czy szpetna zonka (jak to zgrabnie ujelas ) ktora szuka lepszego jutra dlawiac sumienie jest wielu .Rodzynkiem moze byc tu brat , ktory jest dla mnie glownym bohaterem tego filmu .To nie postac komiksowa , tacy ludzie naprawde istnieja , jest ich niewielu i jesli miec bedziesz szczescie to moze sie kiedys na kogos podobnego natkniesz . Nie szukaj moralu bo go nie ma , zycie toczy sie dalej kazdy zyje zgodnie z wlasnymi przekonaniami .W filmie wspaniale ujety zostal jeden motyw - pogodzenie sie ze smiercia Harbour'a .Zywi i zdrowi bohaterowie miotaja sie w chaosie ktory sami tworza , jedynie on tak naprawde zyje i czuje , cale reszta tak naprawde zyje ale wspomnieniami z przeszlosci

  • Zrób coś dla mnie proszę, popraw koniec tytułu swojego postu, jeśli możesz. Zamiast "na koniec zostawia zaś z uczuciem obrzydzenia" powinno być "na koniec zaś zostawia Mnie z uczuciem obrzydzenia". Nie każdy ma tak paranoidalnie 'umoralizowane' poglądy jak Ty.

    P.S Mimo , że pewnie już nie żyjesz, lub dostałeś święcenia, bądź jesteś jakąś wysoko postawioną szychą w polityce, to... i tak nalegam.

  • Może i mi brakuje dystansu. Dwie sceny wywołują u mnie niesmak, trochę lęk, żal, zagubienie....umieranie w samotności człowieka-anioła, cudownego mężczyzny, które przez całe życie dbał o innych, myślał o innych, cieszył się z tego, co ma, doceniał życie, jakie było, emanował ciepłem, okazał się też "facetem z jajami", odszedł odważnie, bez narzekania, hałasu- dlaczego w samotności???? były święta - czy rodzina, pomijając "miłość" pozbawiona była zwykłej przyzwoitości? Czy nie spędzilibyście świąt przy szpitalnym łóżku z bliską wam osobą, która w każdej chwili może odejść? Czy dbanie o kogoś, kto dbał o nas szczerze i z zaangażowaniem nie jest czymś zwyczajnym, normalnym? I druga scena nad grobem- nie zapomnimy, ale fajnie jest (fajnie, że cię nie ma). Nie widać na tych twarzach bólu, tęsknoty lub co najmniej odrobiny zmieszania, refleksji, zatroskania. Odejście starszego brata, a raczej jego usunięcie z życiowej układanki pokazuje jałowość i miernotę tych, którzy zostali (z pierwszego planu, bo "osobliwe osobowości" w tle to akurat ludzie z krwi i kości, mimo wewnętrznych i zewnętrznych zawirowań).

  • przeciez on wiedzial ze zona go zdradza... dowiedzial sie od corki... dlatego prosil brata zeby sie nia zaopiekowal najlepiej jak umie. Potem sie zabil... i tu kazdy moze sobie wymyslic dlaczego to zrobil...

    zgodze sie ze wszystkim do momentu: smiertelna choroba (...) nic nie zmienia.

    mysle ze egoizmu w tym filmie jest najwiecej tylko u glownego bohatera. A i tak do pewnego momentu, wbrew pozorom.

    • użytkownik usunięty

      Wydaje mi się, że największą egoistką w tym, filmie była Alice, która generalnie myślała tyko o sobie. Na początku jeszcze można podpiąć od jej zachowanie miłość do córki, ale od kiedy zamieszkała z braćmi, raczej inne uczucia ją prowadziły.

      W tym filmie akurat choroba Harboura (nie mam zielonego pojęcia, jak odmienić to imię) nie zmieniła nic. No może jedyną osobą, którą ta sytuacja boleśnie dotknęła, była córka Alice.

  • lepiej bym tego nie ujęła

    Początkowo film bardzo mi się spodobał ze względu na humor i specyficzny klimat, jednak im dalej brnęłam tym większy czułam niesmak
    Wilbur, Alice i ta mała byli toksyczni, a jedyna pozytywna osoba jaką był Harbour umarł w cierpieniu i samotności, na korzyść wampirów jakimi była pozostała gromadka.
    Inaczej bym podeszła do tego filmu gdyby był to naturalistyczny obraz mający na celu ukazanie ohydy tego świata, jednak w przypadku tego filmu było zgoła inaczej.
    Końcówka raczej miała napawać optymizmem, ponieważ wszystko się "dobrze" ułożyło. Toksyczna rodzinka była w komplecie szczęśliwa, że zniknął im z drogi niewygodny Harbour

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: