Origin story bez rewelacji:



Warner Bros miało ciężki orzech do zgryzienia. Man of Steel, Batman v Supeman, Suicide Squad spotkały się z ostrą falą krytyki i negatywnych komentarzy. Narzekano głównie na chaos w montażu i mnóstwo wyciętych scen, ewentualnie scenariusz, w którym brakowało pomysłu na główne postacie.

Diana Prince, Wonder Woman, kolejna superbohaterka z kart DC Comics dumnie wkroczyła do kin, a serwisy takie jak Rotten Tomatoes, czy Metacritics zalała fala pozytywnych recenzji, wychwalających nową produkcję Warner Bros, na okrągło głosząc tezę, że: „Oto prawdziwy początek DCU, Wonder Woman pięknie zatarła ślad po nieudanych wcześniejszych Supermanach”.

Idąc do kina czułem nieokiełznaną ciekawość. Mimo iż staram się podchodzić do każdej produkcji z jednakowym nastawieniem, a na oceny filmów nie zwracam uwagi, tak tutaj widząc ogromny rozstrzał ocen między BvS, a Wonder Woman, nie mogłem usiąść na sali kinowej kompletnie neutralny.

Zacznijmy od słów, które jako pierwsze cisnęły mi się na usta, kiedy wychodziłem z sali kinowej. Film jest do bólu przeciętny, wtórny i nie wnosi praktycznie nic nowego do tematyki superbohaterskiej (prócz żeńskiej postaci jako głównego protagnisty). Jest klasycznym origin story. I … tyle. Aż tyle. Widzieliśmy to w iron manie, kapitanie Ameryce, Doktorze Strange’u.

Ekspozycja filmu jest zdecydowanie za krótka. Mimo ponad przeciętnego metrażu filmu, wyraźnie za szybko nastąpił moment zapalnika fabularnego, od którego zaczynamy całą intrygę. Moment przedstawienia wyspy, amazonek, dzieciństwa Diany. To wszystko sprawia wrażenie filmu zmontowanego na szybko, byle tylko rozpocząć właściwą fabułę. 10 minut więcej w I akcie zmieniłby mój odbiór filmu całkowicie.

Za to II akt filmu siada kompletnie. Mamy klasyczne ustawianie pionków na szachownicy oraz zbieranie drużyny, chodzenie od miejsca do miejsca i rozmowa z ludźmi typowymi dialogami „Idziesz na wojnę? Jesteś potrzebny” I tak dalej. Ten moment z kolei jest za długi, a raczej nudny i rozwleczony. Nie dzieje się w nim nic ciekawego poza tym, że służy za katalizator śmieszków z Dianą i gagów związanych z jej niezrozumieniem świata ludzi. Odnosiłem wrażenie, jakby scenariusz powstawał na schemacie: „Pierw wymyślimy gag związany z Dianą, potem do tego doróbmy historyjkę i połączmy w całość”. Końcowego rozwiązania nie skomentuję, bo oklepane tak mocno, że aż widać fałdy.

Przychodzi nam potem oglądać w końcu Wonder Woman w akcji. Przywdziewa swój skąpy strój i rusza w bój uzbrojona w miecz i w tarczę. Pojedynki są ... mało satysfakcjonujące. Niby wykonanie jest poprawne, kamera ustawiona jest w miejscu, że widać wszystko. Ale jakoś, zabrakło dynamiki. W dodatku sama finałowa potyczka jest rozciągnięta do granic możliwości. Zacząłem się nawet w pewnym momencie zastanawiać, jakim cudem nasza Wonder dostawała baty w Batman v Superman, skoro tutaj w gąszczu ognia i wybuchów idzie bez najmniejszego zdrapania.

Nie zawiodłem się filmem, ale również nie zachwyciłem. Na pewno nie podzielam zdania większości osób, które porównują ten film do „Mrocznego rycerza”. Warner tym razem miał mniejszy udział w przemontowywaniu filmu. Ale całkowicie nie odpuścił, co widziałem po pierwszym akcie.

Rażące minusy:
- Za szybki I akt
- Rozwleczony II akt
- Przeciętny, nie angażujący scenariusz
- Mało satysfakcjonujące sceny walki
- Końcowe rozwiązanie fabularne (ekhm …miłość .. ekhm)

DC na pewno ma pod górkę jeśli chodzi o budowanie swojego uniwersum. Próbuje nadrobić to co się da, przez co zapowiadające się świetne filmy wychodzą miałko. Justice League na horyzoncie. Chcę by to się udało, bo stylistyka i tonacja tych filmów bardzo mi odpowiada, co nie oznacza że ich wykonanie.
Wonder Woman na pewno zapalił lampki w głowach Warner Bros. Chociażby ze względu na wysyp pozytywnych recenzji. Więcej zaufania do reżyserów. Wyjdziecie na tym na pewno dobrze.

41
  • O tak, I część filmu właśnie wypada najlepiej. W każdy razie odnosząc się do całości.
    Ale tak jak powiedziałeś, było to za szybkie ...

    Mała Diana - PUCH - duża Diana - PUCH - duża Diana odkrywa moc.

    Nie zdążyłem poczuć ciężaru jaki poczuła na sobie bohaterka.

    Przeciętny do bólu ...

  • Tak wspominasz Iron Mana, Kapitana Amerykę... Popatrz teraz na oceny krytyków/widzów. Zrobili film w stylu Marvela i ludzie to kupują. DC chyba zaczyna to łapać, że trendu nie zmieni (słabymi filmami i tak by tego nie zrobili :| ) i idzie w ten sam kierunek. Niestety, ale mogę chyba zapomnieć o dwóch różnych rodzajach filmów o superbohaterach.

  • Bardzo trafnie z tą ekspozycją pierwszej części ująłeś. Tak fajnie pokazany świat amazonek, spory powiew świeżości w kinie superbohaterskim. Nie mówiąc o fantastycznej scenie batalistycznej na plaży. Żal, że tak krótko w tym świecie. No i mi też strasznie zgrzytnęło, jak Diana po treningu z Antiope odkrywa moc, idzie to przetrawić na klifie, no bo sorry ale to trzeba przez chwilę trawić, że się jest ponad przeciętną w swoim stadzie,i to mocno ponad. A tu hop siup już jej Steve spada z nieba i mamy zawiązanie akcji. Za szybko jedno po drugim. No finałowa scena pojedynku... ten cały Ares jako krzyżówka Ironmana z Magneto... Rozrywka ok ale, żeby rewolucja to już daleko nie.

    • Scenariuszowo to cały pojedynek z Aresem jest bez sensu. Choćby ze względu na jego motywy, które nie czynią z niego żadnego zagrożenia.

      • Finałowa konfrontacja wygląda jakby ktoś z wytwórni się wtrącił i kazał im dopisać tego Aresa, lasery, wybuchy, rzucanie czołgami "no bo jak to tak, bez finałowej naparzanki?!". W tym momencie cały film się totalnie rozjechał, robi się strasznie kiczowato, średniej jakości cgi aż się wylewa z ekranu. Tylko Trevor ratuje końcówkę.

        • Niestety, film musiał podążyć za schematami typowego "superhero movie". Założę się że w pierwotnej wersji filmu do walki z Aresem miało w ogóle nie dojść. Miał powiedzieć Dianie, że ludzie są źli z natury, a potem ulotnić się.

          I wtedy misja Diany ma sens: stałaby się symbolem dobra dla ludzi. Nadzieji, której tak potrzebowali. Inspiracji, która pchałaby ich do dobra niż zła.

          Jeśli już koniecznie chcieli dać epic battle pod sam koniec, to mogli np. dać Ludendorfowi jakąś armię, albo ta szalona naukowczyni mogła skonstruować jakąś mocno chemiczną broń .. nie wiem.

          Bo w ten sposób polecieli na łatwiznę i przez to końcowa walka nie ma kompletnie sensu.

          • No tak, najpierw jest mowa o tym, że żadnego Aresa nie ma, tylko ludzie mają skłonności do czynienia zła. Trzy minuty później jest Ares, ale on w zasadzie tylko podpowiada i sugeruje, a to ludzie podejmują decyzje. Po pokonaniu Aresa okazuje się, że ludzie przestają walczyć i wojna się kończy (czyli jednak miał bezpośredni wpływ).

            Ewidentne nadpisywanie jednej sprawy przez kilka różnych osób :P

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o