SPOILERY!!! Biedny mały bogaty... idiota.  

SPOILERY!!! Biedny mały bogaty... idiota.
Najpierw odbiór techniczny:
Świetnie nakręcony film. Piękne zdjęcia, fajna muzyka, aktorstwo pierwsza klasa. Długi jak..., ale skaczący w retrospekcje montaż pozwala wytrwać. No i to w zasadzie tyle.
A teraz usprawiedliwienie: nie lubię zakładać nowych wątków, ale mnogość sąsiednich wypowiedzi które wprawiają nieraz w osłupienie, zmusza mnie do wyjątkowego wysiłku:).
Z góry przepraszam, że będzie długo (dlatego też wątek osobny), od razu uprzedzam że zdania nie zmienię, a na odpieranie ew. kontrargumentów nie mam ochoty. Taki już mam wredny charakter :)
Jesteśmy na portalu filmowym, w miejscu przeznaczonym na krytykę, pochwałę, wymianę wrażeń o filmie i o tym co się na ten film składa. Tymczasem niektórzy mylą pojęcia i przeznaczenia i wszczynają dyskusje na tematy, na które nikt z ekipy tworzącej obraz nie miał żadnego wpływu. Mam na myśli oceny, a szczególnie peany pochwalne na cześć postaci, która stała się głównym bohaterem filmu. Reżyser zwalczył pokusę i powstrzymał się jak tylko mógł od taniego sentymentalizmu, ale widownia, media i internet z nawiązką go wyręczą:)

To ja też na temat POSTACI coś napiszę od siebie.
Jakieś 3 tyg. temu, widząc, że film leci w TV naszło mnie podejrzenie, że widziany jakieś trzy lata temu film może być dzisiaj odebrany przeze mnie inaczej. W końcu człowiek z wiekiem łagodnieje, perspektywa poglądów się zmienia, a coś zapamiętane jako Himalaje głupoty może się okazać zaledwie pagórkiem. A jednak.....

Najpierw skojarzenie:
Niejaki pan Herbert Anchovy (Sardela) po 20 latach nudnej pracy w księgowości zgłasza się do doradcy zawodowego, ponieważ poszukuje nowego, zupełnie innego, fascynującego sensu istnienia. I ma dokładnie sprecyzowane plany: CHCE ZOSTAĆ POSKRAMIACZEM LWÓW. Nieodwołalnie pragnie spełnić swoje marzenie. Jest przekonany, że posiada doskonałe kwalifikacje, aby odmienić swoje dotychczasowe życie. Ma wszystko co niezbędne, czyli: cylinder z neonowym napisem "POSKRAMIACZ LWÓW", oraz widział lwy w ZOO: "takie małe brązowe zwierzątka futerkowe z krótkimi nóżkami i długimi nosami, które bardzo łatwo jest poskromić, kiedy wracają zmęczone do domu".
Do tego miejsca Pan Sardela to po pierwsze: niespełniony marzyciel, po drugie: nieprawdopodobny ignorant i kretyn, ale.......... miał na tyle zdrowego rozsądku, że zwrócił się do eksperta. Poinformowany o różnicy między mrówkojadem (którego widział w ZOO) a autentycznym lwem, oraz o konsekwencjach ewentualnego z takim lwem spotkania, Pan Sardela swoje plany przemyślał, ocenił własne możliwości i..... całkowicie wycofał się ze swoich wielkich marzeń, planów i stwierdził, że w dążeniu do wielkich celów nie należy działać pochopnie. I tak, najpierw - należy się bardzo starannie zastanowić i sprawę gruntownie przemyśleć mimo, iż wszystkim wiadomo, co księgowość robi z ludźmi.........

A teraz do rzeczy:
Christopher McCandless alias Alexander Supertramp był jedynie martwą jak kłoda lokalną prasową wzmianką, ale odkąd tafił na ekran okazał się wielkim bohaterem, idolem dla z trudem myślących gimbusów, lub takich jak on niedojrzałych społecznie i emocjonalnie niby-studencików, którym dopóki nie dostaną od życia porządnie w kość - przez długie lata może się wydawać, że dorosłość = dojrzałość, a dyplom = madrość. Wystarczy przeczytać poczatek noty biograficznej ".... amerykański wędrowiec i pamiętnikarz..." - i już wszystko opada.
Na wielu poświęconych mu stronach jak mantra powtarza się przekaz o wiekim, wieloletnim marzeniu o ucieczce od cywilizacji, powrocie do natury. Dziwne - człowiek niby inteligentny, wstępnie wykształcony (publiczne liceum potem college przy Uniw. Emory - to tylko prywatna wyższa szkoła metodystów, ale w USA to i tak dla 99% Himalaje wiedzy), studiował historię i antropologię w różnych kombinacjach - jako przedmioty, nie kierunki całych studiów. Amerykanie podają na pytannie "co studiowałeś?" nazwy kilku wybranych przedmiotów w obrębie głównego kierunku, a u nas ich przedmioty fakultatywne rozumiane są jak nasze osobne fakultety - kierunki całych studiów. Dzięki temu możemy podziwiać 22 - letnich geniuszy legitymujących się dyplomami na których uzyskanie w Europie trzeba by studiować z 10 lat.
Ale sprawdźmy: Historia, Antropologia, Historia myśli antropologicznej, Prawo, Współczesna polityka afrykańska, Apartheid, Społeczeństwo południowoafrykańskie itp. Jego zainteresowania i dobre wyniki w nauce skłoniły przyjaciela rodziny do ofiarowania mu 47tys. dol. na studia prawnicze - a Chris, który był oszczędnym studentem, wysłał wszystko co mu z tego zostało do OXFAM INTERNATIONAL - dla biednych.
"Bez obawy - jestem dorosły i wykształcony..." - powiedział Ronowi. Przez całe lata marnował czas na naukę i sportowe wyczyny, marząc o powrocie do "dziczy". Zabawne - jak można wrócić gdzieś, gdzie nigdy w życiu nie postawiło się stopy? - Po starannym przejrzeniu wielu dostępnych materiałów dowiemy się, że nigdy nie był na żadnych "dzikich" wakacjach, na żadnym obozie dla skautów, młodzieżowym, studenckim, survivalowym; na żadnym spływie, wspinaczce, wędrówce - czego po człowieku o takich marzeniach można by się spodziewać przy każdej nadarzającej się okazji.
Z kilku lektur które miał przysobie w tej "podróży życia" adekwatne do kierunku były tylko Davies, London i broszura o jadalnych/trujących roślinach Alaski. Świetnie, jak na "wykształconego": wycieczkowy poradnik dla niedzielnych turystów; smętki poety włóczącego się okazjonalnie do siedemdziesiątki z głową w chmurach (Davies); i literackie prężenie muskułów nadaktywnego romantyka z chronicznym kompleksem niższości, który chcąc uchodzić za rasowego socjalistę najwyżej cenił siłę fizyczną i zmaganie się z życiem (London). McCandless zapomniał nawet, że od czasów Londona już sama podróż pociągiem na gapę w stronę Alaski grozi kalectwem lub gorzej, od kiedy powstała amerykańska straż kolejowa do zwalczania gapowiczów jeszcze z czasów gorączki złota. Od ponad 100 lat każde dziecko na tej trasie o tym wie, tylko temu geniuszowi umknęło:(
Wydaje mi się, że gdyby miał chociaż odrobinę rozumu zrezygnował by już w chwili, kiedy stracił samochód - bo zaparkował na nocleg pod tablicą "teren zalewowy". Ale nie dało mu to NIC do myślenia.
Pomyślmy (tego nie ma w filmie tak dobitnie jak w realu) - każda napotkana ludzka istota, która okazała mu życzliwość, udzieliła pomocy - odradzała mu tę wyprawę. Ale on był dorosły i wykształcony....
Dwie osoby zaproponowały mu pomoc w postaci zakupu pełnego koniecznego ekwipunku - odmówił.
Na wielu poświęconych mu stronach można przeczytać, jak kochał życie i chciał odrzucić wszystko co oferuje mu współczesny świat (Ameryka) - i żyć szczęśliwy na łonie natury tylko tym, co ta natura oferuje.
Studiował antropologię? - a co chciał "odrzucić"? - przyspieszenie technologiczne XX wieku? 2000 lat dożwiadczeń człowieka nowożytnego? Tysiące lat starożytności, dziesiątki tysięcy lat człowieka osiadłego?
Biorąc za pewnik, że byle nawet najgorsza niedojda z paleolitu przerastała go o setki pokoleń doświadczeń w kwestii przetrwania w "dziczy" - nie był w stanie intelektualnie podołać porównaniu koniecznych przygotowań do takiego życia ze swoim kompletnym brakiem wiedzy z jakiejkolwiek z niezbędnych do przetrwania dziedzin.
Przeżył 22 lata zjmując się tylko jednotorowo swoimi "obowiązkami": szkołą i sportem. Nie posiadał, ani nie rozwijał żadnych "ponadnormatywnych" zainteresowań, nawet tych z własnych rzekomych marzeń, wszystko miał podane na tacy, zero problemów. Był miłym, grzecznym chłopcem, uczniem, nigdy nie sprawiał kłopotów. Aż nagle, kiedy już był dorosły, dostał dyplom i.... jego mózg doznał olśnienia: zapomniał o buncie! Młodzieńczym buncie, który większość nastolatków przeżywa w okolicach gimnazjum. A on zapomniał! A przecież rodzice za dużo pracowali, za dużo zarabiali, za dużo się kłócili, za dużo mu dawali, za dużo się czepiali, za mało mu mówili, ośmielili się coś zataić z własnej przeszłości, ośmielili się myśleć o jego przyszłości, ośmielili się zwracać uwagę na jego rozwalający się samochód, na to, że siostra jeździ z nieważnym prawem jazdy... Jedynym sposobem na odreagowanie takich tragedii i niesprawiedliwości dla 22 latka jest... uciec w dzicz! - na Alaskę, na piechotę, w jednych starych adidasach, bez pieniędzy, bez dokumentów, bez ekwipunku, bez choćby podstawowej wiedzy czy umiejętności, BEZ MAPY!!!! Najlepiej udało mu się pozbyć wszystkiego po to, by za chwilę odkryć, że nic za darmo nie dostanie. Wcześniej tego nie wiedział?
Swoją drogą ciekawe, czy w ogóle kiedykolwiek widział mapę swojego kraju? Nie odróżniał klimatu umiarkowanego od subpolarnego? Nie wiedział jaka jest różnica między Kalifornią a Alaską? Że przez 9 miesięcy trwa tam zima. Pozostałe 3 miesiące to trzy pozostałe pory roku.
Nie potrafił polować, a jak w końcu zabił łosia - nie potrafił z niego NIC zrobić. Przypomniał sobie jak w Dakocie myśliwi wędzą mięso - znowu pomylili mu się i myśliwi i klimaty.
Na półtora miesiąca przed finałem swojej fascynującej egzystencji doszedł do przekonania, że ma DOSYĆ - spakował się i ruszył w stronę z której przyszedł. Nie uszedł daleko - nie wiedział nawet, że po opadach rzeki wzbierają: "Katastrofa... Zalane. Rzeka wygląda niemożliwie. Samotny, przerażony" - zapisał.
Gdyby zamiast kraść na stacji benzynowej mapę poglądową dla przejezdnych - zainwestował w mapę topograficzną terenu na którym miał zamiar "żyć w zgodzie z naturą" - wiedziałby, że pół mili w dół wezbranej rzeki była bezpieczna przeprawa ze stalowych lin używana przez geologów.
Jego fani uważają, że umarł spełniony i szczęśliwy. Cóż....
To, że u Seana Penna Chris umierając widzi w oknie niebo, nie znaczy, że do opowieści o jego krótkim bezsensownie zmarnowanym życiu można dopisać szczęśliwe zakończenie:
Na drzwiach autobusu przez prawdopodobnie wiele ostatnich dni wisiała kartka:
"S.O.S. Potrzebuję pomocy. Jestem ranny, bliski śmierci i za słaby, żeby się stąd wydostać. Jestem zupełnie sam, to nie są żarty. Na miłość boską, pozostańcie tutaj, żeby mnie ratować. Wyszedłem zbierać jagody w pobliżu i wrócę wieczorem. Dziękuję, Chris McCandless".
Przeżył w dziczy niecałe 3,5 miesiąca. Umierając ważył 30 kg. Sekcja nie wykazała - wbrew jego własnym podejrzeniom i sugestii reżysera - śmiertelnego zatrucia. Rośliny które pomylił mogły zdrowemu człowiekowi najwyżej trochę zaszkodzić, ale jak się waży 30 kg.... to znaczy, że się ZAGŁODZIŁO NA ŚMIERĆ. I taką przyczynę zgonu podał koroner.
Jeżeli młody, 24 letni człowiek, mający wyższe niż przeciętny obywatel wykształcenie, łatwo nawiązujący kontakty, mający wielu przyjaciół, mogący liczyć na oparcie w rodzinie, świadomie pozbywa się jakiejkolwiek szansy na przetrwanie i na koniec ma do powiedzienia: "Miałem szczęśliwe życie i dzięki ci, Panie. Do widzenia i niech Bóg was wszystkich błogosławi!" - to znaczy, że nie "wybrał się w podróż, aby porzucić wszystko i żyć w zgodzie z naturą", ale wybrał się w podróż, żeby z dala od wszystkiego umrzeć samotnie, nawet nie próbując zrozumieć dlaczego.
&&&&&&&&&&&& &&&&
Każdy, kto przyczyni się do wydłużenia czasu przetrwania gatunku ludzkiego, eliminując z puli genów ludzkości własne geny, jako geny istoty niewyobrażalnie bezmyślnej, zasługuje na tę nagrodę: NAGRODA DARWINA. Chris McCandless zasłużył!
&&&&&&&&&&&& &&&&
A Pan Sardela ("A teraz z zupełnie innej beczki" Monty Python 1971) absolutnie na tę nagrodę nie zasługuje. Wprawdzie trochę zdziwaczał, ale dożył szczęśliwej emerytury często oglądając lwy na Animal Planet:)
&&&&&&&&&&&& &&&&
Tym, którzy z przypadku Chrisa McCandless'a wysnuli kuriozalny wniosek, iż życie z dala od cywilizacji, w zgodzie z naturą, własnymi wartościami i własnym rytmem JEST NIEMOŻLIWE - polecam film "Ostatni traper" Nicolasa Vaniera z 2004.

118
  • Zgadzam się w 100% z powyższą recenzją. Napisałbym: biedny, bogaty, egoistyczny idiota. Nie oceniam filmów tylko pod kątem postaci, ale ta produkcja jest niechlubnym wyjątkiem. Główny bohater(jego zachowanie) jest tak irytujący że całość oceniam bardzo słabo przez pryzmat Mccandlessa właśnie. Zdjęcia, muzyka itd - wszystko super.
    Film powinien mieć tytuł "Wszystko za patos" bo jego wymowa jest tak patetyczna, że wręcz śmieszna.
    Gdybym miał 14 lat, pewnie napisałbym że to najcudowniejszy film na świecie (hehehe) ;) Sądząc po średniej ocenie, jestem już widocznie cynicznym, starym śmieciem bez empatii ;)

    • Co ty wiesz o marzycielach!;)

    • Ja gdy za pierwszym razem widziałem ten film też nie za bardzo mi się spodobał. Za drugim razem oglądałem po kilku latach i stwierdzam, że jest całkiem niezły. Historia człowieka, który zdał sobie sprawę, że świat nie jest mu w stanie wiele zaoferować, ale zamiast popełnić samobójstwo, jak robi wiele osób dla których życie nie ma sensu, postanowił spróbować żyć inaczej. Nie nazwałbym go egoistą, w filmie pada takie zdanie, że wychowali go inni rodzice niż ci, którzy chcą, aby wrócił. Porzucił życie w tym sztucznym świecie, gdzie ciągle się czegoś od ciebie wymaga, a tak naprawdę niewiadomo po co. Niech każdy kieruje swoim życiem tak, żeby był szczęśliwy. Nie da się powiedzieć, że czyjeś życie jest lepsze od życia kogoś innego, bo niby jakimi kryteriami to zmierzyć? Pieniędzmi? Ilością zaliczonych ci*ek? Ilością wyjaranych skrętów? Dla każdego życie ma inny sens. Jeżeli przyjmiemy, że sensem życie jest przeżywanie życia, to warto pracować po to, aby mieć pieniądze. Pieniądze pozwalają wyciągnąć z życia więcej, zwiedzić więcej miejsc, spróbować większej ilości atrakcji, potraw itd. Christopher poszedł na żywioł i chciał cieszyć się życiem bez pieniędzy, co widać nie jest do końca możliwe.

    • Dokładnie. Też oceniłam film nisko ze względu na głównego bohatera:-). Tak sobie myślę, że zostawił wszystko za sobą, bo miał co zostawiać i nie docenił tego - ustawionych, bogatych rodziców, kochającą go siostrę, rodzinę, wykształcenie, dzięki któremu mógł studiować dalej i rozwijać się intelektualnie. Gdyby był biedny, bez szans na renomowaną (czy jakąkolwiek) uczelnię, pewnie by w ten sposób nie myślał. I w żaden sposób nie usprawiedliwia go fakt, że rodzice wiecznie się kłócili. Ile to dzieci żyje w podobnych (a nawet gorszych) rodzinach i jakoś nie przychodzi im do głowy pozbywać się wszystkiego, sostawiać wszystkich i uciekać w dzicz i samotność.

  • nie oglądałem i nie będę tracił czasu, ale recencja ciekawie napisana i bardzo precyzyjnie punktuje różnej maści zjebów pałających niechęcią do cywilizacji i chcących się oderwać i żyć w zgodzie z naturą.

  • zgadzam się, że recenzja napisana nieźle. Argumenty trafione, jednak....to samo możesz powiedzieć o himalaistach, samotnych żeglarzach i innych fascynatach "przygód", którzy wybierają swego rodzaju samotność aby się sprawdzić lub uciec. Niebezpieczne, głupie, nielogiczne? Każdy jest Panem swojego losu i zdaje się wielką pomyłką jest wrzucać wszystkich studentów do jednego wora czyli "czyli tych, którzy nie dostali w d. od życia" i dlatego myślą inaczej, szukają ucieczki. Koleś raczej rozgłosu nie szukał tylko robił to co myślał = dla siebie. To była jego siła, a że był naiwny...cóż dlatego tak to się skończyło.

    • Wydaje mi się, że wypowiedź sikkens jest przykładem po pierwsze: nieuważnego czytania, po drugie: braku zastanowienia nad własnymi słowami:(
      Moja wypowiedź jest wyraźnie zapowiedzianą na wstępie odpowiedzią na powszechne (nie tylko na tym forum) głosy podziwu dla postępowania autentycznej osoby, która stała się postacią filmową. Przedstawiam własne zdanie na ten temat i potrafię je poprzeć solidnymi argumentami. Mam do tego prawo i z niego korzystam.

      Odpowiem, bo nie lubię, kiedy wytyka mi się słowa, czy myśli o których nigdzie nawet nie wspominam.
      Po pierwsze: NIGDZIE nie "wrzucam wszystkich studentów do jednego wora".
      W tekście jest wyraźnie napisane: " takich jak on niedojrzałych społecznie i emocjonalnie niby-studencików" - to zdecydowanie NIE DOTYCZY WSZYSTKICH:).
      Po drugie: napisałeś: "...to samo możesz powiedzieć o himalaistach, samotnych żeglarzach i innych fascynatach "przygód", którzy wybierają swego rodzaju samotność aby się sprawdzić lub uciec".
      Czy to jest Twoja pochwała samotnych wypraw, czy sportów ekstremalnych BEZ CHOĆBY PODSTAWOWEGO PRZYGOTOWANIA, WIEDZY i SPRZĘTU? Bo tak z Twojej wypowiedzi wynika.
      "Każdy jest Panem swojego losu..." - znaczy, że w kontekście Twoich poprzednich słów każdy bezmyślnie wprowadzony w życie ekstremalny wyczyn, niezależnie od konsekwencji, zasługuje na pochwałę i podziw? Że "bez rozgłosu i tylko dla siebie" to świadczy o "sile" i co najwyżej "naiwności", ale jest przejawem indywidualizmu no i pewnie jeszcze wielkiego romantyzmu? No tak wynika z Twoich słów.
      Nie przypominam sobie - a wiedzę akurat w tych kierunkach mam większą niż przeciętny przechodzień - żeby powszechnie dostępne środki przekazu (powiedzmy bez przesady w ciągu ostatnich 60 lat, ale zaryzykuję, że w historii wypraw W OGÓLE) doniosły o brawurowej (świadomej, nie przypadkowej) akcji wyprawowej do Arktyki, na Antarktydę, w Alpy, Andy, Himalaje, na Kaukaz, czy gdziekolwiek, albo w samotny (obojętne na jakim dystansie) rejs - bez wiedzy, wprawy, przygotowania, sprzętu, map, racji żywnościowych, łączności itd, itd... można długo wymieniać. Więc nie rozumiem, skąd sugestia, że "TO SAMO MOGĘ POWIEDZIEĆ o himalaistach, samotnych żeglarzach i innych...". Nic takiego nie mówię ani nie myślę. Mało tego: NIKT PRZY ZDROWYCH ZMYSŁACH TAK NIE MYŚLI, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie dopuszcza ewidentnej głupoty, nieodpowiedzialności i bezmyślności w kontekście wypraw i sportów ekstremalnych.
      Nie ma co owijać w bawełnę - to żadna sztuka, ani chluba, ani podziwu godna odwaga: pójść w tzw. DZICZ i dać się zabić naturze (wpadek, pogoda, zwierzęta), albo zdechnąć z głodu i wycieńczenia. Ewidentne bezmyślne NIEPORADZENIE SOBIE Z OSOBIŚCIE WYBRANĄ SYTUACJĄ i powolna śmierć głodowa nie jest dowodem siły, ani powodem do samozadowolenia.
      Sztuką jest wszechstronnie przygotować się i choćby dla samego siebie zdobyć satysfakcję, że potrafi się przetrwać. Potem wracać wielokrotnie lub osiąść w tej dziczy na stałe.
      Tymczasem nawet włócząc się po łagodnych (terenowo i klimatycznie) bezdrożach trzeźwo myślący człowiek zabiera ze sobą wszystko co niezbędne do przeżycia. Bo żeby się sprawdzić i mieć tego świadomość - musi PRZEŻYĆ.
      Analogicznie będzie w trudnym terenie, jednak nikt kto chce się sprawdzić i mieć choćby minimalną satysfakcję i radość nie pójdzie w rejony zaliczane do ekstremalnych W POJEDYNKĘ, tylko (podstawowa zasada) co najmniej w parach - jak przy nurkowaniu. W USA Alaska - razem z (przykładowo) Wielkim Kanionem, bagnami Florydy i Luizjany, pustyniami Chihuahua, Sonora, Mojave i Słoną, górnymi biegami wielkich rzek - należy do terenów ekstremalnych i do takich samych zalicza się wszelkie wyprawy na te tereny. Jak nietrudno się domyślić, żeby tego spróbować - trzeba wiedzieć JAK i wyekwipować się na wszelką możliwą niespodziankę. Bo inaczej to każda próba będzie jak jedyny i ostatni groteskowy skok na banji - ale BEZ LINY!!! Takiego skoczka też mamy podziwiać za siłę woli, odwagę i co jeszcze... romantyzm?

      • Bardzo dziękuję za głos krytki. Od akapitu "każdy... próbujesz na swój sposób zmanipulować moją wcześniejszą wypowiedź.(bo nigdzie nie napisałem, że należy mu się podziw a Ty do końca brniesz.o rzekomym podziwie. Każda wyprawa, o której piszemy w przykładach, nawet najlepiej przygotowana to świadome ryzyko zapłaty najwyższej ceny. Pytasz o konkret? KItesurfer, który jakiś czas temu chciał przepłynąć do Arabii Saudyjskiej ze sprzętem GPS, do którego znajomi podczas akcji ratunkowej szukali instrukcji na forach....rozgłos, sponsorzy, patronaty, wywiady, promocje, filmy. Jak nie czujesz różnicy - przykro mi.
        Dla Ciebie sztuką jest się przygotować...dla niego było - żyć dniem codziennym. Róznica polega na tym, że to Ty chcesz zdefiniować co jest dla niego sztuką a co nie. Chłopak nikogo nie informował i nie siał afery i nie przedstawiał wszem i wobec sponsorów swojej wyprawy...chciał tak żyć. Takie opinie jak Twoja na pewno go mało obchodziły. Jego wybór - jego siła.

        • Rany, a jakie to ma znaczenie, czy szukał, czy nie szukał rozgłosu, czy jakichkolwiek korzyści. O tym w ogóle nie rozmawiamy, bo po co? Niczego nie manipuluję, napisałem "tak wynika z Twoich słów" - to mój wniosek po przeczytaniu Twojej wypowiedzi. Zresztą nie widzę sensu w przerzucaniu się cytatami z kolejnych postów. O ekstremalnych wyczynach wspomniałem, bo napisałeś wcześniej "...to samo możesz powiedzieć o himalaistach, samotnych żeglarzach i innych fascynatach" - a ja niczego takiego nie mówię. I wydawało mi się, że masz na myśli autentycznych pasjonatów i wyczynowców, którym zależy, jak sam napisałeś "...aby się sprawdzić...", a nie o bezmyślnych pajacach, którzy zabierają ze sobą nieznany, niesprawdzony sprzęt. Właśnie to mam na myśli pisząc o konieczności przygotowania się. Żeby spełnić swoje marzenie i móc się tym cieszyć trzeba zrobić coś więcej, niż tylko jeden krok w przepaść.
          Ani słowa krytyki nie powiem o ludziach, którzy zrobili wszystko, żeby podołać, wytrwać, wspomagać się nawzajem, przygotowywali się, trenowali latami, zaczynali od małych kroczków aż gotowi do największych wysiłków ruszają na wyprawę, w której istotę wpisane jest ekstremalne ryzyko - i oni się z tym godzą. O takim działaniu można powiedzieć, że dokonali świadomego wyboru. To jest ich SIŁA i WYBÓR.
          Oczywiście, masz rację - takie opinie jak moja McCandless'a nie obchodziły. Gorzej - ŻADNE OPINIE GO NIE OBCHODZIŁY, NIC GO NIE OBCHODZIŁO. On tylko używajac napompowanych sloganów o tym, jak chce żyć - nawet nie zauważył, że z pierwszym krokiem w tę swoją wymarzoną dzicz uruchomił proces własnej agonii. Im bardziej chciał żyć - tym bardziej zbliżał sie do śmierci. Bo on tylko "bardzo chciał", ale niczego nie robił poza przebieraniem nogami i zaciskaniem paska. I w tym tkwi cały problem tego człowieka - mimo, że przynajmniej w tej najłagodniejszej z alaskańskich pór roku mógł z powodzeniem spędzić może trudne, ale wspaniałe (dla niego) chwile - on, nie robiąc za wczasu NIC - zrobił tym samym WSZYSTKO, żeby NIE PRZEŻYĆ.
          A przecież nie o to mu chodziło. Nie zabił go ani wypadek, ani natura, ani dzikie zwierzę.
          Chciał ŻYĆ (po swojemu), a tymczasem... ZABIŁ SIĘ (swoją bezmyślnością, głupotą).
          Nie chciał tego, nawet już nie chciał żyć w tej dziczy, CHCIAŁ WRÓCIĆ - napisał o tym w swoich zapiskach i błagał o pomoc na kartce, którą przykleił do szyby busa. Ale z własnej winy ani nie wiedział gdzie jest, ani jak się stamtąd wydostać, skąd wziąć na to siły - sam do tego doprowadził, bo niczego się nie nauczył, do niczego się nie przygotował. Z powodu własnej ignorancji nawet w najmniejszym stopniu NIE BYŁ GOTOWY do tego, co sobie zamierzył.
          I dlatego uważam, że mając ciekawe, nawet nie trudne do zrealizowania marzenie, nie spróbował się nawet dowiedzieć, jak może je urzeczywistnić.
          Jego wyprawę można streścić: chciał podziwiać widoki, więc skoczył w przepaść.
          Jestem pewny, że ani to jak "żył" w tej wymarzonej dziczy, ani to jak skończył NIE BYŁO JEGO WYBOREM, a o żadnej SILE nawet nie może być mowy :(

          • użytkownik usunięty

            "Jego wyprawę można streścić: chciał podziwiać widoki, więc skoczył w przepaść." Zgadzam się w stu procentach. Bohater filmu miał, moim zdaniem, piękne marzenie, ale nie dał sobie żadnej szansy by je zrealizować. Jeżeli chciał odrzucić pomoce typu nowoczesny ekwipunek, to mógł chociaż nabyć konkretnej wiedzy na temat tego jak radzić sobie w ekstremalnych warunkach nie posiadając takowego. Powinien też "potrenować" przed wyprawą, żeby jego wiedza nie ograniczała się tylko do teorii. Nie zrobił nic w tym kierunku. Biedny, romantyczny głupek; równie głupi co romantyczny.

            • "...ale nie dał sobie żadnej szansy by je zrealizować." - dał sobie szanse.... nie widzałeś filmu? Ile przygód przeżył? Głupek?? Bo się zatruł? Jak jakiś doświadczony grzybiarz zatruje się muchomorem, to jest to: pomyłka, rutyna i takie tam... a tutaj... głupek?!!

              • użytkownik usunięty

                Przygody przeżył zanim wyruszył na Alaskę, więc o faktycznej realizacji marzenia możemy mówić dopiero potem. I niestety się nie udało. Alaska go zabiła. Przez pewien czas był szczęśliwy, ale wbrew temu, co sam napisał, z nikim się tym nie podzielił, bo zwyczajnie umarł z głodu. Bez mapy, bez umiejętności zdobycia pożywienia. Jak już upolował łosia to nie był w stanie zabezpieczyć mięsa przed zepsuciem. Cały film pokazuje faceta, którego ludzie, których spotyka na swej drodze po prostu kochają. I słusznie. Facet świeci jak lampa tyle w nim entuzjazmu, prostoduszności. Wręcz zaraża wszystkich swoją wizją, zazdroszczą mu jego marzenia. Ale natury nie kupisz entuzjazmem. Musisz umieć ją ujarzmić inaczej będziesz martwym głupkiem. I nie pisz mi o grzybiarzu, bo wyprawa na Alaskę to nie wycieczka na grzyby, a nawet najgłupszy grzybiarz nie ruszy się do lasu bez telefonu, żeby móc zadzwonić po pomoc w razie np. złamania nogi wskutek upadku. No ale po co telefon jak ktoś kieruje się hasłem: mogę żyć tak jak wy, ale wolę żyć po swojemu, chociaż nie przeżyję :).

                • Chyba w lesie nie byłeś.... Co drugi nie ma telefonu.
                  Zresztą, po co mu telefon, skoro w lasach nadal z zasięgiem jest duży kłopot.
                  I nie mowa tu o telefonach, a o doświadczonych grzybiarzach, których gubi rutyna i sami zatruwają się muchomorami.
                  Gdyby się nie zatruł, co jak wiadomo zdarza się i leśnym profesjonalistom, spokojnie dałby sobie radę.

                • użytkownik usunięty

                  Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że samotny grzybiarz nie bierze ze sobą telefonu, tym bardziej teraz, kiedy 10-letnie dzieci mają własne telefony. Do lasu mam 10 minut piechotą. Dla świętego spokoju założę jednak, że masz rację, ale to byłby tylko dowód, że wielu grzybiarzom brak wyobraźni i wcale nie dodaje ani odrobiny tej wyobraźni bohaterowi "Into the Wild". Gdyby się nie zatruł to i tak umarłby z głodu. Przecież nie nie próbowałby żywić się jakimś zielskiem, gdyby był zaopatrzony, powiedzmy, w mięso zwierząt upolowanych w okresie, kiedy jeszcze zwierzęta przebywały w okolicy. Uczepiłeś się tych grzybiarzy, a dla mnie facet, który nie wie jak muchomor wygląda to raczej nie jest profesjonalny grzybiarz, tylko jakiś mieszczuch bez elementarnej wiedzy o grzybach (pierwsza zasada: nie jestem pewien co to, nie zbieram). Poza tym co Ty tutaj porównujesz jakiś las w Polsce i zbieranie grzybów do wyprawy na tereny całkowicie dzikie i mało przyjazne człowiekowi? To tak jakbyś porównywał wejście na jakąś podmiejską górkę ze wspinaczką na Mont Blanc.

                • Wcześniej grzybiarze Ci nie przeszkadzali. :) Może się mylę, ale z Twoich wypowiedzi sądzę, że więcej u Ciebie gdybania niż wiedzy wyniesionej z doświadczenia. Nie ma to jak posiedzieć w domu przed Wikipedią i się powymądrzać, jaki to "jestem wspaniały".
                  Pozdrawiam

                • użytkownik usunięty

                  Zdarzało mi się zbierać grzyby, ponieważ wychowałem się na wsi i nadal mieszkam na wsi, ale jakimś znawcą nawet trochę nie jestem i nie roszczę sobie prawa do tego. Póki co żyję, chociaż nawet nie znam nazw grzybów, które zbierałem. Telefon zawsze do lasu zabieram i problemów z zasięgiem nie mam. Dobra, jasne jest dla mnie, że Tobie podoba się postać bohatera filmu, natomiast mnie podoba się jego marzenie, ale za cholerę nie zaakceptuję sposobu w jaki je zrealizował. Raczej to nasz martwy miłośnik dziczy był takim znawcą z teorii, skoro tak skończył. Szczerze szkoda chłopa, bo przynajmniej w filmie miał w sobie coś ujmującego (chociaż był samolubem nie liczącym się z uczuciami innych). Odpowiadając na Twoje posty nie korzystam z Wikipedii, bo i nie ma potrzeby, niemniej, każdemu się to zdarza, a przynajmniej powinno, bo nikt nie jest omnibusem, a Wikipedia od tego jest (chociaż to tylko początek wiedzy oczywiście). Rozchodzi się tu raczej o ten sposób realizacji marzeń. Facet nie okazał szacunku naturze (pewnie wydawało mu się, że ją kocha, ale szacunku w tym nie było). Gdyby okazał ten respekt wobec ubóstwianej przez siebie dziczy to przynajmniej by się jakoś przygotował do wyprawy. Pozdrawiam również :).

                • Telefon do lasu w latach 1990-1992. :v

              • Ale on się nie zatruł. Powstała taka legenda, żeby jakoś go usprawiedliwić, ale to tylko bajeczka powtarzana przez ślepo zapatrzonych w niego fanów.

                W praktyce koleś popełnił podstawowe, wręcz elementarne błędy, zachował się jak typowy, rozpuszczony gówniarz, który uważa, że mu się należy i że mu się uda. Ilość błędów które popełnił była tak potężna, że aż zahacza to o upośledzenie umysłowe albo wręcz chorobę psychiczną.

                Główne zostały wymienione, ale powtórzę - nie wziął mapy, nie posłuchał rad bardziej doświadczonych. Jest nawet kilka określeń na kogoś, kto nie słucha rad bardziej doświadczonego, starszego człowieka - właśnie rozwydrzony gówniarz albo zarozumiały dupek pasują tutaj jak ulał.

                Zrobił tez podstawowy, zasadniczy błąd - odżywiał się głównie białkiem, co prowadzi do tzw "rabbit starvation" i jest śmiertelne. Uczą tego na pierwszej lekcji każdego kursu skautów, nie da się żyć na białku - trzeba przyjmować jeszcze węglowodany albo tłuszcz. No ale on był przecież taki mądry i doskonały, co tam będzie tracił czas na przestudiowanie jakiegoś podręcznika dla skautów, przecież przeczytał książkę przygodową o życiu w dziczy i tam było jasno napisane, że starczy iść do lasu, a reszta sama się ułoży! Niestety, rzeczywistość okazała się (jak zwykłe) bezlitosna. To, że o czymś nie wiesz nie znaczy, że nie może Cię to zabić.

                Drugi zasadniczy błąd to brak ubrania. Tracił lekko licząc 400 kcal dziennie przez to tylko, że był zbyt cienko ubrany (i zbyt głupi czy zarozumiały, żeby przyjąć parę ciepłych butów czy koc, które oferowała mu ostatnia osoba którą widział za życia). Gdyby posłuchał rady i przyjął podarunek, przez te 140 dni czy ile tam żył zaoszczędziłby 56 000 kcal - a może i dużo więcej. To jest prawie 10 kg, o tyle byłby cięższy i to pozwoliłoby mu przeżyć cały miesiąc dłużej.

                Już nie wspominając o tym, że w Stanach żołędzie są jadalne i w zasadzie cały czas deptał po jedzeniu...

                • Ale na Alasce na rosną dęby, to jak mógł chodzić po żołędziach? I skąd wiesz, że odżywiał się wyłącznie białkiem? Zbierał przecież rośliny. Ta scena, że wybiera się z książką żeby znaleźć coś do jedzenia, jest kompletnie niewiarygodna. Siedział tam przecież wiele miesięcy, więc miał czas żeby się zapoznać z tym co rośnie wokół, a nie - jak pokazano - że ledwie żywy z głodu, żeby się uratować po raz pierwszy wyrusza na jagody.

                • Tak, zgadza się, był zarozumiałym idiotą. Żył tam przez wiele miesięcy i nie zapoznał się z tym, co tam rośnie. W książce jest to jeszcze wyraźniej opisane - dopiero na skraju śmierci z przebiałczenia zjadł parę roślinek, zresztą losowych i możliwe, że trujących.

                  mój błąd, nie ma tam dębów.

                • Nie czytałam książki, ale jeśli ta scena, że poznaje rośliny tuż przed głodową śmiercią jest bliska prawdy, to rzeczywiście był bardzo "odjechany", żeby nie powiedzieć - niezbyt rozgarnięty.

                • Sprawa byla prosta; chlopak po prostu pomylil bardzo podobne do siebie rosliny- znajdowal je w ksiazce, jednak potem nie zauwazyl, ze w ksiazce istnieje tez inna strona na ktorej jest bardzo podobna roslina ale trująca.
                  Po prostu przed zażyciem danego owoca nie przejrzał n stron książki ale powiedzmy n-y i tu byl jego wielki blad ktorego oczywiscie by na pewno byscie nie popelnili jako wybitni znawcy wikipedii :)

                • Gdyby Ciebie posluchal, to ujarzmilby Alaske do tego stopnia, ze zbudowalby tam dom, sklepy i sprowadzil ludzi.
                  Najwyrazniej nie zrozumiales o co chodzilo w filmie. Nie chodzilo o to, aby siedziec na Alasce znakomicie przygotowany z uporzadkowanym jak w muzeum zestawem narzędzi, ale aby PRZEZYC PRZYGODĘ, PRZEŻYĆ EMOCJE, doznać nowych doswiadczen.
                  Pomyliles kompletnie calą koncepcje o jaka chodzilo w filmie

                • ehehe, nie zrozumiałem. To trochę jak dziecko, które buduje rakietę z patyków żeby polecieć na Księżyc. I nie rozumiem, że tu chodzi o przygodę, przeżycie i doświadczenie.

          • Mam wrazenie, ze jestes i tak trochę mniej bystry od Chrisa. Ogladales 3 godziny- 180 minut film w ktorym bez przerwy powtarzajacymi sie podobnymi scenami wałkowano o co chodzi w nim chodzi, a Ty i tak tego nie zrozumiales.
            Chris chciał życ bez planu, chcial przezyc w pewien sposob duchowe doznania, sprawdzic czy samotnosc w dziczy moze dawac szczescie. Gdyby natomiast posluchal sie Ciebie, to podjechalby do Alaski specjalny uzbrojonym dżipem bo narzedzi o ktorych wspominales byloby zbyt duzo aby przyniosl je w jednym plecaku. W tym dżipie mialby oczywiscie wszelkie mapy, wszelkie narzedzia, z czasem zbudowalby tam sobie dom, z czasem moze sklepy i zrobił tam nowe miasto i sciagnal mieszkancow.
            Pytanie tylko zasadnicze: czy zrozumiales o co chodzi w filmie i czy Chrisowi na pewno chodzilo o to, co Ty proponujesz?
            To co Ty proponujesz to spełnienie motta: Carpe Diem jednoczesnie bedac przygotowanym i uzbrojonym po zeby. To jest sprzecznosc logiczna

      • Szanowny Lilo61. Chciałbym nadminić, że:
        1. Jak określiłeś, jest (była) to osoba fizyczna, realna. Tak też należałoby ją opisać. Zrobiłeś to to jednak wyłącznie na podstawie fabularnego filmu, który nie wszystko opowiedział.
        2. Oprócz filmu jest jeszcze książka, która pokazuje wiele nowych faktów, a nie domysłów.
        3. Nie prawdą jest, że nigdy w życiu nie była na żadnej wycieczce - przed samą podróżą na Alaskę "zwiedził" (pracując także) dużą ich część, a nawet Meksyku.
        4. Pytanie, czy to on skrzywdził rodzinę, czy ktoś z rodziny skrzywdził jego? To powinieneś wiedzieć, bo " Po starannym przejrzeniu wielu dostępnych materiałów dowiemy się, że". Przejrzyj je więc starannie, proszę.
        5. Następny temat.... on nie chciał tam zostać na stałe. To miała być kilku tygodniowa-miesięczna wycieczka. Kiedy chciał wrócić - stan rzeki na to nie pozwolił. Wrócił do busa i tam jeszcze przeżył kilka miesięcy.
        6. I na koniec... nie jest prawdą, że umarł zjadając trujące jagody.

      • Podstawowym bledem jaki robisz jest ocenianie Chrisa wedlug swoich priorytetow. Przeciez jemu w ogole nie chodzilo o jakies sprawdzenie siebie czy jest w stanie przetrwac w dziczy i udowodnienie sobie poprzez to jakiejs swojej siły. Jemu chodzilo o sprawdzenie swoich filozofii zyciowych o szczesciu w samotnosci, filozofii ksiazkowych. To co Chris zrobil swiadomie, to traktowanie calkowicie po macoszemu kwestii technicznych jak przetrwanie, zachowanie w dziczy, ekwipunek, etc. Po prostu malo go to obchodzilo- zbyt mało, dlatego umarł

    • Himalaiści i żeglarze się długo przygotowują do swoich wypraw, mają zaplecze, wiedzę, kursy przygotowawcze i jakieś doświadczenie. Żaden Laik ci nie wejdzie na Mount Everest. Główny bohater filmu był faktycznie bezmyślny i pozbawiony wyobraźni, zginął w bezsensowny sposób.

    • Weź ;) Himalaiści przygotowują się do każdej wyprawy, takie przygotowanie trwa minimum rok i wlicza się w nie m.in trening. Nie zaczynają też przygody od zdobywania najwyższych szczytów, samodzielnie, bez tlenu i w "adidasach" :) A żeglarz? Żeglarz nie podkrada drewnianej łódki i nie próbuje przepłynąć nią oceanu :)))
      Sposób myślenia tego dorosłego przecież chłopaka, studenta przypomina sposób myślenia dziecka, które lubi się ślizgać w zimie, więc bezmyślnie wejdzie na lód na rzece.
      Chciał żyć w głuszy, mógł się do tego przygotować inaczej niż czytając książki Londona, w których pies Buck rozumuje jak człowiek i prawie mówi ludzkim głosem :)

  • Oczywiście zgadzam się z powyższą opinią na temat "Supertrampa", ale osobiście uważam, że postać ta została specjalnie wykreowana na kochanego idiotę na potrzeby filmu. Już po pierwszym seansie filmu zdałam sobie sprawę, że to nie naiwność i niedopatrzenie reżysera, a raczej jego pomysł na stworzenie postaci tak niejednoznacznej. W filmie widzimy młodego idealistę, który prócz pięknych marzeń nie ma w głowie tak naprawdę nic. Nie jest ani szczególnie bystry, jego osobowość i wygląd też nie jest jakoś szczególnie pociągające, a mimo to utożsamiamy się z nim i kibicujemy jego szalonym poczynaniom. IMHO wszystkie napuszone przymiotniki, jakimi określają go podobni jemu "marzyciele" są jedynie górnolotną nadinterpretacją.Przecież wielokrotnie widzimy, zwłaszcza w zestawianiu bohatera z innymi, jak bezmyślne i dziecinne były jego wybory. Odmawia pomocy, uznaje swoją uczelnianą wiedzę za najprawdziwszą, jest wielokrotnie niepotrzebnie nieostrożny... Niektórzy powiedzą, że taka droga to jedyny słuszny i świadomy wybór człowieka, który poświęcił życie by sprzeciwić się systemowi. Moim zdaniem chłopak po prostu chciał spełnić swoje marzenia o doświadczeniu piękna, niewinności i całkowitej wolności, które częściowo podzielam, a które mógł przecież spełnić na wiele innych sposobów. Tutaj właśnie widzimy jego niedojrzałość i młodzieńczą porywczość, która zaważyła na jego decyzji. W każdym razie według mnie film jest niesamowity dzięki perfekcyjnym zdjęciom, pasującej muzyce i świetnej kreacji wszystkich bohaterów.

  • I wszystko by się zgadzało, gdyby jego celem było "życie w dziczy".

  • Ok dodam ze napisałeś recenzje filmu a nie życia.Jeśli podejmiesz dyskusje może sie skusze.

  • Zgadzam się z tą opinią w całej rozciągłości, miałam właśnie płodzić coś podobnego po wczorajszym [drugim w życiu] seansie tego filmu, ale zrobiłeś to świetnie za mnie :)

    Od siebie dodam jeszcze, że nie mogę strawić egoizmu tej postaci, która brnie przed siebie nie bacząc na ludzi, którzy wiele dla niego zrobili. Począwszy od rodziców [których najwidoczniej postanowił ukarać swoim zniknięciem za problemy małżeńskie, kłótnie w domu i dawanie mu wszystkiego, o czym mógł marzyć nastolatek; skazał ich na dożywotnie katusze i poczucie winy, kochany synek], na staruszku - ostatnim przystanku przed Alaską - skończywszy. Trzeba być bez serca, żeby zostawić samotnego staruszka, który pokochał cię jak syna i oferował adopcję, po to, żeby spełnić irracjonalne marzenie.

    Razem ze współoglądającym doszliśmy do wniosku po seansie, że gdyby główny bohater obejrzał parę odcinków Beara Gryllsa, to może by się trochę dłużej zastanowił nad spełnianiem swojego genialnego marzenia :)

  • Mam 16 lat więc moja wypowiedź może zostać uznana za nieżyciowe bajanie licealistki .
    Bohater z pewnością skrzywdził wiele ludzi. Rodzice nie byli aż tacy źli, żeby spotkała ich taka tragedia.
    Najbardziej żal było mi jego siostry która widać bardzo kochała brata. Może nic by się nie stało gdyby choć do niej zadzwonił i dał znać że żyje. Pod tym względem był egoistyczny.
    Nie zgodzę się jednak że jego ucieczka miała być karą dla rodziców ,albo takim wymysłem studencika nie znającego życia, który miał wszystko podane pod nos . Po pierwsze czy gdyby tylko chciał wprawić rodzinę w poczucie winy to uciekał by na alaskę do pustego autobusu, do zimna i głodu? Czy nie łatwiej byłoby zostać z tymi wyrzutkami i dziewczyną i nie dzwoinć nie pisać ot. pożyć sobie tam w spokoju?Albo u tego staruszka?
    Po drugie podałeś tu argumenty o dyplomach i wykształceniu, Proszę cię jakie to ma znaczenie?Żadnego! Szkoła nie odgrywa żadnej roli równie dobrze mogła by być to Łódzka fil mówka albo jakieś słabe studia w Rumuni. Czy naprawdę jest to argument, że niby było mu tak łatwo ,nie to co u nas albo w biednych krajach. Ja uważam że było mu źle w tej szkole jak w ogóle w cywilizacji. Można dusić się z w zawodówce i w najlepszym lo w warszawie. Bohater gdyby chciał nie miałby problemów ze znalezieniem pracy i życiu sobie w spokoju. czyli jeśli uciekł to chyba miał ważny powód.
    Nie zgodzę się że był głupi. wiem że książki to nie wszystko, ale nauczmy sie odróżniać brak pragmatyzmu od głupoty. Jeśli zaczniemy rozumować w taki sposób że każdy kto jest absolutnie odrealniony to ktoś kto powinien usunąć swoje geny ze śwaita to znaczy że mało sie nauczyliśmy przez tysiące lat . Myśle ze s upertramp po prostu nie zrozumiał, że człowiek nie należy już tak po prostu do natury i powrót do stanu naturalnego to powrót do stanu naturalnego. I umarł młodo, choć wydaje mi się że taki już był jego los. Prawda chciał wracać i nie chciał umierać.Ale chciał raz w życiu być naprwdę wolny. Myślę że tak go trzeba odczytywać- jako osobę odrealnioną która chce być dobrym człowiekiem i nikomu nie szkodzić, ale też nie potrafi żyć wsród ludzi. Wiem że teraz mowiąca o wolności młodzież to hipsterzy w najmodniejszych okularach i z prestiżowych liceów. Ja ich osobiście nie lubię i uważam że nic nie mają do bohatera tego filmu. Najważniejsze chyba że ktoś czegoś chce naprawdę a supertrampow i nie można było zarzucić braku szczerości

  • O,tak!-wiedza i wykształcenie to nie to samo co mądrość.Wiedza nie stosowana w praktyce jest bezużyteczna.No,cóż,wykształcony młodzieniec zapłacił za to najwyższą cenę,Ja jednak nie oceniałabym go tak surowo-errare humanum est.Wnioskuję,że sprowokowal Cię szum wokół jego osoby.Piszesz- "Na wielu poświęconych mu stronach jak mantra powtarza się przekaz o wielkim, wieloletnim marzeniu o ucieczce od cywilizacji, powrocie do natury..." Mnie jest żal tego chłopaka,niejako utożsamiam się z nim,bo podobnie jak w nim , tli się we mnie podobne pragnienie-uciec od cywilizacji , tego szaleńczego pędu, i osiąść gdzieś na" spokojnej mieliźnie".No,na pewno nie w tak ekstremalnych warunkach-:).Pięknie jest marzyć,jeszcze piękniej gdy marzenia się spełniają.Naszego bohatera się spełniły.A czy skutkowało to jego szczęściem-to już sprawa dyskusyjna.Pewnie w chwili samej śmierci, tak.Przedtem,przerażony i samotny(jego zapiski) nie mógł być szczęśliwy bo to wyklucza szczęście.Wierzę jednak,że przez 2 lata włóczęgi, jego życie było szczęśliwe, bo żył jak chciał.
    Chłopak wiele zrozumiał.Czytając(,bodajże)Thoreau zapisał między wierszami-"happiness only real when shared"
    PS Lilo60,piszesz"Każdy, kto przyczyni się do wydłużenia czasu przetrwania gatunku ludzkiego, eliminując z puli genów ludzkości własne geny, jako geny istoty niewyobrażalnie bezmyślnej, zasługuje na tę nagrodę: NAGRODA DARWINA. Chris McCandless zasłużył!"
    Nie mogę tego "rozgryźć".Czy nie wkradł się tu jakiś błąd? Serdecznie pozdrawiam.B.

    • Chris nie umarł przez swoją głupotę,tylko w wyniku, najprawdopodobniej zatrucia, którego trudno byłoby mu uniknąć nawet gdyby dokładnie znał florę Alaski. Krakauer w swojej książce dokładnie rekonstruuje jego ostatnie i dni, przytaczając dowody na to, że Chris był już gotowy na powrót do cywilizacji. Jednak jak widać, skończyło się inaczej niż przypuszczał.

      • Nie napisałam,że umarł przez głupotę,Postąpić nie rozsądnie nie oznacza,że jest się głupim,w przeciwnym razie świat zaroiłby się od głupoli.Chyba nie znajdzie się na świecie człowiek,który choć raz w życiu nie wykazał braku rozsądku.Pozdrawiam.

      • Pozwolę sobie skopiować mój identyczny post sprzed kilku minut:


        Ale on się nie zatruł. Powstała taka legenda, żeby jakoś go usprawiedliwić, ale to tylko bajeczka powtarzana przez ślepo zapatrzonych w niego fanów.

        W praktyce koleś popełnił podstawowe, wręcz elementarne błędy, zachował się jak typowy, rozpuszczony gówniarz, który uważa, że mu się należy i że mu się uda. Ilość błędów które popełnił była tak potężna, że aż zahacza to o upośledzenie umysłowe albo wręcz chorobę psychiczną.

        Główne zostały wymienione, ale powtórzę - nie wziął mapy, nie posłuchał rad bardziej doświadczonych. Jest nawet kilka określeń na kogoś, kto nie słucha rad bardziej doświadczonego, starszego człowieka - właśnie rozwydrzony gówniarz albo zarozumiały dupek pasują tutaj jak ulał.

        Zrobił tez podstawowy, zasadniczy błąd - odżywiał się głównie białkiem, co prowadzi do tzw "rabbit starvation" i jest śmiertelne. Uczą tego na pierwszej lekcji każdego kursu skautów, nie da się żyć na białku - trzeba przyjmować jeszcze węglowodany albo tłuszcz. No ale on był przecież taki mądry i doskonały, co tam będzie tracił czas na przestudiowanie jakiegoś podręcznika dla skautów, przecież przeczytał książkę przygodową o życiu w dziczy i tam było jasno napisane, że starczy iść do lasu, a reszta sama się ułoży! Niestety, rzeczywistość okazała się (jak zwykłe) bezlitosna. To, że o czymś nie wiesz nie znaczy, że nie może Cię to zabić.

        Drugi zasadniczy błąd to brak ubrania. Tracił lekko licząc 400 kcal dziennie przez to tylko, że był zbyt cienko ubrany (i zbyt głupi czy zarozumiały, żeby przyjąć parę ciepłych butów czy koc, które oferowała mu ostatnia osoba którą widział za życia). Gdyby posłuchał rady i przyjął podarunek, przez te 140 dni czy ile tam żył zaoszczędziłby 56 000 kcal - a może i dużo więcej. To jest prawie 10 kg, o tyle byłby cięższy i to pozwoliłoby mu przeżyć cały miesiąc dłużej.

        Już nie wspominając o tym, że w Stanach żołędzie są jadalne i w zasadzie cały czas deptał po jedzeniu...

    • Nie ma czegoś takiego jak ucieczka od cywilizacji. W człowieku istnieje pragnienie do nie posiadania niczego i czasem wygrywa pragnienie do nie posiadania niczego. Takich przypadków jest wiele. Rój toleruje tylko wolność materialną i bezpieczny wygodny kur*idołek. Nie każdy chce żyć wygodnie i bezpiecznie.
      Stąd nienawiść i żądełka skierowne w stronę mistyków, zakonów kontemplacyjnych, a także ludzi bezdomnych, o zgrozo , jeżeli się uśmiechają.
      Przecież oni wszyscy są ofiarami choroby psychicznej.
      Bo przecież miliony much nie mogą się mylić...

      Pewnego razu młody, energiczny biznesmen wysiadł ze swego pięknego, sportowego auta i dla chwili relaksu poszedł na spacer do lasu. Kiedy się przechadzał, ujrzał człowieka, który od dłuższego czasu tkwił w bezruchu nad strumieniem, absolutnie nic nie robiąc. Biznesmen - przyzwyczajony do ciągłej aktywności, życia w nieustannym pośpiechu i wiecznym pędzie - nie mógł się nadziwić temu, co widział. W końcu zniecierpliwiony zagadnął człowieka znad strumienia:

      - Człowieku, zrób coś, zajmij się czymś! Całe życie Ci przeminie!

      - Ale po co mam coś robić? - odpowiedział spokojnie ten, który kontemplował strumień.

      - Jak to po co?! Jak podejmiesz aktywność, np. założysz firmę jak ja, zaczniesz zarabiać pieniądze!

      - Ale po co?

      - Jak to po co?! Będziesz miał pieniądze, zainwestujesz je, zatrudnisz pracowników, zintensyfikujesz zyski, zdobędziesz nowe rynki...

      - Po co?

      - Człowieku! Jak Twoja firma się rozwinie, zostaniesz jej prezesem i będziesz miał tyle pieniędzy, że nie będziesz musiał już nic robić! - wykrzyczał zdenerwowany biznesmen.

      - Toż właśnie to robię - z niezmiennym spokojem odpowiedział pustelnik.

      ***

  • Witam:) Dziękuję za wszystkie wpisy. Szczególnie cieszy mnie, że niektórzy z Was potrafią się odnieść do postępowania Chrisa McCandlessa bez bałwochwalczego podziwu za "odwagę wyboru" jak to się często w sąsiednich wątkach powtarza. To, że oceny tutaj różnią się w szczegółach, a nawet czasem w dużym stopniu i tak jest dla mnie krzepiące, bo nawet odrobina obiektywizmu pozwala na bardziej "życiową" interpretację zdarzeń.
    Szczególnie dziękuję "Charytie" za dojrzałą, odważną, kuluralną i osobistą wypowiedź w tak młodym wieku:).
    Powtórzę, co już napisałem wcześniej w odpowiedzi dla "sikkens" : Przedstawiłem tu własne zdanie, potrafię je poprzeć solidnymi argumentami. Mam do tego prawo i z niego skorzystałem. Co w żadnym wypadku nie oznacza, że będę teraz walczyć o wiecej zwolenników mojego zdania i starać się przekonać kogokolwiek do zmiany opinii odmiennej niż moja.
    W tym miejscu pragnę w jednym poście odpowiedzieć lub wyjaśnić parę kwestii dotyczących istotnych szczegółów, z których pewne można by odebrać jako zarzuty w stosunku do głównej treści mojego wątku.
    A mianowicie:

    Do " filthy_pig " - mój tekst nie jest recenzją filmu (tę zawarłem w 3 i 4 linijce od góry), ani nie jest "recenzją życia"
    McCandlessa. Wydawało mi się, że jest to w tekście dostatecznie wyraźne, ale mogę jeszcze raz: napisałem WŁASNĄ ocenę POSTĘPOWANIA człowieka, który (pośmiertnie) stał się bohaterem medialnym. Konkretnie wypowiedziałem się na temat jego postepowania w dniach 28.04.1992 - 18.08.1992 (data śmierci przybliżona). To znaczy 3,5 miesiąca z życia z niewielkim nawiązaniem do poprzednich 2 lat . Nie czuję potrzeby oceniania jego całego wcześniejszego życia. Dyskusja (w sensie przerzucania się argumentami) w tym miejscu nie była ani nie jest moim celem.

    Do "EvilS " - Dziękuję:). Na Beara Gryllsa było jeszcze za wcześnie (1992), ale gdyby tak poczytał artykuły lub książki napisane przez ludzi, którzy współcześnie mu wybrali zbliżony sposób na życie (a wielu ich było i jest - żyją i cieszą się z dokonanego kiedyś wyboru), w National Geographic w latach 70 - 80 - 90 (aż do dzisiaj) pełno było artykułów o Alasce i żyjących tam ludziach, Wild America, czy inne przyrodnicze, czy myśliwskie miesięczniki a przede wszystkim poradniki, których w Stanach wychodzi regularnie multum. W roku 90tym wystartował w Stanach serial "Przystanek Alaska" który spowodował na kilka lat zupełne szaleństwo w filmach, mediach, modzie - na Alaskę. Pewnie nie oglądał, bo już był w trasie - szkoda, może by coś skorzystał? Dzięki za wspomnienie staruszka Rona - mało kto zwraca większą uwagę na tę postać:).

    Do "Charytie " - dzięki, szczególnie za wyrażenie współczucia dla rodziny :).
    1. Pisałem o "buncie" jako o wyraźnie u Chrisa mocno spóźnionym bodźcu emocjonalnym (zupełnie normalnym na etapie gimnazjalno - licealnym), który równie często jak uzależnieniem od rówieśników - manifestuje się alienacją i chęcią ucieczki. W normalnym rozwoju emocjonalnym to typowy etap przejściowy. U szczęśliwie docenionego absolwenta wyższej uczelni taki "bunt" i wyraźny problem z relacją z rodziną i otoczeniem wydaje się bardziej skomplikowany. Może być problemem psychologicznym, albo skutkiem konsekwentnie zaplanowanego, świadomego wyboru. Przy ocenie warto najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie "co to jest ŚWIADOMY wybór?".
    2. O wykształceniu - to u mnie nie jest ARGUMENT. To był argument Chrisa: "Bez obawy - jestem dorosły i wykształcony..." - powiedział Chris Ronowi. W sensie: "nie mów mi co mam robić, a czego nie - jestem dorosłym człowiekiem i wiem dokładnie co zrobię i jak to osiągnę", oraz: "właśnie skończyłem studia - wiem o wszystkim, co może mi sie na mojej drodze przydać". Tylko niestety wkrótce okazało się, że mylił się w całej rozciągłości co do swojej własnej oceny:(. Osobiście wyraźnie rozgraniczam dyplomy/wykształcenie a mądrość. W tym jest taka życiowa rozwaga, zaradność i odpowiedzialność. Żeby być mądrym nie trzeba osiągnąć dyplomów, ani wieku emerytalnego. Można być mądrym nastolatkiem, studentem, młodym człowiekiem. Trzeba tylko umieć korzystać z wiedzy i doświadczenia: własnego i innych. Pamiętać o błędach i uczyć się na nich. Myśleć - pytać - myśleć - i dopiero działać. Impulsywnie można działać w sytuacjach zagrożenia, ale przy wyborze drogi życiowej lepiej się kilka razy zastanowić, spróbować i przygotować.
    3. Napisałem nawet że "idiota" - ale nie w postaci pogardliwego epitetu, raczej w przejawie bezradnej rozpaczy. Głupota niekoniecznie oznacza ograniczenie umysłowe - w tym wypadku mam na myśli przerażającą niefrasobliwą bezmyślność. Nie znam jej powodu u Chrisa, pewnie nikt nie zna, może siostra. Trudno go tłumaczyć tylko młodym wiekiem - przecież 24 lata to już nie dzieciaczek.
    4. "...po prostu nie zrozumiał, że człowiek nie należy już tak po prostu do natury ...". Cały problem w tym, że to nie jest prawda. Są ludzie, którym cywilizacja weszła na głowę i tworzy już integralne klapki na oczach. Ale to naprawdę dotyczy tylko pewnego ułamka ludzkości. Człowiek odszedł daleko od natury, ale przy pewnej dozie silnej woli i konsekwentnego uporu - może wrócić i w tej naturze żyć, jak tylko zechce. Szczególnie w krajach, gdzie przepisy na to pozwalają. W USA, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii - nie ma z tym problemu. Celowo wymieniam kraje "wysoko cywilizowane" w których standardowo bezpiecznych granicach dzikie, niezamieszkane tereny zajmują ogromne powierzchnie, wiele z nich nie ma statusu terenów chronionych i osiedlić się w takiej "dziczy" można legalnie, świadomie, szczęśliwie i na długie lata. Cywilizacji nie oglądać do końca życia tylko sporadycznie niewielkie osady, zapadłe dziury w których jednak można się zaopatrzyć w to, co niezbędne, spotkać życzliwych ludzi, którzy pomogą w nagłej potrzebie (jeżeli tylko się tego chce). Dlatego na końcu tekstu podałem przykład:
    "Tym, którzy z przypadku Chrisa McCandless'a wysnuli kuriozalny wniosek, iż życie z dala od cywilizacji, w zgodzie z naturą, własnymi wartościami i własnym rytmem JEST NIEMOŻLIWE - polecam film "Ostatni traper" Nicolasa Vaniera z 2004."
    5. "Najważniejsze chyba że ktoś czegoś chce naprawdę... " - oczywiście, masz rację. Pod warunkiem, że ten ktoś bardzo i szczerze chcąc - sprawdzi "jak może to osiągnąć". Żeby mieć z tego radość i satysfakcję - nie na pokaz, ale dla samego siebie. Bo zrealizowanie marzeń powinno nas uszcześliwić, a nie zabić, tak mi się przynajmniej wydaje :).

    Do " barbara_pawluczuk " -
    1. "Pięknie jest marzyć,jeszcze piękniej gdy marzenia się spełniają. Naszego bohatera się spełniły." - Jest Pani pewna, że się spełniły? - Przez trzy i pół miesiąca przymierał głodem, z niczym sobie nie radził, marzł na kość każdej nocy (to na Alasce lato, ale w nocy temperatura spada poniżej zera). Bał się przez cały czas - lato to czas intensywnych, często po kilka osobników wędrówek niedźwiedzi w poszukiwaniu jedzenia. Czy naprawdę było to spełnieniem marzen? 3 lipca, po dwóch miesiącach miał już dosyć i wybrał się w drogę powrotną. Powrót też mu nie wyszedł. Następne 1,5 miesiąca to powolne umieranie. Proszę mi powiedzieć, kto wymyślił i wmówił milionom widzów i internautów na całym świecie, że tak wygląda szczęśliwe zrealizowanie marzeń i szczęśliwa śmierć?
    2. "Chyba nie znajdzie się na świecie człowiek,który choć raz w życiu nie wykazał braku rozsądku". - To piękne, pełne wyrozumiałości i dobroci słowa. Tylko... czy tyle samo wyrozumiałości mamy dla osoby, która wykaże się ŚMIERTELNYM W SKUTKACH BRAKIEM ROZSĄDKU? Teraz proszę uruchomić wyobraźnię: W co się zmienią podziw i wyrozumiałość, kiedy takim śmiertelnym brakiem rozsądku wykaże się Pani własne, dorosłe, wychowane, wychuchane, wykształcone dziecko?
    3. "Nie mogę tego "rozgryźć".Czy nie wkradł się tu jakiś błąd?"
    Już spieszę z wyjaśnieniem.
    Każdy żywy gatunek na Żiemi jako priorytet traktuje kwestię przetrwania. W tym celu do rozmnażania się dobierają się w miarę możliwości osobniki o najlepszych genach. Dzięki temu kiedyś jeden z gatunków zszedł z drzewa, stanął na dwóch nogach, zasiedlił cały globus. Z powodu nadmiaru późniejszych sukcesów człowiek już dawno wyłamał się z priorytetowej zasady i w przeważającej większości dobiera się w pary a następnie rozmnaża z innych powodów niż doskonałe geny. Skutkiem tego nasza pula genowa coraz bardziej podupada. Nie ma sensu tutaj roztrząsać, co to oznacza dla przyszłych pokoleń i kwestii przetrwania gatunku.
    I tak dla uhonorowania szczególnie zasłużonych dla poprawy kondycji gatunku powstała:
    (Teraz będzie cytat ze źródła wiedzy wszelakiej - wikipedii):
    Nagrody Darwina (Darwin Awards) to corocznie przyznawane w wyniku głosowania w internecie "nagrody". Mają one wyłącznie charakter symboliczny i nasycone są czarnym humorem, a nazwane są nazwiskiem twórcy teorii ewolucji - Charlesa Darwina, by upamiętnić osoby, które przyczyniły się do przetrwania naszego gatunku w długiej skali czasowej, eliminując swoje geny z puli genów ludzkości w nadzwyczaj idiotyczny sposób.
    Innymi słowy, warunkiem nominacji do "nagrody" jest śmierć kandydata w wyniku jego własnej głupoty lub okaleczenie się pozbawiające możliwości reprodukcji.

    Do "KochamMadziuchePyzucha" - tak, tak, niby wszystko się zgadza, ale nie do końca.
    "Chris nie umarł przez swoją głupotę,tylko w wyniku, najprawdopodobniej zatrucia, którego trudno byłoby mu uniknąć nawet gdyby dokładnie znał florę Alaski." Proponuję zastosować inwersję i sprawdzić, jak karkołmne i nielogiczne jest powyższe zdanie. Ale to drobiazg :).
    Zatrucie było "najprawdopodobniej" jak sam przyznajesz.
    Po pierwsze (na marginesie): Jeżeli już należysz do osób, które wierzą i powielają wersję o zatruciu: jak nazwiesz zżeranie rosnących pod nogami roślin, których się nie zna i nigdy wcześniej nie jadło? - zapewne jest to wg Ciebie ewidentny dowód inteligencji i wyjątkowej rozwagi. No ale nie głupoty....
    Po drugie (na marginesie): "Tanaina Plantlore", autor Priscilla Russell Kari. Jest to przewodnik etnobotaniczny, traktujący o trujących roślinach wykorzystywanych przez indian Athabasca. Tą książką posługiwał się McCandless próbująć rozpoznawać alaskańskie rośliny. Książka, która pomaga odróżnić jedną TRUJĄCĄ roślinę od drugiej TRUJĄCEJ rośliny. Widać ją również w filmie. Chris nie był pewny czy rozpoznaje właściwą roślinę - na obrazkach były dla niego nie do odróżnienia. A jednak je jadł, chociaż wszystkie były miniej lub bardziej trujące. To oczywiście nie jest głupota...
    Po trzecie (już nie na marginesie): Jon Krakauer (książka w 1996) i Sean Penn (film w 2007) roku podają ZATRUCIE jako PRAWDOPODOBNĄ przyczynę śmierci McCandlessa. To rozpowszechniło - już chyba można tak powiedzieć - MIT o przypadkowej śmierci "biednego wędrowca". W internecie w postępie geometrycznym rośnie wieść, że biedak się otruł...niechcący. Ale przecież ani w książce ani w filmie nie jest powiedziane, że McCandless zjadł jakąkolwiek ŚMIERTELNIE trującą roślinę i to w SKUTECZNEJ ilości.
    Wg Jona Krakauera: "Chris jedząc korzenie nietoksycznego dzikiego ziemniaka ( Hedysarum alpinum) mógł pomylić je z inną -€“ podobną, jednak toksyczną, rośliną -€“ dzikim groszkiem pachnącym (Hedysarum mackenzii). Innym potencjalnym powodem jest to, iż McCandless pod koniec lata, gdy korzenie dzikiego groszku stają się zbyt twarde, zaczął jeść również ich nasiona, w których mogą znajdować się alkaloidy, mające silny wpływ farmakologiczny na ludzi i zwierzęta (obecne np. w morfinie). Jednak badania toksykologiczne wykonane przy sekcji zwłok wykazały, że w organiźmie McCandlessa nie było alkaloidów, więc najprawdopodobniejszym powodem śmierci jest zagłodzenie".
    No i w orzeczeniu koronera jako przyczynę zgonu wpisano "Przyczyna śmierci: zagłodzenie".
    Po czwarte: "Chris był już gotowy na powrót do cywilizacji. Jednak jak widać, skończyło się inaczej niż przypuszczał". To prawda. Był gotowy. 3 lipca spakowany ruszył w drogę powrotną i :
    1. Tak niewiele wiedział (w swojej mądrości) o miejscu do którego zmierzał i w którym się wreszcie znajdował, że doznał szoku na widok rzeki odmienionej przez letnie roztopy lodowców. Smutne - prawie wszystkie rzeki Alaski mają źródła w rejonie lodowców i zachowują się tak samo: robi się ciepło - przybierają, zimno - opadają/zamarzają.
    2. Przez poprzednie 2 miesiące nie rozejrzał się wokół miejsca, gdzie zamieszkał (bus). Tak naprawdę w ogóle nie wiedział gdzie się znajduje i chyba go to nie obchodziło.
    3. W swojej mądrości nie zaopatrzył się w porządną mapę okolicy w której miał zamiar.... no właśnie, co on zamierzał dalej robić? Zimować? (9 miesięcy zimy w tundrze, temp. do - 60 i zimniej, tygodniami wiatr 100km/h).
    4. W związku z powyższym nie wiedział, że 800m w dół rzeki może bezpiecznie przeprawić się na drugi brzeg przy pomocy sprzętu zainstalowanego przez Amerykańskie Towarzystwo Geologiczne przy stacji pomiarowej,
    5. Czy "być gotowym do powrotu" to to samo co "chcieć wrócić"? Bo jeśli TAK, to przecież większość średnio inteligentnych ludzi wie, że idąc z biegiem dowolnej rzeki prędzej czy później trafi się na cywilizację. Tymczasem przerażony Chris wrócił do busa i przez dalsze 1,5 miesiąca dogorywał z głodu, zimna i wycieńczenia.
    REASUMUJĄC: Chris McCandless nie zatruł się, a gdyby nawet jadł te trujące/toksyczne nasiona - nie były one śmiertelnie groźne. Normalny, zdrowy młody mężczyzna najwyżej by się kiepsko poczuł, na parę godzin "odleciał", a na drugi dzień miał narkotycznego kaca. Ale niestety nie mówimy o normalnym, zdrowym młodym mężczyźnie, tylko o dosłownym living zombi - Chris ważył 30 kilogramów. Słownie: TRZYDZIEŚCI.
    Dziękuję i pozdrawiam :)

    • Hej lilo61. Przeczytałam właśnie ten wątek, bo wątków ci tu dostatek. Zgadzam się z Tobą w 100%. Wczoraj w nocy słuchałam tego filmu sprzątając, czasem zerkając w ekran. Na koniec znowu coś dłubałam i widziałam ok. 30 minut filmu siedząc przed tv. Długi film, reżysera cenię, romantyzm mi gdzieś wywiało, ale na koniec filmu łza zakręciła mi się w oku. Dzisiaj o 20-tej znowu jest, za chwilę. O tej porze w spokoju nie obejrzę, ale po tak dobitnym odsłonięciu głupoty głównego bohatera, jakiego dokonałeś, raczej łzy nie zakręcą mi się już w oku ;)
      Najbardziej zapamiętałam Twoje niezwykle trafne spostrzeżenie, że tak naprawdę to on nie wracał do natury. W obecnych czasach w krajach cywilizowanych tak naprawdę nikt nie żyje z naturą i z natury (nie znam tego filmu czy książki z 2004 roku - poszukam, bo to ciekawie zabrzmiało) On nie wracał do natury, tylko chciał tak żyć, choć nie miał o tym bladego pojęcia i przygotowania.

      Po seansie dla mnie najważniejsza, najbardziej rzucająca się w oczy była jego skrzywiona psychika. Miał problemy z własnym życiem, rodziną, był dla niej bezwględny, i jak czuję, bardzo skrzywdzony. Film to dość dobitnie ukazał. Ja na to właśnie najbardziej zwróciłam uwagę, a Twoje wszystkie spostrzeżenia dowodzą niezwykłej głupoty tego młodego głupka z nagrodą Darwina.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o