WSPANIAŁA Marta Żmuda-Trzebiatowska

Warto. Dla Marty Żmudy-Trzebiatowskiej.

Muszę się przyznać, że nie znam jej dokonań aktorskich. Raz czy dwa zdarzyło mi się obejrzeć „Teraz albo nigdy!”, a filmów Wereśniaka i Zanussiego dotąd nie widziałem.
Bez wątpienia to ona jest najjaśniejszym punktem w tej sprawnie opowiedzianej, acz krótkiej i prostej przecież historii. Z początku mogłoby się zdawać, że gra ona po prostu (!) ładną pannę, co ja piszę, właściwie boginię (osiedlową, bo osiedlową, ale boginię), w której zadurzył się główny bohater. A ponieważ to nie ona jest w tym filmie na pierwszym planie, podejrzewałem, że jej występ ostatecznie ograniczy się tylko do fizycznej obecności. Nic bardziej mylnego.
Jedna scena. Wystarczyła jedna scena, by udało jej się „ukraść” film obu swoim partnerom. To scena, gdy adorator zjawia się u podwoi swojej oblubienicy, która zostaje zmuszona do wysłuchania jego wyznań. Pozornie nic wielkiego, taka ot, scenka. W pewnym momencie widać tylko jej twarz, nic więcej. I nagle coś się zaczyna, coś „się kroi”, obraz wnet nabiera innej temperatury, wrzenia ściślej mówiąc. Coś z miejsca chwyta za gardło i nie puszcza. Jej twarz pozostaje w niby bezruchu, ale w oczach coś bezgłośnie kołacze i nie pozwala, by to zignorowano.
Jakiegoż niepojętego procesu stajemy się świadkami, jakiegoż spiętrzenia emocji i napięć. Wpierw zakłopotanie, niechęć, nawet odrobina wstydu, raptem stopniowe przechodzenie w niewolne od wewnętrznego ciśnienia skupienie, które przyprawia widza o przeszywający niepokój. Czegoś jednak o tej dziewczynie nie wiemy, przekonuje nas aktorka.
I zamknęła to wszystko [sic!] w jednym spojrzeniu, w jednym grymasie. Przez moment mamy w tym filmie do czynienia z prawdą. I już chociażby dlatego dobrze, że ten film powstał.
Minimalizm świadczący o niekwestionowanej kontroli roli i samodyscyplinie aktorki. Udało jej się to, co od lat z powodzeniem (z filmu na film doskonaląc) stara się pokazać nam Julia Roberts: w pozornie nic nieznaczącej scenie jednym, migotliwym, prawie że niewidocznym, gestem zasygnalizować nutkę tragizmu podskórnie tkwiącą w kreowanej – rzekomo błahej, bezbarwnej - postaci, unaocznić jej złożoność (nie jest tajemnicą, że piękna kobieta zawsze będzie ofiarą swojego piękna).
Więcej takich spojrzeń w kinie (zwłaszcza polskim), więcej takiej uczciwości i autentyzmu. Są na wagę złota.
PS.
Po takiej roli pani Żmudzie-Trzebiatowskiej należy się teraz porządny reżyser z nieprzeciętnym tekstem, co pozwoliłoby na rozwój jej możliwości (czyżby krępowanych?), których szczyptę właśnie nam objawiła.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: