Nie bede uzywal cenzury

bo trzeba to wkoncu powiedziec w tym slodko-sadystycznym kraju. Jako kaleka z 23 letnim doswiadczeniem moge przewidziec co sie stanie: paniusie se pojde na filmik powzdychaja "Jakie to piekne, bo on na wozku, ladny, ona ladna i wogole ta niepelnosprawnosc to nie przeszkoda w milosci!". Po czym seans sie skonczy, wyjda i pierwsza nadazajaca sie zwiazkowa okazje z prawdziwym niepelnosprawnym ( tak, tak, prawdziwym- nie na filmie lub ksiazce) odepchna paluszkiem "no, bo pewnie eunuch, podcierac go trzeba i wogole jakis taki nieatrakcyjne......nie jak w filmie". I wiecie co....nie mialbym pretensji o takie myslenie, wkoncu ludzie sa ludzmi. Tylko po co ta hipokryzja? Ci niezaradni i beznadziejni w Waszych oczach niepelnosprawni mezczyzni tez maja uczucia, od pieknych do bestialskich. Nie upokarzajcie ich dyplomatycznym "friendzonem". Wsadzcie ich od razu do kategorii 80letnich dziadkow, ktorzy sa uroczy, bo juz nie moga aby by chcieli, bo to jednak faceci. Jak macie uprawiac darwinizm seksualny to robcie to szczerze, bez hipokryzji.

258
  • Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

    • Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

    • Dzieki za spojler, powinienies/-nnas dostac bana za tego posta.

    • Nie ma w języku ludzi kulturalnych słów które dostatecznie obelżywie określiłby Twoje zachowanie. W moich oczach jesteś nędznym gadem omyłkowo tylko uznawanym za człowieka.

      • Kochani to nie spoiler. To główna oś fabuły :) o której jest mowa w zwiastunach jeśli ktoś uważnie oglądał. O tym jest film. Zwiastuny mydlą oczy uroczymi, sielankowymi i romantycznymi pobocznymi scenami, podczas gdy film jest o czymś innym i to powinno być zamieszczone w opisie filmu. To tak jakby np. z Deadpoola pokazać tylko i wyłącznie same romantyczne sceny i napisać, że to romantyczny film o miłości i chorym na raka mężczyźnie :D a przecież wiemy, że film jest TROCHĘ w innym hmmm... klimacie :) - inne porównanie nie przychodzi mi w tej chwili do głowy ;)

        • Nie tłumacz się. To JEST spoiler. Owszem, ze zwiastuna wiem, że bohater filmu pragnie umrzeć i myśli o eutanazji. Można się też domyślać, że dziewczyna będzie go chciała przekonać do zmiany zdania i to jest główna oś fabuły. To natomiast czego nie dowiem się ze zwiastuna, a dowiedziałam się niestety z Twojej wypowiedzi, jest najważniejszą rzeczą, czyli ostateczną decyzją bohatera! Jak możesz twierdzić, że to nie jest spoiler?!

      • Do trogawr ----CK :-) Dobry tekst.

    • ja byłam rozczarowana, tez zauważam falsz w fabule filmu, ponieważ nie wierzę że czlowiek który spotkal miłość, która i akceptację zrezygnowałby z życia. "Nieudany" i "Golden rose" dzięki że sie podzieliliście. "Nieudany" myslę że masz rację. A związek z mężczyzną na wozku to wysoko postawiona poprzeczka. pax

      • A ja w to wierzę. Spotkał miłość, przeżył z nią wiele chwil, ale nadal cierpiał każdego dnia, że nigdy nie odzyska dawnego życia i zawsze będzie potrzebować kogoś, kto by mu pomagał.
        Fakt, byłaby to jego ukochana, ale tu by dochodziły wyrzuty sumienia, że ją ogranicza, że nawet jeśli ona będzie z własnej woli przy nim, to straci to, co życie jej oferuje. Chciał, żeby uczyła się, zwiedzała bez takiego "ciężaru" za jakiego siebie uważał. Dlatego nie zmienił decyzji. I chociaż początkowo mi też było żal, że podjął taką decyzję, doszłam do wniosku, że prawdopodobnie na jego miejscu zrobiłabym to samo.

        Aczkolwiek, jak mnie życie nauczyło, nigdy nie możemy być pewni, co zrobilibyśmy na czyimś miejscu, dopóki sami się tam nie znajdziemy :)

        • UWAGA UWAGA UPRZEDZAM ŻE MÓJ POST BĘDZIE ZAWIERAŁ SPOILERY, JEŻELI CZYTAJĄC TEN WĄTEK JAKIMŚ CUDEM JESZCZE NIE WIECIE JAK FILM SIĘ SKOŃCZY, TO NIE CZYTAJCIE TEGO, CO ZA CHWILĘ NAPISZĘ.



          Jeśli o tym mowa, to osobiście doskonale rozumiem że Will nie chciał żyć, ja na jego miejscu też pewnie bym nie chciała. Z drugiej strony jednak śmierć jest tak przeraźliwie ostateczna i... prędzej czy później i tak nas czeka. Powtarzam: nie wiem, jak bym się czuła będąc na jego miejscu, ale w konfrontacji z miłością, myślę, że dałabym jej szansę. Umrzeć można zawsze. To przecież nie jest tak, że jakiś termin mu przepadł. Nie chcę, żeby to zabrzmiało materialistycznie, ale przy środkach finansowych, jakimi dysponował Will, też ciężko mówić o blokowaniu rozwoju Lou. To on właśnie jej ten rozwój umożliwił. Jego zainteresowania były inspiracją, a pieniądze środkiem umożliwiającym realizację większości planów. Podejrzewam, że mimo bolesnych wspomnień o utraconym życiu, pokusiłabym się o próbę przedefiniowania tego na nowo, podzielenia się swoim światem z ukochaną osobą. Skoro, jak napisał Will w liście, patrzenie jak Lou rozwija skrzydła dawało mu satysfakcję, powinien chcieć patrzeć na to nadal. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.

          • zgadzam sie w 100%

          • NO TEŻ SPOILER XD

            Ja od dawna mówię, że gdybym była roślinką, to walczyłabym o to, żeby poddać się eutanazji. Co to za życie, skoro wcześniej doświadczyło się "normalnego"? Jego życie przed wypadkiem było bajką, a po stało się horrorem dla niego samego. A Lou po prostu pozwoliła mu cieszyć się w jakiś sposób tym życiem PO. Ale on obrał swoją ścieżkę i o ile mu się nie dziwię, to nastawiłam się na inne zakończenie, przez co się popłakałam w kinie.

            • Moim zdaniem Will wcale nie był rośliną. Tak nie można określić człowieka, z którym jest pełen kontakt, nazwijmy to, umysłowy. Ale mniejsza z tym. Życie ze świadomością jak wiele się straciło musi być okropne i dlatego nie odważyłabym się potępiać decyzji Willa. Tak czy inaczej jednak, tu pojawiły się nowe okoliczności: miłość, której ja osobiście dałabym szansę. Bo umrzeć można zawsze, a życie jest jedno i nigdy nie wiadomo, co ono przyniesie. Ale tak myślę teraz, kiedy jestem sprawna fizycznie i nikt mnie nie kocha ;)

              • Podłączam się pod wątek, bo po obejrzeniu filmu szukam innych komentarzy jak tylko "coś do pośmiania i popłakania". Zgadzam się, że człowiek nie może odnieść się do sytuacji jeśli się w niej nie znajdzie - no można, czysto teoretycznie. Ale abstrahując od rozterek bohaterów - czy nie wydaje się Wam, że sprzedano nam w tym filmie ideologię z którą można się zgadzać lub nie pod warunkiem, że się ją w ogóle zaobserwowało. Większość ludzi na forach nie widzi tego tematu. A co byście powiedzieli gdyby na końcu Lou albo dajmy na to ojciec Willa akceptując jego wybór na jego prośbę udusił go poduszką? Zakończenie byłoby w zasadzie takie samo, ale czy ktoś mógłby napisać w komentarzu "wspaniała historia, polecam"???

                • Zgadzam się.

                • Dobra, napiszę coś więcej, bo ostatnio cały czas o tym myślę - ten film nie daje mi spokoju... Myślę, że wiem, co chcesz powiedzieć, pisząc o ideologii. Też to widzę i też mnie to przeraża. I o ile nie mam odwagi nikogo potępiać za jego wybory i potrafię sobie wyobrazić że w takiej sytuacji każdy miałby dość, o tyle nie wyobrażam sobie siebie podejmującej taką decyzję. I nie chodzi o to, że kurczowo trzymałabym się życia, które straciło swoją wartość, bo nic już nie mogłabym sama zrobić, ale o to, że nie jest moją rolą, stawiać się na miejscu Boga. A poza tym to jest takie przeraźliwie smutne - odrzucić miłość. Spójrzmy na to z tej strony. Will i jego niepełnosprawność to jedno, ale w tym wszystkim jest jeszcze dziewczyna. Zakochuje się w facecie, wie, że on ją kocha, praktycznie to on doprowadza ją do zerwania z chłopakiem (no bo przecież, gdyby nie obecność Willa na urodzinach Lou, gdyby nie tekst o "myciu gąbką" i inne aluzje w kierunku Patricka, a do tego perfekcyjnie trafiony prezent dla Lou, z którego cieszyła się dużo bardziej niż z tego od chłopaka, Patrickowi nie przyszłoby do głowy, żeby być zazdrosnym), a potem mówi - nie dosłownie, ale jednak mówi - "nie wystarczysz mi", "Twoja miłość to za mało", "miałem w życiu rzeczy cenniejsze od Ciebie". A kiedy Lou mówi, że nigdy go nie zostawi, on wbija jej kolejną szpilę (ale mu wolno, przecież to on tu jest chory i nieszczęśliwy), mówiąc między wierszami "nie wiesz co czujesz, za chwilę będziesz mieć mnie dość i odejdziesz, Twoja miłość może wcale nie być prawdziwa, a ja nie chcę tu być, żeby się o tym przekonać". To jest z jego strony podłe i egoistyczne i trzeba to nazwać po imieniu. Ten film jakkolwiek świetnie zagrany i aż do zakończenia, bardzo przyjemny w odbiorze, przekazuje komunikaty, których nie powinno się promować. Chociażby "miłość nie ma znaczenia, bo jak jesteś chory, i tak będziesz nieszczęśliwy", albo "możesz być super sprawny, albo martwy - a wszystko co pośrednie uwłacza Twojej godności". - Mogłabym produkować takie teksty godzinami. No i po prostu się z nimi nie zgadzam!

                • Mnie już trochę przeszło, ale trzeba przyznać, że film jest mocny i zapada w pamięć. Pewnie o to chodziło. Też myślałem o tym przez kilka dni czytając co piszą ludzie i jakie mają odczucia. w recenzji bartez13_17 tu na filmweb znalazłem takie zdanie: "Czasem jedyne, co możemy zrobić, to pogodzić się z tokiem wydarzeń, zaakceptować czyjś wybór, mimo iż w głębi duszy go potępiamy i odrzucamy z całego serca...." Pozwoliło mi to trochę odejść od własnego spojrzenia na film. To co piszesz o tym jak Will potraktował uczucia Lou jest dla mnie ciekawe, bo z jednej strony masz całkowitą rację i trudno się z tym nie zgodzić a z drugiej strony pierwsza moja refleksja (jako faceta) po filmie na podobne uczucia wyrażane przez moją żonę była myśl "tak właśnie kochają faceci" . To miłość można powiedzieć dość egoistyczna, desperacka, oparta na przekonaniu, że "wiesz" co będzie najlepsze dla tej drugiej osoby i nie bierzesz jej zdania/uczuć pod uwagę. Patrząc z tego punktu widzenia mogę usprawiedliwić Willa, uważa się za niezdatnego do życia, niezdatnego do dania szczęścia drugiej osobie, więc daje wszystko co może dać. Piękne chwile, oderwanie od codzienności, rozbudzenie zapomnianych marzeń, zabezpieczenie finansowe i wolność, wolność również od siebie. Ma świadomość, że ta ostatnia będzie boleć ale i tak uważa że ma rację i warto tak postąpić. Tyle w kwestii usprawiedliwienia scenariusza. Dla mnie co innego stanowiło problem. Oprócz jednej sceny gdzie Lou nazwała Willa egoistą i drugiej gdzie jej matka powiedziała, że ma się w to nie mieszać bo to morderstwo, cała sprawa jest podana jako coś nieuchronnego, z czym trzeba się pogodzić 'ludzie się nie zmieniają" mówi ojciec Lou. Siostra mówi, że jakoś to z matką załatwi, rodzice towarzyszą synowi w ostatnich chwilach, terapeuta mówi, że nie ma dla niego nadziei na powrót do lepszej formy i na kocu Lou w Paryżu czyta list (w zasadzie miłosny) rozpoczynając nową, szczęśliwą drogę życia. Dlatego piszę, że ktoś sprzedaje ideologię. Tak jak gdzieś tu na forum jeden z użytkowników pisze myśląc o innym przekazie czyli miłości do niepełnosprawnego chłopaka "takie filmy powinny powstawać, żeby ludzie wiedzieli że tak można". No właśnie... Jeśli się nad tym nie zastanawiać głębiej, tylko zostać na poziomie emocji, to w głowach pozostanie nam obraz, że tak można. Po prostu można wybrać własną śmierć na przekór wszystkiemu. Zamiast na przekór wszystkiem żyć i kochać.

                • "Tak kochają faceci..." może tak - nie wiem, nie jestem facetem. I jakoś jeszcze nie miałam do czynienia z miłością, więc się nie znam. Ale jako kobieta w słowach Willa słyszałam dokładnie to, co napisałam w poprzednim poście. Dlatego Lou właśnie w tym momencie na plaży nazwała go egoistą. Bo usłyszała to samo, co ja ;). Ale zastanawiając się nad tym dalej, to nadal twierdzę, że ze strony Willa to był bardziej egoizm. Zauważ, że o swojej decyzji mówi głównie przez pryzmat tego, co stracił. Owszem mówi, że chciałby, aby Lou była z kimś, kto da jej to wszystko, czego on nie może, ale za tym jednym zdaniem kryje się kilka innych. Po pierwsze Will mówi, że życie z Lou byłoby dobrym życiem, ale nie byłoby jego życiem. Potem wylicza rzeczy które utracił, by zaznaczyć, że nie chce żyć bez nich, że skoro nie może doświadczyć tego, co kochał, to nie chce już doświadczać niczego. A poza tym zastanawiam się, (skoro kochał Lou, ale nie zamierzał zostać, by żyć i kochać ją nadal), dlaczego świadomie wzbudził zazdrość w Patricku? Ja wiem, że Lou pewnie i tak by się z nim rozstała, ale jednak... Nie wiem ile w tym miłości, a ile egoizmu.

                • Mnie już przeszły emocje, ale cieszę się, że można podyskutować i zobaczyć ten film przez pryzmat spojrzenia "innymi oczami". Film sprzyja wplątaniu się w rozważania więc jeśli pozwolisz podtrzymam wątek "..tak kochają faceci". I spróbuję być adwokatem Willa. I chociaż zgadzam się, że w filmie ten egoizm Willa i myślenie tylko o swoich odczuciach i utraconych szansach daje się wyraźnie odczuć to cały czas można to próbować interpretować i "bronić". Spróbujmy spojrzeć z takiej perspektywy: Will zauważa w pewnym momencie, że życie Lou nie jest takie jak mogłoby być, jest monotonne, smutne, mówi wręcz że jest bardziej beznadziejne czy też nudne niż jego.
                  Zmieńmy trochę scenerię :). Patrick, Lou i Will wypadli z samolotu. Will bez spadochronu (dla niego tak wygląda życie, w zasadzie czeka aż się skończy), spadochron Lou się nie otworzył a Patrick ma spadochron trochę nawet za mały na jego wagę a już na pewno nie dla dwojga. Szansa jest taka, że uda się otworzyć spadochron Lou. Patricka trzeba odciąć, jakoś sobie poradzi, ale na pewno nie uratuje Lou. Jeśli uda się im otworzyć ten jeden spadochron to może będą mogli na nim wylądować oboje. Niebezpieczeństwo jest takie, że się to nie uda i oboje się połamią (w najlepszym wypadku w najgorszym zginą). Will otwiera jej spadochron i decyduje (sam nie pytając jej o zdanie, kierując się tylko swoim męskim, "egoistycznym" myśleniem) nie skorzystać z możliwości uratowania siebie. Żałuje, że nie ma własnego spadochronu, gdyby miał chciałby z nią wylądować ale skoro nie ma nie chce by ona ratowała go własnym kosztem. No i tu pytanie ile w tym egoizmu a ile miłości? Nie próbuję tu usprawiedliwiać przesłania filmu, które wydaje mi się nie do przyjęcia. Cały czas uważam film za ideologiczny i gdyby dać mu tytuł "Prawo do śmierci" nie uważałbym go za manipulację. Tyle tylko, że pewnie bym go nie obejrzał :)

                • Nie wiem kim jesteś z zawodu, ale dobrze Ci idzie bycie adwokatem ;) To nie jest tak, że ja nie doceniam tego, co Will dał Lou, bo ja to widzę - otworzył jej oczy na świat i dał środki by czerpać z niego pełnymi garściami. Jasne. Tylko że jednocześnie kazał jej to robić w pojedynkę. A świat wcale nie cieszy, jeśli się odkrywa go w samotności. Wiem coś o tym, bo idę przez niego sama przez całe życie. Moja perspektywa jest perspektywą niekochanej kobiety. I choć mogę się ustawiać w innych wyimaginowanych rolach, to ta jedna przebija wszystko. Dlatego tak mnie wkurza jeśli ktoś rezygnuje z miłości.

                • własnie tak ! ile tu egoizmu a ile miłości , ale ile osób tyle punktów widzenia

                • Zastanawia mnie skąd założenie, że Will kochał Lou? Debatujecie o tym, jak to jest możliwe, żeby kochać kogoś i świadomie go porzucić, ale przecież jego uczucia do niej to jedynie domysły widza. Trudno oceniać decyzje człowieka, którego życie wyglądało jak bajka, która nagle przerodziła się w koszmar. Być może jestem idealistką (a mamy przecież do czynienia z wytworem ludzkiej wyobraźni, nie historią opartą na faktach), ale wydaje mi się, że człowiek, który kocha, nie ucieka się do takich rozwiązań. Samobójstwo zazwyczaj jest czynem zrodzonym z egoizmu, ale jeśli nie żywił do niej uczuć to trudno, żeby kwestionować słuszność jego decyzji tylko dlatego, że Lou bardzo chciała, żeby żył. Może ona była dla niego tylko substytutem kobiet, które znał wcześniej, a jego życie stało się (smutnym) substytutem życia, które niegdyś prowadził. Jej emocje również mogły wynikać jedynie z faktu, że wiedziała co planuje i chciała za wszelką cenę nadać jego życiu sens. Może odrobinę naciągane, ale to, że ludzie się całują i lubią spędzać ze sobą czas to jeszcze nie oznacza, że żywią do siebie jakieś gorące uczucia i są gotowi na wywracanie swojego życia do góry nogami dla tejże osoby:)

                  Jeśli chodzi o Patricka, bardzo dobrze, że Will odciął mu linki od spadochronu;)

                • Wiecie, ja czytałam książke i był tam np. wątek osób z forum dla niepełnosprawnych, więc kilka różnych punktów widzenia. Był człowiek który do Luisy pisał, że sam się nad śmiercią zastanawiał ale znalazł sens życia, jednak każdy jest inny. Ona może spróbować go przekonać, pokazac inny świat, ale decyzja należy do niego. I on był egoista, ok, ale ona nie byłaby egoistką próbując na siłę trzymać go przy życiu mimo bólu i dyskomfortu? Etyka jest niejednoznaczna i wszystkie tego typu tematy są trudne.

                • Bardzo ciekawe spostrzeżenia i w pewnych momentach trochę tak to wyglądało...

                • Trochę czasu już upłynęło, ale nie mogę się powstrzymać, żeby odpowiedzieć. Myślę, że Will wykorzystywał te pół roku na przywrócenie również Lou do życia. Ta dwójka przez te pół roku walczyła o tę drugą połówkę w wielkiej konspiracji. On walczył o nią, a ona o niego. Lou była sprawna fizycznie, ale ograniczona umysłowo ( mam na myśli jej zobowiązania wobec rodziny i chłopaka i jej obawy o swoją wartość, jej uśpiony intelekt), była jego odwrotnością... on miał wolny umysł, ale skrępowane ciało. Will burzył jej bariery i rozwiązywał więzy, które nie pozwalały rozwinąć jej skrzydeł. Pozbywał się Patricka dla dobra Lou. Ona go nie kochała, przecież nic ich nie łączyło za wyjątkiem przyzwyczajenia. Myślę,że ją gubiło w życiu poczucie,że jest coś komuś winna. I to dlatego te przytyki Willa do Patricka. Chciał poruszyć lawinę zmian. Nie zgadzam się z końcówką, ale to jednak ma gorzki co prawda, ale sens ma, bo skoro zwrócił jej wolność od tego, co ją wzbraniało przed spełnianiem marzeń, to nie mógł przecież jej uwiązać sobą. jak to mówią z deszczu pod rynnę. I tu nie pasuje mi łatka egoisty. przez cały film o nią dbał, tak jak mógł, robił wszystko by jej było dobrze. tylko on ja słuchał i zapamiętywał małe szczegóły, choćby te rajtuzy w paski. on zrezygnował z siebie, bo ją za bardzo kochał i nie chciał by dalej w życiu coś ją ograniczało.

                • I jeszcze o tej śmierci... Tak jak już wielokrotnie wspominałam, wydaje mi się, że rozumiem chęć rozstania się z życiem. Już niezależnie od okoliczności, które takie chęci mogłyby wzbudzić. Ale nie sądzę, by człowiek był w stanie podjąć w tej kwestii racjonalną decyzję. Samobójstwo to zawsze ucieczka. Od bólu, cierpienia, odpowiedzialności. Tylko jak się już raz ucieknie - nie da się wrócić. Nie da się wtedy zmienić zdania. Jako osoba wierząca, jestem głęboko przekonana, że człowiek nie powinien decydować o śmierci - nawet własnej - bo to jest rzecz tak ostateczna, że jej nie pojmujemy w całej pełni. Rozumiem, że dla kogoś niewierzącego to nie jest argument - dlatego nie mam odwagi potępiać nikogo za taki wybór, ale dla mnie to właśnie jest koronny argument. Bóg dał mi to życie, choć się o nie nie prosiłam i moje życie trwa, choć nie wygląda tak jakbym chciała. Doświadczam cierpienia, większego lub mniejszego, bo w każde życie jest ono wpisane - nie da się porównać jednego z drugim, ani przelicytować kto ma gorzej i też nie o to chodzi. Nigdy jednak nie wiadomo co czeka nas jutro. Czy Will wiedział, że w ciągu 6 miesięcy podarowanych rodzicom się zakocha? Pewnie nie. A jednak. I to było dobre doświadczenie. A ten film mówi nam; to nieważne, to co najwyżej krótki epizod. Nie ma sensu zmagać się z życiem i cierpieniem, jeśli można bezboleśnie uciec. Świat zapomina o tym, że o najcenniejsze rzeczy trzeba zawalczyć, że to, co jest łatwe nie ma wartości, a przynajmniej mamy tendencję do jej umniejszania. Bo jak mogę mieć coś za darmo, to pewnie nie jest to ważne. Życie wymaga wysiłku i miłość wymaga wysiłku. Ale ten wysiłek w ostatecznym rozrachunku się opłaca.

                • Tu już nie kuszę się o żadną dyskusję. Całkowicie się zgadzam. I tak jak pisałem wcześniej, niebezpieczeństwo jest takie, że jeśli nie che się człowiekowi nad tym zastanowić to film podpowiada takie rozwiązanie i w zasadzie nie pozwala się nawet widzowi sprzeciwić. Specjalnie przeglądałem fora i opinie. Niewiele jest komentarzy czy nawet recenzji, które poruszają w tym filmie problem śmierci głównego bohatera. Jeśli już to w kontekście czy to dobrze, że takie smutne zakończenie takiego pięknego filmu. Wątek wiary i życia jako daru od Boga, walki o miłość, czy walki w kontekście egoizm kontra miłość jakoś nie za bardzo wpadł mi w oczy. A tak na koniec, zastanawiam się czy nie warto zobaczyć tego filmu jeszcze raz. Za pierwszym razem nie byłem na niego przygotowany :)

                • Ogólnie chciałam jeszcze dorzucić ze swojej strony nurtującą mnie kwestię. Will nie chciał żyć, bo to nie było takie życie jakie chciał wieść. Z tym, że z innym życiem nie poznałby Lou! Gdyby nie wypadek zapewne nigdy by jej nie spotkał, ożenił by się ze swoją byłą dziewczyną albo z inną z wyższych sfer. Na weselu Lou mu to wypomniała i przyznał jej rację. Nie zwróciłby na nią uwagi, wtedy też dodał, że wcześniej był dupkiem. Dlatego najbardziej kłuje mnie w oczy fakt, że kochał ją ale mimo wszystko chciałby cofnąć czas (nigdy tego nie powiedział, ale myślę, że nie będzie to nadinterpretacja). Dlatego moim zdaniem tak naprawdę Will nie kochał Lou tak mocno jak ona jego. Dla niej Will był miłością życia, była gotowa zrobić wszystko dla niego. A on żywił do niej uczucia, nie przeczę, ale nie na tyle silne by stała się dla niego najważniejsza. Tak naprawdę to on motywował Lou do zmian w jej życiu, ona sama nie czuła takiej potrzeby i argument, że by ją blokował, w ogóle do mnie nie przemawia.

                • może rzeczywiście Will prawdziwie jej nie kochał. Samotność i tzw. ciemna noc duszy to miejsce, w którym bardzo ciężko rozpoznać własne uczucia względem kogoś, kto daje nam to czego potrzebujemy, czego byliśmy bardzo spragnieni. W takiej sytuacji uczucia mogą się pojawić bardzo szybko, zwłaszcza kiedy trafiamy na kogoś nietuzinkowego w naszych oczach. Jedynie czas mógłby to zweryfikować, a codzienność często weryfikuje bajki. Podobnie jest z Lou, poznała ciekawego faceta, ale pytanie czy jego niepełnosprawność, chęć zakończenia swojego życia nie podkręciła jej uczuć. Dodatkowo fakt, że nie była w zbytnio udanym związku, też jest ważnym czynnikiem. Uczucia potrafią nam niezłe arcydzieło namalować, potem jednak rzeczywistość włazi z brudnymi buciorami. Bardzo ciekawy przypadek. Bittersweet love... kusi swą mocą, potencjałem. Rozumiem Willa, nie móc dotknąć swej ukochanej... szalenie ciężkie. Rozumiem, że chciał skończyć mając piękne wspomnienia i aby ona również takie miała. Bez frustracji dnia codziennego, bez tego czego jej dać nie może, a co na pewno by sobie wyrzucał i mógłby to na niej wyładowywać. Choć szczerze mówiąc dawał jej więcej niż niektórzy w ogóle w swoim życiu uświadczą. Brakowało mi w tym filmie tzw. czystej brudnej prawdy. Kilka miesięcy w zasadzie sielankowo, bez pełni opieki jakiej wymaga niepełnosprawny. Romantyczne zakończenie, słodko gorzkie. Jednakże jedno jest pewne trzeba pozwolić ludziom odejść, trzeba dać im prawo do decydowania o sobie samym, prawo do korzystania z własnego sumienia, swojego systemu wartości, moralności. Jakkolwiek nie piękne są uczucia względem drugiego człowieka, za niego życia nie przeżyjemy, więc dajmy mu prawo wyboru. Nie jesteśmy jedynie dzieckiem, partnerem, przyjacielem, jesteśmy przede wszystkim sobą. Ludzie chcą dla nas wiele dobrego, ale ostatecznie zostajemy sami pośród czterech ścian, pośród ciszy, z samym sobą. Nikt nam szczęścia nie da, jeśli w sobie go nie mamy. Podobnie jest z miłością, nikt nie wypełni pustki, nie da się komuś dać miłości, jeśli samemu sobie jej nie dajemy, jeśli w sobie jej nie mamy. W tej sytuacji nazwanie śmierci ucieczką wydaje mi się jednak uproszczeniem,jest to wybór w pełni świadomej jednostki, jakkolwiek ciężkie by to nie było. Chociaż nie wiem czy nie chciałabym zobaczyć jak próbują, podejmują to wyzwanie. Film podejmuje temat eutanazji i pokazuje inną stronę medalu i dobrze bo przecież są dwie, zmusza do myślenia tych, którzy chcą. Zawsze tak będzie, że część zapląta się w myślach a reszta nawet tematu nie zauważy i nie ma co za to zwalać winy na film, ekipę, książkę czy scenariusz. Pozdrawiam :)

                • Pięknie to ujęłaś i doprawiłaś psychologią życia. Bardzo się z Tobą zgadzam. Pozdrawiam

                • I dlatego film nie nazywa się "Zanim się pojawiłaś"... Tam był taki fragment, gdy ona powiedziała - "ale to było, zanim mnie poznałeś" - wtedy uświadomiłam sobie, że tytuł akcentuje coś wręcz przeciwnego - ta relacja była ważna dla nich dwojga, ale tylko dla Lou była przełomowa

                • Tego nie jestem w stanie zrozumieć nawet po lekturze książki, ponieważ najwiekszy horror w szwajcarii, to były słowa Willa "To było najlepsze sześć miesięcy mojego życia" - nie rozumiałam jak mógł to zrobić po powiedzeniu czegoś takiego.

                • niepełnosprawność to jedno ale on poza tym cierpiał - jesli dobrze zrozumiałam z filmu to często musiał znosić ból i to dosyć mocny skoro miał w codziennym grafiku tabletki , myslę że to tez zaważyło na jego decyzji

                • Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest móc ruszać tylko głową, trochę palcem i odczuwać każdego dnia ogromny ból, dlatego czuję, że nie potrafię się po prostu postawić w sytuacji Willa, bo to mnie przerasta - on jest postacią fikcyjną, ale tysiące innych osób już nie. Jesteś osobą wierzącą - polecam książkę "Szału nie ma, jest rak" - wywiad z ks. Kaczkowskim, daje nową perspektywę, mimo wiary i zdecydowanego oporu wewnętrznego przed odbieraniem życia sobie lub komuś. Pozdrawiam i gratuluję intrygującej dyskusji.

                • Nie ma czego gratulować. A książkę ks. Kaczkowskiego sobie niedawno zakupiłam ;)

                • Zgadzam się z Twoim tokiem myślenia, również jestem osobą wierzącą, ale kiedyś zastanawiałam się nad tym, gdybym np. miała zostać całkowicie sparaliżowana i to tak, że nie moglabym nawet mówić( nie wiem czy jest to możliwe, ale gdyby...) nie mogłabym w żaden sposób wyrazić swoich myśli, uczuć itd., nie wiem czy wtedy nadal twardo stałabym przy swoich przekonaniach... Wiadomo to są ciężkie tematy, każdy ma swoje przekonania, ale uważam, że tak naprawdę to sytuacje weryfikują silę tego w co tak zawsze uparcie wierzyliśmy i wydaje mi się, że nasze decyzje mogą być wtedy diametralnie różne...

                • Dlatego gdzieś napisałam, że nie mam odwagi potępiać bohatera za jego decyzję. Jednak w tym punkcie życia w jakim jestem, z takimi przekonaniami, jakie mam w tej chwili, ta decyzja wydaje mi się niewłaściwa. Więcej, uważam ją za nieodwracalny, najpoważniejszy z błędów, którego nie powinno się promować. Nie dywaguję tu jednak nad sytuacją poważniejszą niż ta, w której jest Will (czyli nad brakiem możliwości komunikacji ze światem), tylko nad dokładnie taką, w jakiej on jest (brak sprawności fizycznej, przy jednoczesnej pełnej sprawności umysłowej i możliwości porozumiewania się). Nie umiem w tej chwili ocenić decyzji bohatera w kontekście innych okoliczności niż te przedstawione w filmie, bo to byłaby już inna historia, decyzja inaczej umotywowana i zrealizowana. Uważam jednak (przez pryzmat mojej wiary i przekonań), że wszystko w życiu ma swój cel i, jak to ktoś kiedyś mądrze powiedział, "Pan Bóg skrzydełek mi nie dał, to fruwać nie każe". Czyli, że wszelkie doświadczenia, jeśli są naszym udziałem, są też dla nas możliwe do zniesienia i przeżycia. Nie muszą być łatwe. Są możliwe. W to wierzę i tego się trzymam. Pozdrawiam i życzę owocnych rozważań.

                • Przeczytałam dyskusję i Twoje wypowiedzi. Jesteś osobą - jak przypuszczam - młodą i - jak piszesz - wierzącą. Te dwa czynniki wypływające na Twój sposób myślenia długo powstrzymywały mnie przed zabraniem głosu. W końcu z cichego kącika mego wymiotło ;) mnie jedno Twoje sformułowanie - powtórzone zresztą, co najmniej dwukrotnie: "film... PROMUJE" , a to w wersji : "....przekazuje komunikaty, których nie powinno się promować. Chociażby "miłość nie ma znaczenia, bo jak jesteś chory, i tak będziesz nieszczęśliwy", albo "możesz być super sprawny, albo martwy - a wszystko co pośrednie uwłacza Twojej godności"", a to w wersji: ".... decyzja wydaje mi się niewłaściwa. Więcej, uważam ją za nieodwracalny, najpoważniejszy z błędów, którego nie powinno się promować. " Jak przeczytać można w różnych słownikach języka polskiego, wyrażenie "promować" ma kilka znaczeń, ale na pierwszym miejscu wskazywane jest następujące: "...działanie zmierzające do upowszechnienia, zwiększenia popularności jakiejś idei, przedsięwzięcia, produktu..". Jak widać - promowanie jest intencjonalne, a ja nie widzę żadnych intencjonalnych działań ze strony twórcy filmu zmierzających do przekonania widzów, że samobójstwo jest właściwym rozwiązaniem w sytuacji podobnej do sytuacji bohatera. Nie widzę też prób "wciskania" widzowi własnego (czyli reżysera) przekonania, że miłość dla osoby cierpiącej nic nie znaczy, czy -że tylko piekni, zdrowi i bogaci mogą się czuć wartościowi, spełnieni, reszta to "ludzki chłam". Jeśli miałabym już jakąś intencję przypisać rezyserowi, to byłaby ona nastepująca: drodzy widzowie, CHCĘ WAS NAKŁONIĆ do chwili REFLEKSJI nad ważnymi, a często tabuizowanymi ludzkimi problemami egzystancjalnymi, takimi jak: kalectwo i długotrwałe, nieznośne cierpienie a jakość/godność życia, problem całkowitej zależność chorego od innych i radzenia sobie z tą zależnością, problem prawa osób nieuleczalnie chorych do decydowania o własnym życiu i śmierci oraz czy istnieje i gdzie przebiega granica "leczniczego" wpływu miłości.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: