Anthony Hopkins czy Jack Nicholson - który aktor jest lepszy?

Moim zdaniem minimalnie lepszy jest Hopkins, ale tylko minimalnie. Obaj są genialni, według mnie dwaj najlepsi aktorzy na świecie.

1
  • raczej nicholson

  • Fakt, obaj dobrze grają, ale według mnie trochę lepiej Nicholson.

  • Ja lubie Nicholsona .

  • Tylko i wyłącznie The Mroczek Brothers. Chociaż akcje Tomka Karolaka stoją równie wysoko.

  • Hopkins bo nie jest żydem.

  • Nicholson.

  • Hopkins jest genialny a Nicholson totalnie przereklamowany. Całe życie gra w każdym filmie tę samą rolę tym samym zestawem grymasów. Gra tę rolę genialnie, ale to ciągle ta sama rola.

    Zanim mnie zbluzgacie, przypomnijcie sobie (lub obejrzyjcie zwiastun) "Remains of the Day". I spróbujcie sobie wyobrazić Nicholsona w tej roli. Ale nie jako psychopatycznego kamerdynera, który wieczorami w zaciszu swojego pokoju gwałci małe kotki, tylko jako takiego, którego gra Hopkins. Powodzenia.

    • A wyobraź sobie Siemiona w roli Kmicica - prawda, że trudno? Ale czy to dowód, że Simion był gorszym aktorem od Olbrychskiego? Nie prawda, był lepszym; po prostu nie nadawał się do roli Kmicica.
      A czy Nicholson przereklamowany? Czy tacy twórcy jak Forman albo Kubrick przy obsadzaniu głównych ról kierowali się reklamą?
      Są dwa typy aktorstwa - jeden, który może zagrać wszystko i drugi, który zawsze gra siebie; przy czym ten drugi wcale nie musi być gorszy od pierwszego; może być tak bogaty wewnętrznie, że grając siebie udźwignie każdą rolę.
      Nicholson po prostu zawsze jest sobą i oczywiście nie do każdej roli się nadaje.
      A który lepszy? Nie wiem, jak Wy to mierzycie; ja mogę tylko odpowiedzieć, kogo bardziej lubię; lubię Nicholsona, z powodu specyficznej charyzmy.
      (na teksty antysemickie lepiej nie odpowiadać, bo można zostać oplutym ;) Pozdrawiam.

      • "A wyobraź sobie Siemiona w roli Kmicica - prawda, że trudno? Ale czy to dowód, że Simion był gorszym aktorem od Olbrychskiego? Nie prawda, był lepszym; po prostu nie nadawał się do roli Kmicica. "

        No i tu się właśnie nie zgodzę. Genialny aktor potrafi przejść wszelkie wyobrażenia. Wyobraź sobie brzydkiego kurdupla rasy białej w roli amanta, Indianina, seksownej kobiety, charyzmatycznego wojskowego, autystyka, drobnego cwaniaczka. Poznaj Dustina Hoffmana.
        A skoro przywołałeś Potop - wyobraź sobie "hipsterskiego" intelektualistę z "Niewinnych czarodziejów" w roli Wołodyjowskiego. Ups...

        Jest takie powiedzenie, że genialny aktor potrafiłby zagrać nogę od stołu. Noga grana przez Nicholsona miałaby uniesione szyderczo brwi, szatański uśmieszek i miotała by się po całym pokoju.

        "A czy Nicholson przereklamowany? Czy tacy twórcy jak Forman albo Kubrick przy obsadzaniu głównych ról kierowali się reklamą? "

        Nie nie, przereklamowany w tym sensie, że jego aktorskie umiejętności nie są tak duże jak się powszechnie uważa.

        "Są dwa typy aktorstwa [...] Nicholson po prostu zawsze jest sobą i oczywiście nie do każdej roli się nadaje.
        A który lepszy? "

        No właśnie wg. mnie to aktorstwo "grania siebie" jest jednak takim mniej zdolnym bliźniakiem. Dokładnie z tego powodu. Powtórzę - Nicholson gra tego "siebie" GE-NIAL-NIE - tylko idiota mógłby zaprzeczyć. Rola np. w "Lśnieniu" czy "Locie nad..." to kreacje oscarowe, niezapomniane. Ale to jednak granie ciągle takie samo. Więc dla mnie aktor potrafiący zagrać nogę od stołu będzie miał z automatu +50 pkt do charyzmy z powodu tego opadu szczęki, który zaliczam, gdy widzę jak się znowu przeistoczył w kogoś zupełnie innego.

        Nie widzę nic dziwnego w tym, że głównych bohaterów "Lśnienia" i "Lotu" gra ta sama osoba. Ale że ta sama osoba gra Lectera, kamerdynera z "Okruchów dnia", kogoś tam w ekranizacji komiksów Marvela, jakiegoś konstruktora motocykli próbującego bić rekord prędkości, ekscentrycznego doktora z "The Road to Wellville" - ****pffffff**** - mózg eksploduje.

        "lepiej nie odpowiadać, bo można zostać oplutym" - no wiem, że nie powinno się karmić trolli i zwykle tego nie robię, ale tu często nie mogę się powstrzymać, bo to takie śmieszne w naszym rozmodlonym katolickim kraju, którego królową jest Żydówka. Nie mogę sobie odmówić, żeby czasem ich nie pocisnąć. A plucie akurat po mnie spływa.

        • Oczywiście masz prawo do poglądu, że uniwersalność i szerokie emploi to ileś punktów z automatu;
          można również uważać, że multiinstrumentalista jest z automatu kimś więcej od zaledwie wirtuoza skrzypiec, a dziesięcioboista to gość lepszy od takiego, co biegnie tylko do przodu i to zaledwie 100 metrów. Możesz mi wierzyć, że wszystkich, których przywołałeś cenię równie wysoko, ale u mnie to zawsze będzie ocena subiektywna; ustalanie reguł to ta kartka, którą nauczyciel kazał wyrwać uczniom z podręcznika w "Stowarzyszeniu umarłych poetów". Jeśli do nieskończoności dodamy 50 punktów, to będzie dalej tylko niskończoność; sztuka aktorska jak zresztą każda jest niewymierna, a na poziomie topowym - nieporównywalna; bo poziom topowy to przede wszystkim unikatowość osoby.
          Był taki aktor, który pewnie nie zagrałby tak rozmaitych ról jak Hoffman; raczej grał sobą, ale kiedy pojawiał się na ekranie, przykrywał wszystkich innych; mógł nawet nic nie robić, siedzieć tylko nieruchomo, a i tak zawłaszczał kadr; i nie wiadomo dlaczego, taki fenomem ...
          Zgadniesz, kogo ma na myśli?

          • Pewnie chodzi o Marlona Brando? o nim słyszałam, że zawłaszczał kadr

            • Tak, masz rację, wyciągnęłaś mi dżokera z rękawa. Bo cały ten wątek trochę przypomina mi serię wykładów "O wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia" które prowadził satyryk Jan Tadeusz Stanisławski; ale z tej dyskusji wyłania się inny Stanisławski, Rosjanin imieniem Konstanty, twórca szkoły, która stała się podstawą współczesnego aktorstwa. Jednym z jej założeń jest to, że aktor w dużym stopniu improwizuje wspierając się własnymi doświadczeniami i wspomnieniami. Nie każdy reżyser to toleruje, np Kieślowski a także Jan Jakub Kolski wymagali od aktora niemal zupełnego posłuszeństwa. Fakt, że jedną i drugą drogą powstają filmy wybitne. Powyżej padło zdanie, że granie siebie, jest tym mniej zdolnym bliźniakiem, a tu własnie Marlon Brando, który poszedł drogą Stanisławskiego, miał mi przyjść z odsieczą ;)
              Ale z wątku robi się już zupełny offtop, może trzeba będzie założyć nowy? Tylko kto w to wejdzie? Komu będzie się chciało dyskutować merytorycznie bez skakania sobie do oczu?

  • Zaskakujące, że się w ogóle porównuje tych dwóch aktorów. Nicholson to aktor Hollywoodzki, rozrywkowy a Hopkins to aktorska Liga Mistrzów. Najlepsza jego rola zresztą uważam, że najlepsza rola w świecie kina to rola Andronikusa z filmu "Titus": http://www.filmweb.pl/film/Tytus+Andronikus-1999-1422

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: