Darek Arest

Kalkulator mocy

Bez komentarza
/fwm/article/Kalkulator+mocy-126146
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Dziewczyny+z+kolejnego+odcinka-122763

Dziewczyny z kolejnego odcinka

W NASTĘPNYM ODCINKUPodziel się

Czym "Dziewczyny" podzieliły się z nami? Jak zmieniły telewizję? Czy można mówić o ich dziedzictwie i postdziewczyńskich serialach?

Seriale to literatura epicka naszych czasów. Podczas gdy kino często zatrzymuje się w pół kroku, one idą coraz dalej i wciąż przesuwają granicę tego, co w głównym nurcie dozwolone. Bywa, że sami boimy się tego, co czeka na nas w następnym odcinku.

***

"To ostatnia szansa, żeby to wszystko ogarnąć. Prawie" – oto, co zapowiadał ostatni, szósty sezon serialu "Dziewczyny" (od lutego w stacji HBO). Ale właściwie co? Lista spraw do ogarnięcia jak była, tak jest długa: ogarnąć samą siebie, przyjaźń, miłość, seks, facetów, kobiety, społeczeństwo, patriarchat, feminizm... I jeszcze parę spraw, ale wszystkie tylko "prawie", bo Lena Dunham właściwie nigdy nie starała się ferować żadnych wyroków na temat czegokolwiek. Ona sama (dziś lat 31) wciąż w sumie jest dziewczyną, a jej serial wciąż jest o dziewczynach – a te, jak wiadomo, jeszcze nie mają odpowiedzi na wszystko. Popełniają mnóstwo błędów i nie zawsze się na nich uczą, ale są otwarte na nowe doświadczenia. I przede wszystkim – chętnie dzielą się nimi z innymi dziewczynami. Czym "Dziewczyny" podzieliły się z nami? Jak zmieniły telewizję? Czy można mówić o ich dziedzictwie i postdziewczyńskich serialach? W popkulturze, z jej natychmiastowością i wiecznym teraz – jak najbardziej można. A nawet trzeba.

Szósty sezon dopiero się skończył, więc darujmy sobie spoilery i wróćmy na chwilę do początku. W pierwszym odcinku serialu Hannah Horvath (Lena Dunham), jedna z czterech przyjaciółek, których losami dane nam było się ekscytować i wkurzać przez ostatnich pięć lat, mówi: "Czuję, że mogę być głosem mojego pokolenia. Albo przynajmniej jakiegoś pokolenia". Odważnie. Jeśli tak, to jakie to pokolenie? Na to pytanie Hannah udzieli odpowiedzi pięć lat później, w pierwszym odcinku ostatniego sezonu. Wraca w nim do zarzuconego (bo jak to się obrazowo mówi, życie ją poniosło) pisania i przyjmując zlecenie na tekst o obozie dla szukających wrażeń surferek mówi: "Świetnie się składa, idealnie wpisuję się w linię waszego magazynu. Nic mnie nie obchodzi, ale mam opinię na każdy temat". Nadal słychać w tym głosie odwagę, a nawet bezczelność. To prawda, głos Leny Dunham i ją samą można lubić albo nie, ale nie można odmówić jej pewności siebie. 

Zdarzało jej się przez to wpadać w tarapaty. Łatwiej chyba powiedzieć, o co jej samej i serialu nie oskarżano. Na przestrzeni 5 lat pojawiły się niezliczone zarzuty o epatowanie nagim ciałem i seksem. Lena odparowywała, że nie widzi ciał takich jak swoje na ekranie, więc czyni to w chwalebnym duchu body positivity. To afirmacja naturalnej cielesności i odrzucania "standardów" urody kreowanych przez media i reklamę. Co, nie ukrywajmy, oznacza po prostu, że na ekranie pojawi się ciało takie, jakie jest – z jego owłosieniem, cellulitem, nagimi piersiami i kroczem. Oprócz tego krytykowano nieobecność przedstawicieli różnych ras w jakby nie było nowojorskim (czytaj: wielokulturowym) świecie "Dziewczyn". Autorka, niezbyt zresztą przekonująco, odpowiadała, że jest liberalna i nie zwraca na rasę uwagi. To była jednak mocna lekcja pokory. Lena i inni twórcy serialu przeprosili, wyciągnęli wnioski i zaprosili do współpracy zróżnicowanych kulturowo i rasowo aktorów. Dziś ona sama mówi, że gdyby miała zacząć od początku, na pewno nie robiłaby serialu o czterech tylko i wyłącznie białych dziewczynach. Jak to się mówi, lesson learned.


Tytułowych dziewczyn nie da się sprowadzić do krótkiego opisu. Nie tylko zasadniczo różnią się między sobą, ale mają też o czym porozmawiać. Są mądre i głupie jednocześnie, raz wzbijają się na wyżyny ludzkiego ducha i siostrzeństwa, by po chwili popełnić durny, samolubny błąd.
Kaja Klimek
Za jedno natomiast Leny Dunham i jej serialu skrytykować nie można. To serial o kobietach i przez kobiety zrealizowany, wzorcowy przykład dobrych praktyk dla tych, którzy apelują o równość i reprezentację kobiet w świecie filmu i telewizji. W "Dziewczynach" jest tak i po tej, i po tamtej stronie ekranu. Sama Dunham jest autorką scenariusza, reżyserką i producentką, a w ekipie serialu pracuje z nią wiele kobiet. Poza tym wykreowane przez nią postacie Hanny, Jessy, Shoshanny i Marnie wymykają się wszelkim stereotypom i kliszom. To spełnienie marzeń wszystkich krytyczek filmowych (no dobrze, również krytyków filmowych) od lat wołających o bardziej zróżnicowane postacie kobiece. Tytułowych dziewczyn nie da się sprowadzić do krótkiego opisu. Nie tylko zasadniczo różnią się między sobą, ale mają też o czym porozmawiać (w myśl słynnego testu Bechdel ich tematy nie kończą się wyłącznie na facetach). Są mądre i głupie jednocześnie, raz wzbijają się na wyżyny ludzkiego ducha i siostrzeństwa, by po chwili popełnić durny, samolubny błąd. Ich przyjaźń nie jest jak pluszowy miś, targają nią konflikty, pojawiają się kryzysy i rozbraty, leje się żółć, hejt i łzy. Jak to w życiu. Ale kiedy przyjdzie co do czego, są razem i mogą na siebie liczyć. To akurat doskonała lekcja dla nas wszystkich. 

"W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, którym się udało, ale nie pomogły innym". Tym razem to nie słowa Hanny Horvath/Leny Dunham, lecz Madleine Albright, amerykańskiej dyplomatki, pierwszej w historii kobiety na stanowisku sekretarza stanu USA. Są przy okazji mottem życiowym Leslie Knope, głównej bohaterki komediowego serialu "Parks and Recreation" (2009-2015, 7 sezonów w stacji NBC) granej przez świetną aktorkę komediową Amy Poehler, przy okazji współautorkę scenariusza. Leslie to ambitna przedstawicielka lokalnych władz w małej mieścinie Pawnee. Kiedyś będzie jej dane (minispoiler!) spotkać swoją wielką idolkę i czegoś się od niej nauczyć. Oto jak wspaniale i budująco zaciera się granica między fikcją a rzeczywistością. I coś w tym jest, bo kiedy ogląda się seriale o kobietach zrealizowane w ostatnich latach przez kobiety, można mieć wrażenie, że coś je wszystkie łączy. Nie tylko w sensie tematycznym, ale również dosłownym: mamy nieodparte wrażenie, że ich twórczynie się znają, rozmawiają ze sobą i udzielają sobie rad. Nawet jeśli tak nie jest, na pewno oglądały te same seriale, w tym bez wątpienia "Dziewczyny". Intensywnie robiły przy tym notatki, by sprawdzić, o czym i o kim jeszcze nie opowiedziano, a potem to zrobić. 

W czym zatem twórczyniom i twórcom innych seriali w "dziewczyńskim" uniwersum pośrednio pomogła Lena Dunham? Czego nauczyły się na jej potknięciach? I przy okazji, po co możemy sięgnąć teraz, kiedy skończył się szósty sezon jej serialu, a w dziewczyńskich sercach i programie serialowym już zieje melancholijna luka?

Najważniejsze, co "Dziewczyny" przyniosły innym twórczyniom, to wolność i autonomia w tworzeniu własnych historii na własnych warunkach. Taką wcześniej mieli głównie mężczyźni, choćby komik i twórca seriali Louis C.K. Lista nowych "dziewczyńskich" seriali jest długa, ale na pewno muszą tu pojawić się trzy: "Broad City", "Niepewne" i "Fleabag". Podobne są ich pożyczone od seriali komediowych formaty, czyli odcinki trwające 20-kilka minut i około 10 odcinków w sezonie. Każdy z nich można by również (pochopnie!) zredukować do opisu "to takie "Dziewczyny", tylko że...", ale skupmy się lepiej na różnicach. 

"Broad City" (3 sezony na antenie Comedy Central) to serial Ilany Glazer i Abbi Jacobson. Tak bardzo ich, że bohaterki noszą te same imiona. I też są dwoma dziewczynami z Nowego Jorku, które borykają się z przeróżnymi problemami – od pustki w portfelu i braku satysfakcji w pracy przez własnych chłopaków po chłopaków swoich współlokatorek, którzy wyżerają im zapasy z lodówki (to tylko pierwszy odcinek!). Brzmi może podobnie, ale serial przetestowany najpierw na YouTubie, którego użytkownicy zawsze prawdę twórcom powiedzą, porusza te wątki z lekkością i poczuciem humoru. Do tego dochodzi większe kulturowe zróżnicowanie mieszkańców tej wersji Nowego Jorku. Takie czasy, że lepiej śmiejmy się, bo nie wiadomo, czy będziemy miały na czynsz za następne dwa tygodnie. 

Tymczasem na zachodnim wybrzeżu, w Los Angeles, przy dźwiękach wszechobecnego hip-hopu na scenę – również dosłownie – wchodzi Issa Rae. Jej serial "Niepewne" stacja HBO wyemitowała jesienią 2016. Ekranowej Issie niedługo stuknie trzydziestka, jest w stałym, ale niedoskonałym związku, pracuje w organizacji działającej na rzecz dzieciaków, gdzie musi mierzyć się z ciągłymi wyzwaniami, choć pokątnie marzy o karierze raperki... Trochę inne realia i trochę inne problemy, a do tego jedna zasadnicza różnica – kolor skóry. Zarówno Issa Rae, która pisze, reżyseruje oraz odtwarza główną rolę, jak i większość ważniejszych postaci w serialu to Afroamerykanie. Takiego głosu brakowało w serialowym uniwersum i chyba w ogóle w kulturze afroamerykańskiej ostatnich lat. Trudno zatem nie wspomnieć o tegorocznym laureacie Oscara dla najlepszego filmu – "Moonlight" Barry'ego Jenkinsa. Film ten w przepiękny sposób oddał głos czarnoskórym homoseksualistom. Issa Rae oddaje go młodym czarnym kobietom. Nareszcie.

Amerykańskie telewizja i/lub Netflix proponują tyle seriali, że momentami nie wiadomo, gdzie się podziać z radości. Dla przeciwwagi proponuję zatem brytyjski przykład – "Fleabag" (jesienią 2016 pokazany na BBC Three). Autorką serialu opartego na sztuce teatralnej i odtwórczynią głównej roli jest Phoebe Waller-Bridge. Życie jej bohaterki to czysty chaos, o czym mówi nam sama bezpośrednio do kamery, gdy nie przebierając w słowach dosadnie komentuje to, co ją spotyka. Ale "Fleabag" (po polsku coś między szmaciarą a żmiją; nigdy nie poznajemy jej imienia) nie jest bynajmniej ofiarą, lecz kobietą zjadliwą jak osa, odzianą w pancerz ironii i wściekłą właściwie na cały świat – i samą siebie. Znamy rzeszę niepogodzonych z życiem bohaterów, ale taka bohaterka to rzadki obraz na ekranie. Jej historia ma jednak drugie dno, za którego ujawnienie komukolwiek, kto serialu jeszcze nie widział, powinno się trafiać do zupełnie innego kręgu piekła, niż ten, o którym mówiła Madeleine Albright.


Te trzy seriale uzupełniają i kontynuują opowieść o dziewczynach tego świata, ale obok nich warto przynajmniej wspomnieć o jednym z wielu, które, choć nie opowiadają tylko o dziewczynach, mają w sobie coś z ducha "Dziewczyn". Chodzi o niezwykle oryginalny zeszłoroczny serial "Search party" (u nas jako "Tropiciele", HBO). Jego bohaterzy bez dwóch zdań mogliby być znajomymi Hanny Horvath i jej przyjaciółek: młodzi nowojorczycy w oryginalnych – no dobra, powiedzmy to szczerze: czasem dziwacznych – ciuchach i na kiepskich posadach. Dory (Alia Shawkat) i jej przyjaciele mają plany i ambicje, ale oczywiście tylko chwilowo tkwią w miejscu... Nie poprzestają jednak na wielogodzinnych posiadówach, rozmowach o związkach i o tym, co by było, gdyby (Hannah Horvath pod koniec ostatniego sezonu też nie poprzestaje, ale spuśćmy na to antyspoilerową zasłonę milczenia). Pogaduszki hipsterów to tylko jeden wątek, i to potraktowany zdecydowanie satyrycznie. Drugi – równie ważny – to wciągający thriller o ich zaginionej koleżance z college'u. Jeśli ten serial również wpisać w kategorię "to takie "Dziewczyny", tylko że o...", to bez wątpienia o dziewczynach i chłopakach, którzy mają konkretny cel i nie chcą już tylko, jak to się mówi, bujać się po mieście. Chcą coś sensownego zdziałać i nadać swojemu życiu znaczenie, a nie tylko "spróbować wszystko prawie ogarnąć", zanim ich ekranowy czas się skończy. Choć oczywiście z tym ogarnianiem bywa różnie, wiadomo.

Jaki zatem będzie świat po "Dziewczynach"? Zdecydowanie bogatszy, bardziej otwarty, zróżnicowany i wielogłosowy. Świetnie się składa, bo parafrazując Hannę Horvath, na zlecenia czeka mnóstwo nowych, fajnych scenarzystek, reżyserek i aktorek, które interesuje wszystko i na każdy temat mają opinię. Albo chociaż "prawie".
19