Marcin Stachowicz

Nekromanci z Hollywood

Hotspot
/fwm/article/Nekromanci+z+Hollywood-123824
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Gwiazdka+%C5%9Bmierci-121581

Gwiazdka śmierci

BEZ KOMENTARZAPodziel się

Czy gwiazdkowanie to przejaw demokratyzacji kultury czy kulturowe barbarzyństwo?

Bergman wygrywa o gwiazdkę z Antonionim, ale przegrywa z "Gwiezdnymi Wojnami", a Holocaust wzrusza dwa razy bardziej od historii kulawego konika. Czy gwiazdkowanie to przejaw demokratyzacji kultury czy kulturowe barbarzyństwo?

Najbardziej wpływową gwiazdą kina może być niepozorny znaczek graficzny, który w 1928 roku pojawił się na łamach "New York Daily News" pod recenzją niemego filmu "The Port of the Missing Girls". Irene Thirer, autorka tekstu, prawdopodobnie jako pierwsza posłużyła się gwiazdką w funkcji oceny. A pionierzy wyznaczają skalę – Thirer podzieliła ją na cztery i uwzględniła poziom zero (brak gwiazdek oznaczał film zły, jedna – przeciętny, dwa – dobry, trzy – doskonały). Gwiazdka przyznana dramatowi Irvinga Cummingsa była więc odpowiednikiem dawnej szkolnej trójki. Na pionierstwo Thirer brak twardych danych, ale wiemy przynajmniej, że gwiazdkowanie nie jest zabójczym tchnieniem współczesności. W latach 50. kultywowali je na łamach słynnego "Cahiers du cinéma" francuscy krytycy, którzy potem pod szyldem Nowej Fali rewolucjonizowali kino z pozycji reżyserskich. Praktykował je też brytyjski "Sight and Sound". Aż w końcu – nie bez oporu ze strony dziennikarzy i nie bez wyjątków – gwiazdki stały się prasowym standardem. Z polskiej perspektywy konflikt między gwiazdkowaniem a niegwiazdkowaniem jeszcze do niedawna mógł wydawać się definiującym myślenie o sztuce, a może i o świecie.


LICENCJA NA GWIAZDKOWANIE *


Gwiazdki doskonale nadają się na symbol barbarzyństwa i dziczenia obyczajów, bo robią zamach na miłą publicystom myśl, że ich praca różni się czymś od czynności wykonywanej przez każdą osobę, która posiada dość zapału, by dzielić się ze światem swoimi upodobaniami. Gwiazdkowanie nie wiąże się z żadną odpowiedzialnością, nie trzeba uzyskiwać żadnej licencji, wystarczy shift i ósemka na klawiaturze. Artyści raczej też nie przepadają za myślą, że jakiś samozwańczy znawca wystawi dobrotliwą trójkę pracy, której oni poświęcili kawał życia, serca, a może i wątroby. Gwiazdkowej inwazji w prasie drukowanej towarzyszyło też systematyczne kurczenie się objętości tekstów, gwiazdki stały się więc symbolem kultury TL;DR – Too long; didn't read – w której wartość wypowiedzi jest dyskredytowana przez jej długość (tu zaczynają drżeć mi palce, sprawdzam: przekroczyłem już 2000 znaków). Zalety gwiazdek są oczywiste. Nie budują może kontekstów, nie silą się na interpretację i nie tropią nowych zjawisk, ale pozwalają łatwo się wyrazić, uwalniając odbiorcę od konieczności lektury i interpretacji. Sprowadzają dyskusję na poziom, na którym każda wypowiedź jest równoważna, a analfabeta może z powodzeniem rywalizować z literatem. Przy okazji to samo dzieje się z obiektem oceny: Bergman wygrywa o gwiazdkę Antonionim, Holocaust okazuje się wzruszać dwa razy bardziej od historii kulawego konika, a rzeź w Rwandzie jest mniej krwawa od "Zabójczej broni". Oczywiście, tylko jeśli popełnimy błąd i potraktujemy gwiazdki zbyt poważnie.

Niezależnie od tego, czy uznacie gwiazdki za znak zdziczenia czy demokratyzacji kultury, mierzenie sztuki linijką nastręcza wielu kłopotów. Czy realizowany z narażeniem życia dokument powinien dzielić skalę z animacją? Czy ambitny dramat, któremu zabrakło centymetrów, by otrzeć się o wielkość, jest mniej wart od spełnionego sensacyjniaka z taśmy? Czy po seansie filmu, który deklasuje wszystko, co widzieliśmy do tej pory, trzeba obniżyć powystawiane wcześniej oceny, by zachować proporcje? Względnie łatwo wybrać między plusem a minusem, zgniłym a świeżym pomidorem, kciukiem skierowanym w dół i w górę. Popularna w Stanach Zjednoczonych skala czterostopniowa stanowi jedynie delikatne rozwinięcie tej koncepcji, oferując możliwość dodania do oceny "dobrej" lub "złej" współczynnika "bardzo". Ale czym jest łaskawie przyznane filmowi "zaliczenie" na ocenę mierną? Absurd rozwija się proporcjonalnie ze skalą. Szkolna czy dziesiętna to jeszcze nic w porównaniu z tymi stosowanymi w przypadku gier, nie stroniącymi od wartości procentowych, czy części setnych, czasem rozbijających werdykt na oceny cząstkowe. Chciałoby się zapytać recenzenta o matematyczny wzór, który pozwolił mu zyskać wynik w rodzaju "7,78", gdyby nie strach, że gotów nam jeszcze udzielić odpowiedzi. 

WOJNY GWIAZDKOWE **

Różnie sobie ludzie z tymi problemami radzą, ale zasadniczo wybór sprowadza do dwóch strategii: oceny kontekstowej albo określania wartości bezwzględnej. W pierwszym przypadku decydujemy po prostu, że film A jest lepszy do filmu B, ale gorszy od C, każdej pozycji na tej drabince przyporządkowując jakiś numerek. Strategia druga wiąże się z idealistyczną wiarą, że dzieło sztuki posiada pewną bezwzględną wartość, dającą się określić bez oglądania na innych, niezależną od kontekstu i odporną na upływ czasu. Uwalnia to od kłopotliwych pytań z poprzedniego akapitu. Ale idealistą być tym trudniej, im skala bardziej rozdęta. Nigdy nie brzydziłem się gwiazdkami, uznaję je za część konwencji i część zabawy, do której warto jednak zachować dystans. Nie zdarzyło mi się czuć "instynktownie", że jakiś film jest siódemką czy trójką. Prawdę mówiąc, nie wydaje mi się, by jakiś film mógł w ogóle BYĆ trójką czy siódemką, choć wierzę oczywiście, że ktoś może z przekonaniem na tyle właśnie wycenić swoje subiektywne wrażenia. Szeroko rozumiana ocena jest częścią recenzji, ale związek pisania z gwiazdkowaniem jest dla mnie raczej luźny. Pisząc, nie myślę o numerkach; gwiazdkowanie to zupełnie odrębna czynność: kalkuluję, porównuję, przeliczam te małe znaczki jak obcą walutę. Patrzę na inne pracowicie wystawione przez siebie pocieszne numerki i staram dogadać się z wewnętrznym poczuciem sprawiedliwości, lokując film gdzieś między "Pulp Fiction" a "Bitwą Warszawską".

Obiektywna recenzja, mierząca magiczną linijką jakąś wydumaną "obiektywną" wartość dzieła to zjawisko wysoce nieprawdopodobne. Ocenie podlega dziś wszystko i wszyscy, także same oceny i oceniający.
Darek Arest
Obiektywna recenzja, mierząca magiczną linijką jakąś wydumaną "obiektywną" wartość dzieła to zjawisko wysoce nieprawdopodobne. Ocenie podlega dziś wszystko i wszyscy, także same oceny i oceniający. Internet zachęca do polubienia, gwiazdkowania i minusowania. Filmweb pozwala np. recenzować recenzje, stawiając czytelnikom podchwytliwe pytanie o "przydatność" tekstu. Sądząc po komentarzach, zwykle jest to interpretowane jako pytanie o zgodę z oceną filmu – "plus" oznacza więc "myślę dokładnie tak samo!". Tymczasem dowodem wartości tekstu wydaje się raczej jego użyteczność dla posiadaczy opinii odmiennych. Trudno o wyższą pochwałę dla autora, niż uznanie jego negatywnej recenzji za zachętę do seansu. Mało zarzutów brzmi równie słodko, co komentarz w rodzaju "wszystkie wymienione tu zalety brzmią dla mnie jak wady!". Eureka: można mieć z recenzji pożytek bez względu na liczbę gwiazdek i bliskość do upodobań jej autora. Można ją sobie zinterpretować i wyciągać własne wnioski.

ZAGWIAZDKUJ TO JESZCZE RAZ, SAM ***

Można też pozostawić wyciąganie wniosków portalom agregacyjnym, które sumują oceny wystawione na różnych stronach, by dla każdego filmu obliczyć ich uśrednioną wartość. Wiąże się to oczywiście ze sprowadzeniem poszczególnych głosów (tak dramatycznie silących się czasem na indywidualizm) do wspólnego mianownika. Trzeba je przetłumaczyć na wspólną skalę, a w przypadku recenzji bez oceniaczek... wycenić samodzielnie (nierzadko zapewne wbrew intencjom autora). Nie gwiazdkujcie, a będziecie wygwiadkowani. Natknąłem się niedawno na polskim agregacie na wyjątek ze swojej bezgwiazdkowej recenzji, w której obszernie wychwalam techniczną stronę filmu, konkludując, że nie polecam go jednak nikomu, co portal zinterpretował jako 8/10. Jednak nawet w przypadku idealnie działającego mechanizmu przeliczającego, zamiast zbliżać się do mitycznej Obiektywnej Oceny, agregaty dają nam jedynie wgląd w uśrednione gusta ludzkości, co wydaje się w sumie dość mało pociągającą rekomendacją. 

Może rację mieli jednak ci, którzy w gwiazdkach upatrywali zwiastuna kulturalnej Apokalipsy? Czy rozwinięciem gwiazdkowanych recenzji nie jest ten kwitnący w telewizji upiorny kulcik jurora, budującego swój autorytet na "masakrowaniu" i "trollowaniu" niedoszłych gwiazd sceny, kuchni i ekranu? Spektakl ma swoje prawa, konfrontacja oceniających i ocenianych to obietnica łez, krwi i pnących się słupków oglądalności, ale przy okazji rodzi się rzeczywistość, w której każdy musi zostać oceniony jako ładny, brzydki, mądry albo głupi, nawet jeśli wcale nie zgłaszał się do konkursu. Popkultura zachęca do przyjmowania roli sędziów i katów, zamiast toporków rozdając każdemu z nas worek z gwiazdkami. Wyceniamy więc okiem znawców zdolności muzyczne, atrakcyjność seksualną, szczerość uczuć, prawdziwość patriotyzmu i jakość pierogów ruskich. W cenie biletu na "Gwiezdne Wojny" kupujemy prawo do posiadania opinii i manifestowania gustów. Z tego morza opinii niewidzialna ręka rynku wybierze sobie dokładnie to, czego potrzebuje. 

Jakiś czas temu krytyk "Guardiana", Benjamin Lee, wyrażał uznanie dla twórców plakatu "Legend", którzy wykorzystali jego negatywną ocenę do wzbogacenia gwiazdkowego ornamentu sugerującego jednogłośne zachwyty nad filmem. Niełatwo to wypatrzyć w spektakularnej konstelacji – dwie przyznane przez niego gwiazdki umieszczono w wąskiej szczelinie między prezentowanymi na plakacie postaciami (dokładnie: między uszami cudownie rozdwojonego Toma Hardy’ego), sugerując, że pozostała część entuzjastycznej oceny została przykryta ze względów kompozycyjnych. Formalnie wszystko się zgadza, nikt nie ma zresztą obowiązku informować widzów, że dumne pięć gwiazdek zdobiących jakiś plakat zostało wystawionych przez nieistniejący magazyn, wymyślonego krytyka albo np. wg skali dziesięciostopniowej. Pewne jest tylko to, że im więcej gwiazdek, tym słabsze światło generują.
20