Ewa Cieślik

Trzy kolory: Biały

Hotspot
/fwm/article/Trzy+kolory%3A+Bia%C5%82y-123669
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Hans+Zimmer.+Jakby+mia%C5%82o+nie+by%C4%87+jutra-123297

Hans Zimmer. Jakby miało nie być jutra

PERSONAPodziel się

Gdybym nie mógł więcej pisać muzyki, to by mnie zabiło – deklaruje Hans Zimmer.

Gdybym nie mógł więcej pisać muzyki, to by mnie zabiło. To nie jest tylko praca czy hobby. To powód, dla którego codziennie rano wstaję z łóżka – deklaruje Hans Zimmer. Słysząc podobne słowa z ust innego kompozytora, prawdopodobnie uznalibyśmy je za przejaw egzaltacji. Rzut oka na CV Zimmera wystarczy jednak, by ironiczny uśmiech spełzł nam szybko z twarzy. Niemiec pracuje w tempie, jakby jutra miało nie być.

W rekordowym 2011 roku podpisał się pod ścieżkami dźwiękowymi do ośmiu przedsięwzięć, w tym czwartych "Piratów z Karaibów", drugiego "Sherlocka Holmesa" oraz gry "Crysis 2". To nie wszystko. W tym roku po raz kolejny ruszył w trasę koncertową po świecie. Na dniach odwiedzi Polskę. Na scenach w Gdańsku, Łodzi i Krakowie będą mu towarzyszyły orkiestra, chór oraz 15-osobowy zespół, z którymi wykona swoje największe szlagiery. Melomani usłyszą na żywo utwory m.in. z "Karmazynowego przypływu", "Króla Lwa", "Gladiatora" oraz "Incepcji". Ach, zapomniałbym: przed wyjazdem artysta zdążył jeszcze oddać Christopherowi Nolanowi muzykę do widowiska wojennego "Dunkierka".

Co ciekawe, jego pierwszy kontakt z klawiaturą nie zwiastował narodzin tytana pięciolinii. W wywiadzie dla "Deutsche Welle" Zimmer wspominał: Gdy miałem mniej więcej sześć lat, mama spytała mnie, czy chciałbym nauczyć się gry na fortepianie. Nie miałem pojęcia, że wymaga to wielogodzinnych ćwiczeń i opanowania nut. To wszystko było bardzo niemieckie, bardzo autorytarne. W dalszym ciągu jest tak, że gdy ktoś rozłoży przede mną nuty, wszystko rozpływa mi się przed oczami. Podobno po dwóch tygodniach zrezygnowany nauczyciel powiedział matce małego Hansa: "Albo on, albo ja". Pani Zimmer stanęła po stronie syna.

Ostatecznie artysta nie skończył żadnej muzycznej szkoły. Nie przeszkodziło mu to jednak w kontynuowaniu przygody z komponowaniem. Wszystko dzięki Ennio Morricone. – Dorastałem w domu bez telewizji. Moi rodzice uważali ją za diabelski wynalazek – relacjonuje Zimmer . – Nie oglądałem więc żadnych filmów. Kiedy miałem 12 lat, wślizgnąłem się w okolicznym kinie na "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie". Seans westernu Sergio Leone okazał się dla mnie ogromnym przeżyciem. Jednak to muzyka całkowicie mną zawładnęła. Od tej pory wiedziałem, co chcę robić. Zimmer do dziś uważa włoskiego giganta za swój największy autorytet: Zawsze kochałem jego etykę pracy i zmysł estetyczny. Mam wrażenie, że jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Morricone nigdy nie siada do pisania, zanim nie wymyśli jakiejś dobrej melodii. Tego samego nauczył mnie kompozytor Stanley Myers: bez melodii nie osiągniesz niczego. 

Zimmer rzadko ogląda filmy, do których ma przygotować oprawę muzyczną. Bywa, że nie czyta nawet scenariusza. Woli raczej porozmawiać z reżyserem i operatorem, dowiedzieć się, jaka wizja wykluła się w ich głowach.
Łukasz Muszyński
Zimmer rzadko ogląda filmy, do których ma przygotować oprawę muzyczną. Bywa, że nie czyta nawet scenariusza. Woli raczej porozmawiać z reżyserem i operatorem; dowiedzieć się, jaka wizja wykluła się w ich głowach. Jak dotąd najbardziej wymagającym klientem Niemca okazał się Terrence Malick, który poprosił o dostarczenie mu blisko siedmiu godzin soundtracku do "Cienkiej czerwonej linii jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Niezwykle ciekawa jest również geneza powstania motywu przewodniego do "Interstellar". Jesienią 2012 roku Christopher Nolan przesłał Zimmerowi stronę maszynopisu. Znajdowało się na niej krótkie opowiadanie o ojcu, który musi opuścić córkę, aby wykonać niezwykle ważne zadanie. Poruszony kompozytor w ciągu jednego dnia przygotował  suitę inspirowaną historyjką Nolana. Reżyser zakochał się w niej. – Zapytałem: no dobrze, ale o czym właściwie będzie twój nowy film? – mówił Zimmer w rozmowie z "Guardianem". – I wtedy on zrelacjonował mi tę epicką opowieść o kosmosie, nauce i ludzkości. Ja na to: Chwilunia, Chris, to, co napisałem, jest bardzo osobiste i intymne. Wtedy on stwierdził: Owszem, teraz wiem, gdzie jest serce mojego filmu. Wszystko w nim będzie bardzo osobiste.  

Kompozytor często podkreśla w wywiadach, jak ważne są dla niego jego dzieci: Z chwilą, gdy przychodzą na świat, przestajesz patrzeć na siebie swoimi oczami. Od tej pory liczy się tylko to, co widzą one, gdy patrzą na ciebie. Aby uszczęśliwić 6-letnią córkę, Zimmer pomimo początkowych obiekcji zgodził stworzyć partyturę do legendarnej animacji Disneya "Król Lew". – Im bardziej zagłębiałem się w tę historię, tym oczywistsze stawało się dla mnie, że to nie jest bajka o rysunkowych futrzakach – tłumaczył w jednym z wywiadów. – Była w tym tragiczna opowieść o martwym ojcu i osieroconym dziecku. Znałem ją aż nadto dobrze. Mój ojciec umarł, gdy miałem sześć lat. Praca nad filmem niespodziewanie okazała się formą terapii, a gotowa muzyka – requiem dla rodzica. W 1995 roku Zimmer odebrał za nią pierwszego i jedynego jak dotąd Oscara.

Jego droga na najwyższe piętro Fabryki Snów rozpoczęła się na początku lat 80. Współpracując z zespołami Krakatoa i The Buggles, Niemiec wyrobił sobie opinię fachowca od zyskującej wówczas na popularności muzyki elektronicznej. Właśnie wtedy los postanowił na jego drodze wspomnianego już brytyjskiego kompozytora Stanleya Myersa. Panowie zaczęli się nawzajem dokształcać. Zimmer nauczył się języka muzyki filmowej oraz sztuki orkiestracji, zaś Myers odkrył nieznany mu dotąd świat syntezatorów i samplerów. Swój pierwszy wspólny soundtrack napisali do filmu Jerzego Skolimowskiego pt. "Fucha" z 1982 roku. W kolejnych latach polski reżyser zlecił duetowi przygotowanie oprawy muzycznej do "Najlepszą zemstą jest sukces" i "Latarniowca".

W swoich późniejszych solowych przedsięwzięciach Zimmer udoskonalał formułę łączenia klasycznych orkiestrowych aranżacji z syntetycznymi brzmieniami. W połowie lat 90. wyrósł na etatowego kompozytora hollywoodzkich widowisk za wywrotkę dolarów. Po przesłuchaniu efektownych, brzmiących jak marsze wojenne kompozycji z "Twierdzy" i "Karmazynowego przypływu" chciało się – cytując Woody'ego Allena – najechać na Polskę. Z czasem ambicje Zimmera zaczęły sięgać dalej. Jego muzyka miała nie tyle ilustrować, co intensyfikować zdarzenia na ekranie, dociskać gaz do dechy, być integralną częścią doświadczenia filmowego. Za przykład nowatorskiej artystycznej strategii Zimmera może posłużyć pochodzący z soundtracku "Mrocznego Rycerza" utwór "Why So Serious?". Szukając dźwięku, który w pełni oddałby zwichrowaną, przerażającą naturę złoczyńcy Jokera, maestro wpadł na pomysł, by wręczyć wiolonczeliście żyletkę zamiast smyczka. Efekt? Ciary na plecach, igły w uszach oraz poczucie obcowania z czystym szaleństwem. To nie była muzyka, którą dało się zanucić pod nosem. Mimo to jej wspomnienie prześladowało widza długo po wyjściu z kina.

Pora na łyżkę dziegciu. W ostatnich latach nawet najbardziej zagorzali fani Zimmera nie mogli nie zauważyć, że ich idol coraz częściej cytuje sam siebie. W dodatku chętnie korzysta z pomocy ghostwriterów, którzy na podstawie jego wytycznych piszą całe partytury. Nie wszystkim podoba się także działalność biznesowa laureata Oscara. Pod koniec lat 80. Zimmer założył firmę Media Ventures (dziś: Remote Control Productions) skupiającą kilkudziesięciu hollywoodzkich kompozytorów. Znajdziecie wśród nich tak duże nazwiska jak Junkie XL, Klaus Badelt czy James Newton Howard. Konkurencja oskarża artystyczny konglomerat o zmonopolizowanie rynku i "zimmerializację" muzyki filmowej. Zdaniem przeciwników wszystkie soundtracki powstające pod banderą RCP brzmią, jakby pochodziły z jednej taśmy produkcyjnej.

Zimmer nie musi jednak przejmować się krytyką. Z 90 milionami dolarów na koncie i własną gwiazdą w Hollywoodzkiej Alei Sław ma prawo czuć się archaniołem w Mieście Aniołów. W trakcie trwającej ponad trzy dekady kariery w show-biznesie nie raz już dowiódł, że potrafi wszystko. Niezależnie od tego, czy pracował w studiu z natchnioną Lisą Gerard ("Gladiator"), hip-hopowym Pharrellem Williamsem ("Niesamowity Spider-Man 2") czy apostołem afrykańskiej kultury Lebo M. ("Król Lew"), zawsze imponował otwartym umysłem i swobodą w operowaniu dźwiękami z różnych muzycznych porządków. Jak sam mówi: Za każdym razem, gdy zaczynam pracę nad filmem, czuję, że muszę się czegoś nauczyć. To ciągła walka. Z drugiej strony na tym polega cała zabawa.
29