Jakub Socha

Co zrobić z dniem?

Gorączka złota
/fwm/article/Co+zrobi%C4%87+z+dniem-123367

Kong na miarę czasów

BEZ KOMENTARZAPodziel się

King Kong to ucieleśnienie blockbustera – z filmu na film robi się coraz większy i coraz bardziej wyrachowany.

King Kong to ucieleśnienie blockbustera – z filmu na film robi się coraz większy i coraz bardziej wyrachowany.

Król powrócił i nie ma chyba mniej zaskakującej informacji w całej niusosferze. Przez długie lata tytuł "King Kong" łączył się w mojej głowie z przebojem 1976 roku, dziś świat kręci się tak szybko, że zastanawiam się, czy wypada jeszcze pisać o filmie, który premierę miał prawie dwa miesiące temu. Współczesność nie powinna jednak milczeć o bohaterze, który zwykle miał o niej coś ciekawego do powiedzenia. Wracając na ekran coraz częściej, Kong przypomina choćby o tym, że współczesność trwa coraz krócej. Jego pierwsza nieobecność trwała ponad 40 lat, druga – 30, trzecia – już tylko 12. Następnego filmu należy się więc spodziewać lada dzień – mamy w tym temacie zresztą całkiem konkretne zapowiedzi ("Godzilla vs. Kong", rok 2020). 

Drugi niepodważalny fakt, który daje się ująć w liczbach i nanieść na wykres, jest taki, że Kong rośnie. Ten z najnowszego filmu (32 metry) bez trudu odgryzłby głowę oryginalnemu stworowi z filmu Meriana C. Coopera z 1933 roku (marne 5 metrów), a jego kręgosłup usunąłby z między zębów wykałaczką. Mój kultowy Kong mierzył metrów 13, schemat stopniowego wzrostu zakłócił w 2005 roku Peter Jackson z niecałymi 8 metrami (pomijam gościnne występy w produkcjach japońskiej wytwórni Tōhō). Stwór potrafi jednak puchnąć i kurczyć się w ramach jednego filmu – w 1933 i 1976 rósł po przybyciu do Nowego Jorku, bo okazywało się, że traci na majestacie, gdy z dżungli trafia pośród drapacze chmur.

Małpa zamiast Hitlera

W diagnozowaniu współczesności największą moc symboliczną ma film z 1933 roku. Gdy wielka małpa po raz pierwszy demolowała Nowy Jork, po drugiej stronie oceanu do władzy dochodzili faszyści, a fantastyczne zagrożenie skutecznie odrywało uwagę od rzeczywistego. To niemal film grozy, zwłaszcza w porównaniu z wersją z 1976 – dużo lżejszą, zawierającą sporo elementów komedii i pastiszu. Debiutująca Jessica Lange wnosi do filmu taką dawkę erotyzmu, że wydaje się parzyć Konga w łapę. Gdy po raz pierwszy pojawia się na ekranie, przedstawia się jako "jedyna aktorka, zawdzięczająca życie filmowi porno" – ocalała z eksplozji prywatnego jachtu dzięki temu, że szukała samotności na pokładzie, podczas gdy reszta pasażerów umilała sobie czas wspólnym seansem "Głębokiego gardła". Sam Kong jest tu zresztą wyjątkowo zbereźny: ślini się na widok swojej blond zdobyczy, lubieżnie obmacuje ją wielkim paluchem, ktoś nawet rzuca pod jego adresem, stawiające spore wyzwanie wyobraźni, oskarżenie, jakoby usiłował ją zgwałcić. 

Po tej lubieżności nie ma śladów w filmie Petera Jacksona. Bohaterka Naomi Watts jest raczej uosobieniem niewinności, podobnie jak sama małpa, która nie zagląda dziewczynie pod sukienkę i niewiele ma w sobie z potwora. Jackson jako jedyny zachował zwierzęcość Konga – wymyślił mu naukowo brzmiące pochodzenie, zmusił do poruszania się z użyciem rąk i wyposażył w goryli brzuchal. Pozostałe wersje podkreślają raczej nadnaturalność stworzenia – jego ludzki, demoniczny czy (jak w najnowszym filmie) boski charakter. 

Najnowszy Kong jest może największy ze wszystkich, ale jest też Kongiem najbardziej wykalkulowanym.
W dwóch Kongach z 1933 i 1976, na marginesie opowieści odbija się współczesność: Wielki Kryzys lat 30. i zderzenie posthipisowskich ideałów z nadchodzącą erą yuppie. Dwa nowsze od rzeczywistości się odwracają, za kontekst przyjmując wyłącznie inne filmy. Obraz Jacksona to nostalgiczny pomnik wystawiony oryginałowi, naszpikowany cytatami, z akcją umieszczoną w tej samej epoce. Tłem wersji tegorocznej jest wojna w Wietnamie, czy raczej jej filmowe wyobrażenie, ze szczególnym uwzględnieniem "Czasu Apokalipsy". To kino zrobione z kina – pełne kalek i, mimo intrygującego pomysłu (Kong uosabia tu militarną klęskę USA), pozbawione własnego charakteru. Szczególnie mocno odbija się to na postaciach wałęsających się w cieniu wielkiej małpy.

Kong przypomina nam, jak nietrwałe są filmowe ideały męskości i kobiecości. Bohater pierwszego filmu zwierza się wybrance z zakochania z takim zażenowaniem, jakby wyznawał, że złapał trypra. Jej pragnienia są nieistotne – to świat, w którym kobieta czeka, aż rycerz na białym koniu schyli się po nią, co ona może przyjąć jedynie z wielką wdzięcznością. Infantylna bohaterka Lange ma więcej ikry, ale nadal traktowana jest jako trofeum, które wyrywają sobie profesor-hippis i wąsaty biznesmen. W filmie Jacksona mamy do czynienia z romantycznymi fantazmatami nieskalanymi brudną rzeczywistością. Brie Larson z "Wyspy Czaszki" to pierwsza wyzwolona dziewczyna Konga – pewna siebie, niezależna i samodzielna. Ale jak wszystko tutaj, jest jedynie modną kliszą, pożyczoną z innych filmów, pozbawioną charakteru i towarzystwa, z którym mogłaby nawiązać jakieś relacje. Samuel L. Jackson jest zbyt zajęty graniem kolejnej wariacji na temat Nicka Fury'ego z uniwersum Marvela, a Tom Hiddleston – tajemniczego najemnika bez właściwości. Nawet Kong rzuca pięknej Brie tęskne spojrzenia raczej bez przekonania i niemal z grzeczności. 



Blockbuster wcielony

Dzięki filmowi Dino De Laurentiisa, odpowiedzialnego za największe produkcje lat 70., King Kong stał się ucieleśnieniem blockbustera. Ze swoją datą premiery film trafił dokładnie pomiędzy "Szczęki" Spielberg i "Gwiezdne Wojny" Lucasa – filmy, które zmieniły pojęcie sukcesu komercyjnego i przyczyniły się do wykreowania współczesnego znaczenia terminu "blockbuster". Kong ze swoimi gabarytami stał się niemal ucieleśnieniem filmowego hitu, który nie znosi sprzeciwu, odnosi sukces wbrew histerycznym krzykom kapryszących moralistów i nie da się zestrzelić z dachu wieżowca (tym razem było to World Trade Center), zanim nie zarobi swojego worka z milionami dolarów. Jest też urzeczywistnieniem najważniejszej blockbusterowej obietnicy, czyli cudu, czegoś niedostępnego w szarej rzeczywistości. Sama opowieść traktuje zresztą o komercjalizacji cudu – ludzie przybywają na rajską wyspę, porywają cudowne stworzenie, by pod logo sponsora prezentować każdemu, kto skłonny jest zapłacić cenę biletu. Najnowszy film, pisząc historię od nowa, trochę ucieka od tej interpretacji, kierując ją na tory bliższe Godzilli (wojna z Kongiem jest wojną wypowiedzianą światu przez człowieka). 

Film z 1933 roku był w zasadzie cudem wcielonym. W momencie premiery ciężko było go do czegokolwiek porównać. Wiele wymyślonych specjalnie na jego potrzeby efektów specjalnych, w zmodyfikowanej postaci, używanych jest do dziś. Wersja z lat 70. nie wymagała może tak alchemicznych i pionierskich zabiegów (Kong jest tu grany głównie przez człowieka w kostiumie), ale i tak wyróżnia ją niespotykana dziś fantazja. Wielkie włochate dłonie, na których wyleguje się roznegliżowana Jessica Lange, to pełnowymiarowe, zmechanizowane rekwizyty, skonstruowane na potrzeby filmu. Powstały zresztą nie tylko ramiona, ale cały 12-metrowy robo-goryl. Reżyser zniechęcony sztywnością ruchów maszyny, która kosztowała niemal 2 miliony dolarów, ograniczył jej obecność na ekranie do ledwie kilkunastu sekund, ale sam rozmach musi budzić szacunek w świetle faktu, że następcy zadowolili się po prostu animacją.

Film z 1933 roku był w zasadzie cudem wcielonym. W momencie premiery ciężko było go do czegokolwiek porównać.
Najnowszy Kong jest może największy ze wszystkich, ale jest też Kongiem najbardziej wykalkulowanym. Najsmutniejszym tego symbolem jest pewnie ekranowa obecność Tian Jing, która gra postać tak obojętną wobec fabuły, że gdyby wyciąć ją z filmu, razem ze wszystkimi jedenastoma linijkami tekstu, które jej powierzono, o ubytku można by się zorientować jedynie po wynikach finansowych filmu w chińskim box offisie.

Odpowiedź na pytanie, czemu Kong musi być coraz większy, jest jednocześnie złożona i bardzo prosta. Jeśli mamy po raz kolejny oglądać ten sam film w nowej wersji, to małpa musi być za każdym razem większa, bardziej brutalna i mieć coraz bardziej miękkie futerko. Wierzcie lub nie, ale tak brzmi odpowiedź złożona i bardziej optymistyczna. Wersja pesymistyczna i prostsza jest bowiem taka, że Kong jest dziś po prostu smutnym biznesmenem, którego obowiązują kontrakty. "Wyspa czaszki" jest nie tylko bliźniaczo podobna w nastroju do produkcji Marvela, ale ma też, tak jak one, ambicje współtworzenia uniwersum. Kong nie po to urósł do 30 metrów, żeby wyróżniać się z tłumu, ale żeby się w tłum wtopić – w planach ma przecież pojedynek z Godzillą, musi więc do słynnego gada dorównać posturą. Najbardziej wyrachowany potwór w najbardziej potwornym show biznesie.
42