Damian Wiśniowski

Samuel Fuller – cichy rewolucjonista

Persona
/fwm/article/Samuel+Fuller+%E2%80%93+cichy+rewolucjonista-125340
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Mobilne+bogactwo+mo%C5%BCliwo%C5%9Bci-115380

Mobilne bogactwo możliwości

HOTSPOTPodziel się

Skok technologiczny sprawił, że film jest dziś obecny wszędzie, dostępny o każdej porze i praktycznie dla każdego.

Jeszcze nie tak dawno temu słowa "kino" i "film" można było stosować zamiennie, podobnie zresztą jak "serial" i "telewizja". Dziś jednak oczywiste staje się, że choć kino i telewizja w tradycyjnej formie nie znikną z przestrzeni publicznej, to ich dominująca pozycja w dyktowaniu tego, co jest filmową opowieścią, co będzie dostępne widzom i kto może być twórcą, szybko przemija. To proces, który trwa od dekad. Teraz jednak nabrał tempa, a wszystko za sprawą zjawiska o dość banalnej nazwie – "mobilność".

Skok technologiczny, jaki nastąpił w ostatnim czasie, sprawił, że film jest dziś obecny wszędzie, dostępny o każdej porze i praktycznie dla każdego. Nie potrzeba do tego sali kinowej ani telewizora, nawet komputer nie jest konieczny. Dzisiaj odbiornikiem może być zegarek czy okulary (w chwili, kiedy piszę tę słowa, okulary nie są jeszcze produktem dostępnym dla każdego, ale ich pojawienie się na rynku jest kwestią czasu). Co więcej, za sprawą prostych aplikacji i wielofunkcyjnych urządzeń filmowcem może stać się każdy, a gwiazdy "kina" i "telewizji" znalazły się na wyciągnięcie ręki.

Jednym z efektów tej rewolucji jest upowszechnienie się form wizualnych, które do tej pory były domeną wideoartu, twórców eksperymentalnych i undergroundowych. Krótkie filmiki pozbawione linearnej fabuły, oddziałujące na emocje, mające być doświadczeniem estetycznym, a nie intelektualnym, stały się ulubionym narzędziem dotarcia do widza. Świat mobilności stawia bowiem na wyrazistość przekazu. W walce o widza wszystkie chwyty są dozwolone.


Mobilność oznacza również zacieranie granic. Widz przestaje być jedynie biernym odbiorcą "dzieła filmowego", artysta z kolej nie jest już anonimowym lub też odległym bogiem. Współczesna technologia umożliwia przenikanie się tych światów, tworzenie rzeczy, w których trudno do końca rozpoznać, gdzie kończy się twórca, a zaczyna odbiorca. 

Jednym z wielkich orędowników takiego podejścia do sztuk wizualnych jest Joseph Gordon-Levitt. Już prawie dekadę temu założył hitrecord.org. To miejsce, w którym króluje artystyczna swoboda. Użytkownicy zachęcani są nie tylko do dzielenia się swoimi pracami, lecz również do wykorzystywania prezentowanych dzieł w swoich twórczych przedsięwzięciach, inspirowania się nimi, cytowania oraz przekształcania ich, i w ten sposób sprawiania, by dzieła pozostawały żywe.

Hitrecord stało się też impulsem do poszerzenia działalności artystycznej samego Gordona-Levitta. To dzięki temu projektowi z aktora zmienił się on w reżysera, najpierw tworząc znakomitą krótkometrażówkę "Morgan M. Morgansen's Date with Destiny"...


…a w końcu także film pełnometrażowy "Don Jon".

Jednak tak naprawdę dziś filmowcem może być każdy. Wideo nakręcone z okazji oświadczyn albo dowcip zrobiony znajomym, urocza scenka z kichającą pandą czy roześmiany bobas… W świecie mobilności talent schodzi na drugi plan (choć oczywiście wciąż pomaga), liczy się przede wszystkim pomysł. Efektem ubocznym tego procesu jest wolność eksperymentowania dla samych twórców filmowych, którzy dotąd byli ograniczani swoją rolą w świecie X muzy. Najchętniej z tej wolności korzystają aktorzy. Zachowując się prawie jak "normalni" internauci, kręcą filmiki, które – jeśli nie "chwycą" – wielkiej szkody im nie zrobią. Ale jeśli "wyjdą", mogą prowadzić do komercyjnego sukcesu.
W świecie mobilności talent schodzi na drugi plan, liczy się przede wszystkim pomysł.
Marcin Pietrzyk

Tak postąpiła na przykład Penélope Cruz, która spróbowała swych sił jako reżyserka, za pretekst wykorzystując własną działalność modową. Rezultatem jest film promujący jej kolekcję.


Jednak podstawową wartością mobilności stała się absolutna wolność wyrazu. Czasami prowadzi to do wręcz szokujących rezultatów. Granice tego, co można pokazać, są nieustannie testowane i definiowane na nowo. Dotyczy to nie tylko twórców filmowych per se, ale także innych dziedzin sztuki wykorzystujących w swojej działalności ruchome obrazy. Najbardziej skorzystali na tym muzycy, którzy w końcu przestali być zakładnikami stacji telewizyjnych specjalizujących się w nadawaniu teledysków. 

Jednym z najbardziej skrajnych przykładów takiego działania jest zespół Cattle Decapitation, którego teledysk do piosenki "Forced Gender Reassignment" jest tak brutalny, że miał premierę na portalu specjalizującym się w filmowych horrorach i produkcjach gore.

W samej swojej istocie mobilność może być postrzegana jako wróg tradycyjnych form rozpowszechniania ruchomych obrazów. Przemysł filmowy i telewizyjny jest bowiem dość niemrawy, jeśli chodzi o przygarnianie nowości wymagających zmiany dotychczasowych modeli produkcji i dystrybucji, szczególnie jeśli te modele od dziesiątek lat przynosiły milionowe zyski. Dlatego też mobilność uważana jest w Fabryce Marzeń za koszmar. Tylko tak można tłumaczyć sobie fakt, że tradycyjny przemysł filmowy i telewizyjny wciąż nie wykorzystał tkwiącego w nowym świecie potencjału.

Zaskakuje przede wszystkim brak pomysłu na wykorzystanie mobilnych form przekazu do promocji. Studia filmowe wciąż upierają się przy zwiastunach jako podstawowej formie reklamy. Jedynym ustępstwem na rzecz mobilności jest w zasadzie dostarczanie specjalnych zwiastunów przeznaczonych dla internautów. Dotyczy to przede wszystkim filmów z kategorią R, których pełna promocja w kinach czy telewizji nie jest możliwa ze względu na obowiązujące zasady cenzury. W sieci studia mogą pokazać więcej atrakcyjnej przemocy.

Inne formy promocji filmów w sieci należą do rzadkości. A przecież ich potencjał jest dość spory. Koncepcja wirali – krótkich materiałów wideo, które stają się popularne za sprawą internautów przekazujących sobie ich namiary – aż prosi się o komercyjne wykorzystanie przez studia filmowe. W świecie kina udało się jednak zastosować tę koncepcję zaledwie kilka razy. Na przykład przy promocji horroru "Carrie" (viral zobaczyło więcej osób niż sam film w kinach).

Veronica-Mars1.jpg

Tego, że Internet nie musi być wrogiem tradycyjnego przemysłu filmowego, najlepiej dowodzi idea crowdfundingu. To sposób na pozyskanie funduszy na realizację projektu (na przykład filmowego) od fanów. W ten sposób zwykły internauta może stać się producentem filmowym – za sprawą mniejszego lub większego datku przekazanego na produkcję. Dzięki zbiórce pieniędzy w sieci powstał na przykład film "Veronica Mars". Warner Bros. nie zamierzało zgodzić się na produkcję kinowej wersji serialu, jednak wyraziło zgodę na pokrycie kosztów dystrybucji pod warunkiem, że producenci sami zdobędą fundusze na realizację filmu. Tak też się stało. Twórcy "Veroniki Mars" potrzebowali niespełna 24 godzin, by zdobyć wymaganą kwotę. I tak wynikająca z mobilności idea, że każdy może być filmowcem, nabrała nowego wymiaru.

Świat ruchomych obrazów nigdy wcześniej nie cieszył się takim bogactwem możliwości. Ci jednak, którzy chcieliby przy tej okazji wieszczyć koniec kina i telewizji, powinni się dwa razy zastanowić. To prawda, mobilność zapewnia bogactwo form, wolność ekspresji, nieograniczone możliwości twórcze. Ale prowadzi równocześnie do klęski urodzaju. Boje o uwagę widza toczą miliony, jeśli nie miliardy multimedialnych wytworów. Przebicie się jednej konkretnej produkcji często graniczy z cudem. Cóż z tego, że ktoś stworzy wizualne arcydzieło, jeśli nikt go w natłoku innych filmików nie zobaczy? Dystrybutorzy i stacje telewizyjne mają w tym względzie przewagę: oni mogą zagwarantować twórcom ekspozycję, zaistnienie w świadomości widzów. To rzecz jasna nie musi przekładać się na sukces, ale jest do niego dobrym wstępem. I dopóki chaos wirtualnego świata nie zostanie przynajmniej częściowo opanowany, dopóty mobilność będzie jedynie szansą, a nie spełnieniem marzeń.
10