Damian Wiśniowski

Samuel Fuller – cichy rewolucjonista

Persona
/fwm/article/Samuel+Fuller+%E2%80%93+cichy+rewolucjonista-125340
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/My%2C+pokolenie+bez+formy-119802

My, pokolenie bez formy

POL(IF)ONIAPodziel się

Pochód "kina pokoleniowego” trwa w najlepsze. Na łódzkim festiwalu Kamera Akcja "Kamper" posłuży jako case study dla młodych kinomanów.

Pochód "kina pokoleniowego" trwa w najlepsze – na łódzkim Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja "Kamper" Łukasza Grzegorzka posłuży jako case study dla młodych kinomanów i aspirujących krytyków. Co odnajdą najmłodsi w propozycjach swoich niewiele starszych idoli z branży filmowej? 

Gdzie jest w Polsce młodość? Siedzi na warszawskim Placu Zbawiciela i w lofcie na Marszałkowskiej, jak we "Wszystkich nieprzespanych nocach"? A może ucieka w świat fantazji i rozgrzebuje przeszłości na kozetce u psychoanalityka, jak w "Królewiczu Olch" Kuby Czekaja? Walka o reprezentację trwa: kto najlepiej wyrazi doświadczenie dzisiejszych 20- i 30-latków, dostanie dożywotni tytuł "głosu pokolenia" i kupony na darmowe latte w Starbucksie. W poczytnym magazynie o książkach oglądam fotografię dwudziestolatka o ironicznym uśmiechu. To – jak głosi podpis – "najważniejszy przedstawiciel pisarzy urodzonych po 1989 roku". W kinie podobnie – kusi nie tylko młody wiek samych twórców (aktualnie: triumfalny pochód "Ostatniej rodziny"), ale również rosnąca liczba filmów, które stawiają sobie za cel sportretowanie "pokolenia na umowach śmieciowych". Polskie doświadczenie wkraczania w dorosłość szuka dla siebie formy – ma być autentycznie, ponad podziałami, uniwersalnie. "Kamper" Łukasza Grzegorzka mierzy się z emocjonalną niedojrzałością i rozpadem związku, we "Wszystkich nieprzespanych nocach" Michał Marczak śledzi pokawałkowaną codzienność wielkomiejskich flanerów, w "Królewiczu Olch" wychowanie wiąże się z kultem indywidualnego sukcesu. Nowym tematom towarzyszą nowe formy ekspresji – bardziej frywolne, punkowe, nieobciążone bagażem "wielkich narracji".

Starsze pokolenie krytyków filmowych może już ogłosić – raczej mało odpowiedzialnie – zmianę warty. Młodsze powinno zaś – w przypływie etycznej refleksji – zdefiniować nowe zjawiska na własnych zasadach i okopać się na sceptycznych pozycjach. Zapytać, czy stosowanie klucza uniwersalizującego – mówienie o "głosie pokolenia" i "pokoleniowych obrazach" – na pewno jest w tym przypadku zasadne. Czy nie jest to raczej próba legitymizacji własnej perspektywy jako jedynie słusznej, a przy tym bezstronnej? Mylenie cząstkowych diagnoz z całościowym oglądem? Do dyskusji będzie jeszcze sporo okazji, bo pochód "kina pokoleniowego" trwa w najlepsze – na łódzkim Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja "Kamper" Grzegorzka posłuży jako case study dla młodych kinomanów i aspirujących krytyków. Co odnajdą najmłodsi w propozycjach swoich niewiele starszych idoli z branży filmowej?

***

Bądźmy jednak uczciwi, krytyk filmowy uwikłany jest w szereg środowiskowych koneksji, a branżowe bankiety dają złudne poczucie, że oto uczestniczymy w prawdziwym życiu. Dlatego obrazy, które pokazują wypreparowany skrawek rzeczywistości, łatwo odnieść do własnych doświadczeń i potraktować jak lustro, w którym ogląda się nie tyle własne odbicie, co odbicie świata. Jako (młode) społeczeństwo ciągle poszukujemy dla siebie formy, chcemy, żeby ktoś zebrał nas do kupy, opisał i zdiagnozował, ale już poza martyrologiczną historią, tylko w codziennym, banalnym doświadczeniu. W tej tendencji drzemie jakieś genetyczne przywiązanie do etosu polskiego inteligenta – krytyka i przewodnika. Szukamy więc "głosu", który wyszepcze nam do ucha: "Tacy jesteście". Ale – gwoli uczciwości – trzeba od razu zapytać: gdzie stoi ten, co szepcze? Z jakiej pozycji przemawia? Również: po co to robi? I nie chodzi wcale o upolitycznienie dyskusji o polskim kinie, raczej o elementarną zasadę oszczędności: nie mnożyć bytów ponad potrzebę. Bo to, co bierzemy za "obraz pokolenia", może być w rzeczywistości obrazkiem z życia autora.


Chodzi o to, że zbyt łatwo generalizujemy doświadczenia bohaterów "Kampera" i "Wszystkich nieprzespanych nocy" na całe pokolenie 20- i 30-latków. Po seansach na festiwalu w Gdyni słyszałem podniecenie w głosach moich rówieśników: to autentyczne! To wreszcie o nas! Nie przeczę, sam znalazłem w obu tych filmach cząstkę własnych doświadczeń. Za szczególnie sugestywny uznaję obraz Marczaka – przez zaangażowanie naturszczyków i paradokumentalną, surową formę reżyser wydobywa z pamięci dawno zapomniane strzępki rozmów i widoków. Wchodzi z kamerą na warszawskie domówki i do stołecznych klubów, pokazuje młodość jako znajomy kalejdoskop ulotnych momentów. Niepełność jego bohaterów – Michała Huszczy i Krzyśka Bagińskiego – to w zasadzie kwintesencja społeczeństwa przesytu i nieograniczonego wyboru: idee, plany życiowe, miłości zmienia się tutaj jak rękawiczki i pokrywa słowotokiem wątpliwości. Są puste rozmowy na kacu, podczas których dokonują się kolejne próby zdefiniowania własnej sytuacji egzystencjalnej – oczywiście bezskuteczne. Jest także bezcelowe snucie się po ulicach, metafora błądzenia. Nie ma tylko żadnego przejawu materii – bo żeby prowadzić życie romantycznego flaneura, trzeba dysponować czasem i pieniędzmi. Każdy chciałby posiadać bezpieczną bazę do kolejnych prób, kolejnych wypadów na życiowe bezdroża. Rozwijać się, kochać, bawić. Ale to brak poczucia bezpieczeństwa, a nie nadmiar komfortu, jest wspólnym doświadczeniem przedstawicieli mojego pokolenia.

Kiedy bohater Marczaka przenosi się z warszawskiej ulicy Dynasy na Marszałkowską (wysoki czynsz i bardzo wysoki czynsz), film z hukiem wypada z przegródki "pokoleniowość". Brak we "Wszystkich nieprzespanych nocach" realnego życia: nie ma kredytu hipotecznego, który wiąże młodość z harówką w korporacji; nie ma meblościanek i właścicieli wynajmowanych mieszkań, którzy w każdej chwili mogą wpaść na kontrolę i zwiększyć czynsz; nie ma śmieciówek i nadgodzin. Jeśli reżyser pokazuje "przeciętne bolączki" młodości, to jest to przeciętność z górnej warstwy społecznej skorupy. Przystająca nie do obrazu pokolenia – kategorii bardzo ogólnej – ale wąskiego środowiska sytych, dobrze uczesanych i wykształconych Warszawiaków. Warszawa urasta zresztą – także w "Kamperze" – do rangi osi świata; do niej lgnie polska młodość, żeby uczynić samą siebie seksi, a prowincji i jej problemów w ogóle nie widać zza szklanych wieżowców. Z punktu widzenia tej części pokolenia, która nie korzysta ze stołecznych dobrodziejstw hiperkonsumpcji, dylematy lekkoducha Mateusza z "Kampera" muszą wyglądać jak fantazja o życiu ponad stan. Praca nie jest pracą, lecz zabawą; romans nie jest romansem, lecz egzotyczną wycieczką; rozpad związku nie jest rozpadem, tylko nowym wyzwaniem. Niedojrzałość bohatera znajduje bezpieczną przystań w świecie wsparcia i tolerancji – ostoją są przyjaciele z korporacji i "Wiedźmin 3" na konsoli. Jeśli twój związek się rozpada, nie załamuj rąk – w warszawskim klubie możesz tańczyć na tle kolorowych wizualizacji, a hiszpańska kochanka urządzi ci degustację tequili w retro knajpie. Niby to obraz współczesnej emocjonalnej pustki, tragedia wielkomiejskiego hedonisty, który ma za dużo możliwości i niewiele do stracenia, ale jako życiowa perspektywa jest to wizja bardzo nęcąca. Czy na pewno o tym chciał nam opowiedzieć reżyser?

***
Problem w tym, że obrazy, w których wielu chciałoby widzieć "pokoleniowość", wpadają w sidła eskapizmu. To raczej kino robione przez znajomych dla znajomych.
Marcin Stachowicz

Nie przeczę, Warszawa działa na młodość jak magnes, a nowe, miejskie style życia i postawy to materiał na ciekawe kino. Problem w tym, że obrazy, w których wielu chciałoby widzieć "pokoleniowość", wpadają w sidła eskapizmu – ucieczki we własne grupy odniesienia, wąskie środowiska, znajome sytuacje. Ciężko przyznać, że reprezentują jakąś całość, mówią o jakiejś wspólnocie doświadczeń, odpowiadają na uniwersalne problemy. To raczej kino robione przez znajomych dla znajomych i być może dlatego spora część młodej krytyki filmowej odnajduje tu siebie i mówi z przekonaniem o "obrazach pokolenia". Z innej, niewarszawskiej perspektywy "Kamper" czy "Wszystkie nieprzespane noce" mogą zostać odebrane jako aroganckie pocztówki z lepszej rzeczywistości. "Zobaczcie, jak przyjemnie żyjemy! Chodźcie do nas, wy też tak możecie!" – wołają do tych, którzy nie mają warunków albo chęci, żeby odpowiedzieć na wezwanie. Spod kalejdoskopowych obrazków rzadko przebijają poważne diagnozy – społeczna anomia wielkiego miasta, emocjonalna niestałość, rozproszenie uwagi w świecie przesyconym nieograniczoną możliwością. Tylko że to wszystko wciąż jest za bardzo seksi – granica między papierowym warszawskim Manhattanem z polskich seriali a mroczną, tajemniczą Warszawą flanerów okazuje się płynna. Japiszona z dizajnerskiego apartamentu – figurę mainstreamowego kina lat 90. i 2000. – zastąpił hipster. To delikatna kosmetyka, a nie zmiana paradygmatu.

I nie domagam się wcale jakiegoś nowego kina społecznego realizmu. Tego mieliśmy i wciąż mamy aż nadto. Nie da się zaprzeczyć, że filmy Grzegorzka i Marczaka to sprawne kroniki subiektywnych doświadczeń, ale jest z nimi ten sam problem, co z francuską nową falą – reprezentują przede wszystkim wrażliwość stołecznej bohemy. My potrzebujemy jednak czegoś, co pozbiera rozproszone doświadczenia i połączy wspólnym mianownikiem – pokaże różne odcienie dylematów polskiego wchodzenia w nowoczesność, ale wyprowadzi z tych wszystkich różnic szeroką perspektywę. Przedstawi również to, co wykluczone, niechciane czy wstydliwe: ból niestałości, poczucie przegranej, brak bezpieczeństwa. Na razie "kino pokoleniowe" pozostaje – mimo entuzjastycznych deklaracji części środowiska krytyków i kinofilów – w sferze projektów. I być może – tak jak wiele utopijnych idei – poza tę sferę nigdy nie wyjdzie. 
16