Jakub Socha

Czekając na Mela Gibsona

Gorączka złota
/fwm/article/Czekaj%C4%85c+na+Mela+Gibsona-125772
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Nie+gramy+w+waszym+filmie-124489

Nie gramy w waszym filmie

BEZ KOMENTARZAPodziel się

W armii powinni służyć nie żołnierze, ale gwiazdy filmowe. Ich rzadko sięgają przypadkowe kule.

W armii powinni służyć nie żołnierze, ale gwiazdy filmowe. Ich rzadko sięgają przypadkowe kule, a jeśli trzeba, potrafią też wygrywać wojnę w pojedynkę.

Pojawienie się Gwiazdy może wywołać najrozmaitsze reakcje, ale cichy jęk zawodu to jednak reakcja cokolwiek dziwna. Zwłaszcza jeśli gwiazda pojawia się na ekranie w tak mało zaskakujących okolicznościach jak projekcja najnowszego filmu Christophera Nolana. Sam więc się trochę zdziwiłem, słysząc swoje jęknięcie, gdy w "Dunkierce" zobaczyłem Kennetha Branagha. Lubię Branagha, ale w jakikolwiek mundur by się wbił, pod jakąkolwiek charakteryzacją by się ukrył – zawsze będzie łypał spod niego tym swoim smutnym spojrzeniem Kurta Wallandera i Hamleta. Może nie raz mnie jeszcze zaskoczy, brutalnie zerwie z emploi, mistrzowsko odegra czyjąś manierę albo wcieli się w demona, który nie przyśnił się Szekspirowi. A ja będę mu bił brawo, jakby zrobił podwójne salto (co za warsztat!, co za brawura!, co za poświęcenie!). Ale nigdy nie przestanie być dla mnie Panem Aktorem. Dlatego, kiedy widzę go na ekranie, plaże Dunkierki momentalnie zamieniają mi się w plan filmowy, a wojenna tragedia zaczyna szeleścić (dobrym) scenariuszem. Delikatna iluzja maszerowania w grupie chłopców, którzy z karabinami w dłoniach, daleko od domu spędzają razem ostatni dzień życia, pierwsza ginie śmiercią tragiczną.

Oczywiście samej "Dunkierce" to nie bardzo szkodzi. Filmy Nolana nigdy nie starały się udawać, że nie są filmami – to jedna z ich wielkich zalet. Brytyjski reżyser nie chowa się za historią, bo od samej historii bardziej interesuje go sposób, w jaki może ją opowiedzieć. Lubi obnażać mechanizm kinowej iluzji i kręcą go narracyjne wyzwania: szkatułkowe konstrukcje, wielopoziomowa akcja równoległa, zmiany perspektywy i zaburzenia chronologii. W tym sensie wszystkie jego filmy to salta podwójne, albo i potrójne. Z tymi ambicjami, pasującymi raczej do kina niszowego, potrafi jednak dotrzeć do masowej publiki. W "Dunkierce", która bez trudu da się sprzedać jako "epickie kino wojenne" (spoiler?), łączy trzy odrębne porządki czasowe – buduje iluzję jednoczesności zdarzeń, o których wiemy, że jednocześnie dziać się nie mogą. Zagęszcza i rozrzedza czas na naszych oczach, ale robi to przy użyciu oszczędnych środków wyrazu, utrzymując swój najnowszy film w zaskakująco realistycznej tonacji.

Gdy na spacerującą po wyludnionym mieście garstkę żołnierzy spadają kule wystrzelone przez niewidzialnego wroga, po ich reakcji widać rutynę. Nie dramatyzują, nie dziwią się, nie krzyczą – biegną przed siebie, jakby usłyszeli dzwonek na koniec przerwy. I gdy w tym mozolnym biegu, jeden po drugim umierają, wiemy, że nie ma tu uprzywilejowanych, że o tym, kto przeżyje, decyduje okrutna ruletka. Zasady gry uległyby jednak zmianie, gdybyśmy wypatrzyli wśród nich znaną twarz. Na żołnierza granego przez Andrew Garfielda można by w ciemno stawiać pieniądze: przetrwałby nie tylko pierwszą scenę, ale i cały film, odgrywając po drodze niebagatelną rolę w historycznych wydarzeniach. Gwiazdy grają Bohaterów kształtujących rzeczywistość, a jeśli trzeba – wygrywają wojnę choćby w pojedynkę. Czasem przekonują nas, że są Zwykłymi Ludźmi, ale widzimy nadludzki wysiłek, jaki wkładają w powściągnięcie wrodzonej charyzmy. Charlize Theron i Channing Tatum pozwalają mistrzom charakteryzacji rujnować swoje harmonijne rysy, bohatersko szarzeją na potrzeby roli, żeby nas potem naparzać tą szarością po oczach, z subtelnością harvestera mknącego przez Puszczę Białowieską.

"Przełęcz ocalonych"
Nolan też nie oparł się pokusie obsadzenia gwiazd, chociaż jego film kwestionuje samą ideę indywidualnego bohaterstwa, która z instytucją gwiazdy filmowej jest tak silnie związana.
Darek Arest
Gwiazdy nie potrafią się rozpuścić w anonimowej masie i nie sposób mieć o to do nich pretensje. Ich talent polega przecież na czymś wręcz przeciwnym. Nie płaci się im za to, by ginęły w cieniu – mają skupiać na sobie uwagę w chwili pojawienia się na ekranie. Jednak gdy przychodzi zagrać everymana, ten talent staje się przeciwskuteczny. Film próbujący uchwycić ducha łączącego ludzi w społeczność, pokazujący człowieczeństwo jako coś więcej niż sumę jednostek, można łatwo zepsuć nadmiarem charyzmy. Czy "Lot 93" miałby połowę swojej siły rażenia, gdyby Paul Greengrass obsadził go gwiazdami? Nieznane twarze mają tu walor dokumentalny – heroizm rodzi się z anonimowości. Ten sam efekt zadziałał w "Czarnym czwartku", choć tam Antoni Krauze popsuł go trochę, zatrudniając znanych aktorów do ról Ważnych Postaci Historycznych. Dla dobra filmu trzeba czasem aktora ukryć – można to było niedawno zaobserwować też na polskich ulicach, gdy protesty w obronie niezależnych sądów eksplodowały nową energią po tym, jak uwolniły się od polityków, którzy koniecznie chcieli odgrywać na nich rolę "gwiazd". Protestujący upominali się o prawa konstytucyjne, ale przy okazji manifestowali: nie wyszliśmy z domu, żeby wam klaskać. Nie jesteśmy statystami w waszym filmie.  


Dlatego obok Branagha występuje debiutant Fionn Whitehead, a dokonujący najbardziej heroicznych wyborów Tom Hardy ukrywa twarz za maską, nie po raz pierwszy u tego reżysera, próbując stworzyć oscarową kreację samymi brwiami. Wszystkie te wysiłki po to, żeby nie zasłonić tych bohaterów "Dunkierki", którzy nie są nikim nadzwyczajnym. Jedni próbują po prostu wtopić się w tło i przetrwać, inni gotowi są  oddać życie w słusznej sprawie, ale giną w głupim wypadku; reszta powiększa śmiertelną statystykę, zanim kamera zdąży im się dobrze przyjrzeć. "Musimy bardzo uważać, aby nie traktować tej ewakuacji w kategoriach zwycięstwa. Wojen nie wygrywa się dzięki ewakuacjom" – mówił w angielskie Izbie Gmin Winston Churchill. Polska Wikipedia podaje, że z Dunkierki udało się ewakuować 338 226 alianckich żołnierzy. Nie rozmach tej liczby, ale właśnie te ostatnie, decydujące o dokładności cyfry, stawiają słowa brytyjskiego premiera pod znakiem zapytania.

Bohater debiutanckiego filmu Nolana "Śledząc", który lubił chodzić za nieznanymi ludźmi, tak tłumaczył się ze swojego hobby: "Byłeś kiedyś na meczu? Błądzisz wzrokiem po tłumie, pozwalasz swoim oczom prześlizgiwać się swobodnie, aż powoli zatrzymają się i skoncentrują na jednej konkretnej osobie. I nagle ta osoba nie jest już częścią tłumu. Ot tak, staje się indywidualnością". Ktoś, nie pamiętam kto, pisał, że na starych fotografiach można dostrzec twarze, które "wyszły z obiegu", przynależą do świata, którego już nie ma. Niektórzy z naszych przodków, po lekkiej korekcie u stylisty, łatwo wpasowaliby się we współczesne dekoracje, inni wydają się reprezentować wymarły gatunek. Trudno nie czytać tego w kontekście Holocaustu, ale podobne wrażenie wywierają niektóre twarze z "Dunkierki". Niełatwo jest odtworzyć wiarygodne kostiumy z epoki, zamknąć w filmowym wnętrzu nastrój przeszłości, tak pokazać wojenną ulicę, by zatrzymać poza kadrem anteny satelitarne. Takiej "autentyczności" w ludzkiej twarzy nie da się w żaden sposób zrobić. Można ją jedynie osłaniać przed gwiazdorskim blaskiem. Może tak wygrywa się wojny. 
36