Ewa Cieślik

Trzy kolory: Biały

Hotspot
/fwm/article/Trzy+kolory%3A+Bia%C5%82y-123669
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Oscary+%28nie%29polityczne-122244

Oscary (nie)polityczne

HOLLYWOODLANDPodziel się

Triumf "Moonlight" to nie tylko zwycięstwo mniejszościowego spojrzenia na rzeczywistość.

Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami w Fabryce Snów? Dlaczego Hollywood jest i zawsze będzie hegemonem filmowego rynku? Odkrywamy, jak często spadają gwiazdy i czyje życzenia spełniają się na hollywoodzkiej ziemi.

***


Triumf "Moonlight" to nie tylko zwycięstwo mniejszościowego spojrzenia na rzeczywistość. To także schyłek narcystycznego zakochania Hollywood w samym sobie. Oscarowa rywalizacja o tytuł najlepszego filmu odbyła się w tym roku pod znakiem zderzenia "starego" z "nowym". "Nowe" – czyli kino bliskie modelowi niezależnemu – wyszło cało ze starcia z wielkim widowiskiem. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że to dopiero początek przewartościowania hollywoodzkich paradygmatów.   
 
"Jak to jest w końcu z tymi Oscarami: mają znaczenie czy nie?" – pytam znajomych; uderzam w stół, a odzywają się nożyce. Dyskusja o tegorocznym rozdaniu przebiega bowiem dokładnie wzdłuż linii podziałów politycznych. Dla tych, którzy brzydzą się "dyktaturą politycznej poprawności", zwycięstwo "Moonlight" to jeszcze jeden przykład koniunkturalizmu zachodnich elit. Z kolei ci z drugiej strony barykady wznoszą radosne okrzyki – Donald Trump dostał po tyłku, wygrała tolerancja i różnorodność. Trudno spojrzeć na całą sytuację bez niepotrzebnej napinki, bo neutralność grozi ostatnimi czasy linczem za "symetryzm" i umywanie rąk. 

I mimo że zwyczajowo trzymam sztamę z "poprawnościowcami", nie dostrzegam w Oscarach jakiegoś wielkiego potencjału emancypacyjnego. Podobnie jak nigdy nie widziałem go w hollywoodzkiej polityce różnorodności – zasada, że tam, gdzie mamy kilku bohaterów, przynajmniej jeden powinien reprezentować jakąś mniejszość, nie przekłada się na generalną zmianę postaw w amerykańskim społeczeństwie. To raczej uzyskana niewielkim kosztem para białych rękawiczek dla samej branży. Głosy wieszczące narodziny "epoki postrasowej", której symbolem miała być prezydentura Baracka Obamy, także okazały się częścią liberalnego wróżenia z fusów. Teraz wzrost postaw ksenofobicznych i uprzedzeń staje się globalnym trendem, a w Stanach kolor skóry wciąż ma gigantyczne znaczenie i wygląda na to, że nie odwrócą tego symboliczne zmiany akcentów w hollywoodzkim łańcuchu pokarmowym. 

Ktoś przegrywa, żeby triumfować mógł ktoś, a gry na górze – potężna machina lobbingowa, która ma przekonać członków Akademii do głosowania właśnie na TEN jeden jedyny obraz – to dla zwykłego widza czarna magia, trochę jak wewnątrzpartyjne kampanie przed wyborami lokalnych przewodniczących. Tegoroczne zwycięstwo kina afroamerykańskiego – jak zawsze – więcej niż o realnych nastrojach społecznych mówi więc o wewnętrznej strukturze amerykańskiego przemysłu filmowego. Jeśli rozdanie z 2016 roku stało pod znakiem #Oscarssowhite , to w tym roku ważniejszy od koloru skóry mógł być "ageizm", czyli dyskryminacja ze względu na wiek. Inna jest także grupa, która poczuła się skrzywdzona – już nie nominowani, ale czcigodne grono członków Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Otóż Hollywood niedołężnieje, a sternicy AMPAS od mniej więcej roku próbują odgórnie wpływać na proporcje pokoleniowe, co w seniorach kina roznieca ducha sprzeciwu. Problem świetnie nakreślił Michael Schulman w tekście "Shakeup at the Oscars" (jedno z lutowych wydań magazynu "The New Yorker"). Sama sprawa sięga 2012 roku – wtedy to "Los Angeles Times" opublikował raport dotyczący postępującego kostnienia struktur Akademii. Wynikało z niego, że średnia wieku członków AMPAS wynosi 62-lata i zdecydowanie przeważają wśród nich biali mężczyźni. Hollywoodzcy decydenci wzięli sobie te dane głęboko do serca – wiadomo przecież, że na starość stajemy się bardziej konserwatywni, spada nasza tolerancja na nowatorskie rozwiązania, a na młodość patrzymy przez szkiełko moralnej zgnilizny. Jak zgrabnie ujęła to Olga Tokarczuk, a za nią Agnieszka Holland w "Pokocie", "wielu mężczyzn z wiekiem zapada na autyzm testosteronowy (…). Pociągają ich druga wojna światowa i biografie znanych ludzi, najczęściej polityków i złoczyńców". Wniosek jasny: jeśli nie zwiększymy różnorodności w gronie Akademików, Oscary zamienią się w mauzoleum historii Hollywood i w kolejną dekadę wejdziemy z uprzedzeniami białej większości, seksizmem i niechęcią do innowacji. Podryfujemy powolutku w kierunku przyszłości, ale z balastem naszych umarłych.

W poczet AMPAS przyjęto w czerwcu 2016 r. 633 nowych członków, z czego 46% stanowiły kobiety, a 41% – osoby o kolorze skóry innym niż biały.
Marcin Stachowicz
Reakcją Akademii na medialne "rewelacje" było powołanie specjalnej rady ds. dywersyfikacji, a ta jeszcze w 2016 roku jednogłośnie zatwierdziła plan agresywnej rekrutacji nowych członków przy jednoczesnym nadaniu części dotychczasowych statusu członków emerytowanych. Prawo głosu mieli zachować tylko ci, którzy byli aktywni w branży w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Puszka Pandory została otwarta – oburzenie starszyzny amerykańskiego filmu zalało branżowe media, a na przewodniczącą AMPAS – afroamerykańską producentkę Cheryl Boone Isaacs – spadła fala krytyki, że podmienia rzekomy rasizm białych elit na bezprecedensowy "ageizm". W narracji przeciwników nowej polityki pojawiło się także kolejne słowo-klucz – "czystka": trzecie wielkie czyszczenie zaśniedziałych struktur instytucji. Pierwsze miało miejsce na przełomie lat 20. i 30., po rewolucji dźwiękowej w kinie; drugie – w latach 60., w epoce wzrastającego znaczenia nowej kultury młodzieżowej. Lęki seniorów okazały się oczywiście przedwczesne – "czystka" dotknęła około 70 osób, co stanowi mniej niż jeden procent wszystkich członków Akademii. Postulat dywersyfikacji został po części spełniony, ale nie dzięki spektakularnym "przesunięciom", tylko rekordowemu napływowi świeżej krwi – w poczet AMPAS przyjęto w czerwcu 2016 r. 633 nowych członków, z czego 46% stanowiły kobiety, a 41% – osoby o kolorze skóry innym niż biały. Erupcja poprawnościowej inżynierii społecznej? Zagrożenie dla wolnego kryterium zasług i indywidualnych zdolności? Antysystemowa młodzież drży na samą myśl o odgórnym poszerzaniu różnorodności, ale kiedy przyłożymy te liczby do innych danych – ponad połowa widzów amerykańskich kin to Latynosi i Afroamerykanie – wyjdzie na jaw przełomowe znaczenie zmian wypracowanych pod przewodnictwem Boone Isaacs. Większa różnorodność wiekowa, płciowa i rasowa może zbliżyć Akademię do doświadczeń zwyczajnych widzów, całkowicie odmiennych od życia toczącego się w hollywoodzkiej bańce luksusu, gdzie celebruje się przede wszystkim samą "celebryckość".

Z tego powodu zwycięstwa "Moonlight" nie potrafię rozpatrywać wyłącznie w kategoriach "poprawnościowych", chociaż niewątpliwie tegoroczny werdykt ma wybitnie polityczny wymiar. Narracja czarnej mniejszości o niej samej nareszcie weszła do mainstreamu i doczekała się uznania – i jest to niewątpliwie, czy nam się to podoba, czy nie, manifest nowej, bardziej różnorodnej Akademii. Ale jest też coś więcej – starcie "Moonlight" i "La la Land" to w istocie walka dwóch różnych modeli myślenia o kinie, sparing "starego" z "nowym". Film Chazelle'a – doceniając wszystkie jego walory artystyczne – wpisuje się w linię hollywoodzkiego samozachwytu: po raz nie wiadomo który wciela w życie starodawny mit o Fabryce Snów jako miejscu, gdzie pełni pasji młodzi ludzie bez oporów realizują swoje ekscentryczne marzenia. Nostalgiczny autotematyzm święci triumfy w amerykańskim przemyśle filmowym przynajmniej od początku ostatniej dekady – wystarczy spojrzeć na listę oscarowych tytanów. "Artysta", "Operacja Argo", "Birdman", "Jak zostać królem?" – wszystkie te tytuły opierają swoje głębokie struktury na mechanizmie lustra, w którym Hollywood po raz kolejny dekonstruuje i odkrywa własną wyjątkowość. Pławi się w historii własnych wzlotów i upadków, estetyzuje przeszłość, mitologizuje bohaterów. I rzeczywiście, cały ten ruch ku minionemu jest bliski starczym reminiscencjom. Nasycenie emocjonalne negatywnych wspomnień pikuje na łeb na szyję, a wzrasta – jak w "autyzmie testosteronowym" Tokarczuk – skłonność do konserwowania wielkich dokonań w szlachetnych materiałach: brązie i złocie. Nawet "Spotlight" jest nostalgicznym westchnieniem za "starymi dobrymi czasami", kiedy dziennikarstwo – bez względu na koszty – przede wszystkim tropiło złoczyńców. To zniedołężniałe Hollywood – nawet jeśli samo o tym nie wie – przeżywa emocje analogiczne do tych, które wyniosły do władzy Donalda Trumpa – tęsknotę za bezpieczną rzeczywistością amerykańskich lat 50., kiedy życie było proste, a kobiety i mężczyźni znali swoje miejsce. Paradoksalnie, karmienie społeczeństwa nostalgią i marzeniami o dobrobycie – niemożliwym w dzisiejszym układzie sił – mogło przyczynić się do przemiany sentymentów w resentymenty – największą z pułapek nowoczesnej polityki. 

"Moonlight" reprezentuje wrażliwość całkowicie odmienną od tej dominującej dotychczas w Hollywood. Film Jenkinsa korzeniami tkwi głęboko w najlepszych tradycjach amerykańskiego kina niezależnego.
Marcin Stachowicz
Tymczasem "Moonlight" – pomijając oskarżenia o koniunkturalizm w doborze tematu, z czym osobiście zupełnie się nie zgadzam – reprezentuje wrażliwość całkowicie odmienną od tej dominującej dotychczas w Hollywood. Film Jenkinsa korzeniami tkwi głęboko w najlepszych tradycjach amerykańskiego kina niezależnego – realizmie Johna Cassavetesa, poezji miejskich zaułków Jarmuscha, wizualności Gusa van Santa. Lirycznością zastępuje autotematyzm, epizodycznością – zwartą narrację "od do", biografią i wybitnie subiektywną perspektywą – patos szerokiego spojrzenia na historię. Kino małych gestów i subtelnych emocji rzadko gości na hollywoodzkich salonach, gdzie w cenie jest widowisko. Z rozmysłem nie wspominam tutaj o warstwie fabularnej – zbyt dużo ścieku wylano na "Moonlight" za scenariusz, napisany rzekomo "pod" nagrody, za "lewacką uległość", za dydaktyczne pretensje. Nie chcę karmić trolla, a myślę sobie też – pewnie zbyt idealistycznie – że arcydzieło Jenkinsa można odebrać tak, jak ja to zrobiłem – bez balastu przedsądów. Do kina szedłem z czystą głową, nie wiedząc za bardzo, o czym to i jakie ramy powinienem do filmu przyłożyć. Nie spodziewając się zbyt wiele, dostałem wybitny portret człowieka kruchego – bo o tym "Moonlight", w całej swojej prostocie, rzeczywiście opowiada. Wszystkie powyższe obserwacje – tyczące się głównie tonacji i formy, nie treści – mógłbym równie dobrze przyłożyć do innego giganta tegorocznych Oscarów, "Manchester by the Sea". Kino niezależne – jego odbrązawiająca wrażliwość – już dawno nie miało tak dobrej prasy za oceanem, a dzięki temu – także u nas, działając jako rzecznik pogłębionych wizji rzeczywistości, kojarzonych do tej pory głównie z europejskimi kinematografiami narodowymi. Ameryka przestaje być tą samą znajomą krainą zwycięzców – tych, którzy piszą historię i dyktują warunki, a własną dumę eksportują na cały świat. Tak jakby coś pękło, a kino stanowiło symptom nadchodzącej ery niewymuszonej skromności. 

I jest to być może także pierwszy skowronek pokoleniowej zmiany, którą prawie rok temu wymusiła Akademia. Odpowiadając na pytanie z początku tekstu – tak, dla mnie Oscary dopiero teraz zaczynają mieć znaczenie. Nie jako festiwal autocelebracji własnej historii, tylko wziernik w bogate uniwersum amerykańskiego kina, które pozostaje – podobnie jak "amerykańskość" i związana z nią "czarność" – stosunkowo słabo poznane. Do całkowitego wglądu jeszcze daleka droga, ale – i naprawdę bardzo mocno chciałbym w to wierzyć – prace u podstaw właśnie zostały wykonane.    
69