Piotr Czerkawski

Rozmawiamy z Kenem Loachem

Wywiad
/fwm/article/Rozmawiamy+z+Kenem+Loachem-124067 Getty Images © Tristan Fewings
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Polska+to+ma%C5%82y+kraj-120907

Polska to mały kraj

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Daj nam, panie, więcej takich dziennikarzy – takich, którzy potrafią stłuc gangstera, ganiać po dachach i jeszcze prowadzić śledztwo.



Polska to mały kraj, wszystko jest tu małe i wszyscy się znają, przynajmniej tak sugeruje drugi sezon "Paktu". Podróżując szklanymi tunelami Trasy Toruńskiej (można je znaleźć w co drugim polskim filmie), mimo tego że znajdują się one między Bródnem a Annopolem, samochody od razu po ich pokonaniu wjeżdżają do Centrum. W Warszawie praktycznie jest tylko ten tunel i Centrum. W Centrum oczywiście Manhattan – monochromatyczny świat: wieżowce zaprojektowane przez słynnych architektów, podziemne i nadziemne parkingi z betonu, hotele, o których piosenki pisał kiedyś zespół Kombi, ruchome schody ze stali nierdzewnej, okna od podłogi aż po sufit i klubokawiarnie w schronach. Dziennikarz śledczy Paweł Grodecki (Marcin Dorociński) raz na jakiś czas jedzie w teren, ale nigdzie jakoś nie ma daleko. Co więcej, wszędzie jest klimat, nawet na Śląsku. Poruszamy się między Muzeum Śląskim a Filharmonią Śląską, nawet jeśli w międzyczasie na chwile wylądujemy w kopalni, to i tak – można żyć. Albo przynajmniej, lądując między górniczymi hałdami a niekończącymi się składami pociągów towarowych, poczuć, że kraj się raczej rozwija, niż zwija. Że jest w nim coś z obrazów Hoppera.



Nie, ta Polska nie jest w ruinie. I wcale mi to nie przeszkadza. Duża w tym zasługa autora zdjęć, Pawła Flisa, który konsekwentnie i świadomie gra w serialu wizualnymi kliszami nowoczesności i kina: preferuje zimne kolory, celebruje pustkę, gra odbiciami, szuka światła, które załamuje się na krawędziach budynków, dużo uwagi poświęca też opadom i mgłom. Pod względem scenografii i kostiumów też nie można się do niczego się przyczepić – te elementy działały już zresztą całkiem nieźle w pierwszym sezonie serialu, czego na pewno nie można było powiedzieć o jego scenariuszu. Próbowano w nim pożenić kapitalizm z sekciarstwem, co samo w sobie nie jest najgorszym pomysłem, efekt był jednak dość opłakany. Nie było synergii, że się posłużę ulubionym słowem menadżerów. Jak mogło do niej dojść, kiedy kolejne zabójstwa więcej miały wspólnego z Danem Brownem niż z późnym kapitalizmem.



W drugiej serii jest lepiej, nowy "Pakt" wydaje się jak najbardziej na czasie. Tym razem polityka jest na pierwszym planie, a biznes na drugim – przynajmniej na pierwszy rzut oka. Afera goni aferę: seks afera, afera podsłuchowa, afera z ustawionymi przetargami na sprzęt wojskowy. Tajemnicze taśmy, które ujawniają media i które obalają rządy, asystentki wykorzystywane seksualnie przez swoich szefów, upadające kopalnie i prywatyzacja kopalń, nowa zmiana, która rośnie w siłę wraz z upadkiem rządzącej partii. Skądś to wszystko znamy. To czasy postprawdy, które prawie sto lat temu, a może i dawniej przewidział Tadeusz Różewicz, bo przecież o tym jest jego wiersz "Przyszli zobaczyć poetę", w którym padają tego typu słowa: "widzę byle jakie działanie/ przed byle jakim myśleniem// byle jaki Gustaw/ przemienia się/ w byle jakiego Konrada// byle jaki felietonista/ w byle jakiego moralistę// słyszę/ jak byle kto mówi byle co/ do byle kogo// bylejakość ogarnia masy i elity// ale to dopiero początek". Wystąpienia w telewizji, telewizyjne debaty, filmiki nagrywane telefonem komórkowym, w których opowiada się o grożącym kalectwie i politycznej misji. Kabareciarze udający intelektualistów, farmazoni podający się za polityków. Dużo emocji, niewiele konkretów.

Grany przez Dorocińskiego bohater co jakiś czas podchodzi blisko do tych, którzy trują mu życie, i mówi im po prostu: zajebię cię. Po jego spojrzeniu można w ciemno założyć, że traktuje tę deklarację całkiem dosłownie. Daj nam, panie, więcej takich dziennikarzy.
Jakub Socha
Twitter, Facebook, YouTube – święta trójca przyszła i zmieniła wszystko, na początku tradycyjne media. Ich demontaż rozpoczął się już w pierwszym sezonie, w drugim obserwujemy ruchy tych, którzy jeszcze próbują walczyć. Ich symbolem jest niejaka Olga Rosińska, grana przez Kingę Preis redaktorka naczelna "Tygodnika", chodzący kombinat medialny. Rosińska nie dość, że zarządza gazetą, prowadzi audycję radiową, to jeszcze ma swój program w telewizji. Oczywiście też sporo tweetuje; jej wpisami zdaje się żyć cała Polska. Na jej tle Andrzej (Witold Dębicki), szef Grodeckiego z jego poprzedniej redakcji "Kuriera", to stary wiarus, Ostatni Mohikanin, pomnik przyrody, któremu pozostały tylko fajki, mocny alkohol i stary notes z kontaktami. To te trzy rzeczy trzymają go przy życiu. Sam Grodecki sytuuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma modelami bycia w zawodzie, a może raczej gdzieś obok. Bycie obok znaczy tu tyle, że grany przez Dorocińskiego bohater co jakiś czas podchodzi blisko do tych, którzy trują mu życie, i mówi im po prostu: zajebię cię. Po jego spojrzeniu można w ciemno założyć, że traktuje tę deklarację całkiem dosłownie. Daj nam, panie, więcej takich dziennikarzy – dziennikarzy, którzy potrafią stłuc gangstera, ganiać po dachach, oswobodzić się z kajdanek, zgubić ogon i jeszcze prowadzić śledztwo. Inna sprawa, że Grodecki prowadzi je w mało subtelny sposób – grzebie po koszach na śmieci, tłucze po twarzach, zastrasza, a gdy już zastraszy, mówi: teraz jesteś moim informatorem.

Dziennikarstwo śledcze chyba jednak jest trochę mniej kolorowe, bardziej skomplikowane i mozolne, to samo tyczy się świata i polityki. I choć "Pakt", bardzo sprawnie wyreżyserowany przez Leszka Dawida, bez wątpienia należy do czołówki polskich seriali, ma w sobie jedną, podstawową wadę: brak proporcji, przeskalowanie, które odbija się nie tylko na sposobie, w jaki bohaterowie poruszają się po mieście. Polska nie jest chyba aż tak mała, żeby mogła się pochwalić zaledwie dwójką dziennikarzy, jednym lobbystą, trojką polityków, trójką kapitalistów i dwójką agentów ABW. Wszystko w serialu praktycznie rozgrywa się między nimi i choć w obsadzie są świetne nazwiska (Kinga Preis, Magdalena Popławska, Adam Woronowicz, Zbigniew Zamachowski), to ma się wrażenie, że ci wszyscy ludzie coś za często na siebie wpadają i że za wiele mogą. W prawie 40-milionowym kraju prawdziwych graczy na scenie jest chyba jednak ciut więcej. Nikt mi nie wmówi, że polski kandydat na premiera, lider drugiej siły politycznej musi własnym samochodem odbierać łapówkę od biznesmena i własnym samochodem zawozić łapówkę innemu politykowi. Od tego przecież ma swoich ludzi. Przydałoby się ich w serialu ciut więcej, może udałoby się dzięki nim wszystkim porządnie zamieszać. Wtedy naprawdę byłoby jak w Polsce.


14