Darek Arest

Kalkulator mocy

Bez komentarza
/fwm/article/Kalkulator+mocy-126146
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Re%C5%BCyseria+w+dwie+godziny-121371

Reżyseria w dwie godziny

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Dwie godziny, może trzy – tyle trzeba poświęcić na "Reżyserię filmową" Mameta. A czyta się ją z rosnącą irytacją i zaciekawieniem.

Dwie godziny, może trzy – tyle trzeba poświęcić na "Reżyserię filmową" Davida Mameta, która niedawno pojawiła się w polskich księgarniach, a więc niewiele więcej niż na wizytę w kinie. Książeczka liczy niecałe 120 stron, oparta jest na serii wywiadów, które w 1987 roku Mamet wygłosił na wydziale filmowym Columbia University. Czyta się ją równocześnie z rosnącą irytacją i zaciekawieniem; nie przypominam sobie, żeby ostatnio jakikolwiek film mi coś takiego zrobił.



W momencie gdy Mamet wygłaszał swoje wykłady na nowojorskiej uczelni, był już jednym z głośniejszych amerykańskich scenarzystów. Miał na swoim koncie między innymi scenariusz do "Werdyktu" Lumeta i "Nietykalnych" De Palmy, samodzielnie wyreżyserował jednak zaledwie tylko dwa filmy: "Dom gry" i "Fortuna kołem się toczy". Ten pierwszy to, jak pewnie niektórym wiadomo, opowieść o znudzonej życiem psychoterapeutce, która wsiąka w środowisko szarmanckich oszustów, bohaterem drugiego jest pucybut staruszek, który decyduje się pójść do więzienia zamiast jednego z szefów mafii w zamian za worek pieniędzy. Nie są to rzeczy specjalnie powalające – w swoim debiucie Mamet stara się jak najpóźniej odsłonić karty, które ma w rękach, z tym że wychodzi mu to tylko przez pierwszą połowę. O drugim można dzisiaj powiedzieć może tylko to dobrego, że jest staroświecko pocieszny. Gdy już przebrnąłem przez książkę, specjalnie do tych filmów wróciłem, szukając odpowiedzi, skąd się wziął ton książki – jej narrator zachowuje się tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy, a na swoim koncie miał co najmniej "Dawno temu w Ameryce" i "Wściekłego byka". Pewnie część wygłaszanych przez niego mądrości dałoby się wytłumaczyć wiekiem – te konserwatywne łatwiej byłoby zrozumieć, gdyby stał za nimi starzec; te kontrowersyjne – gdyby ich autorem był próbujący ukryć swoją niepewność gówniarz. Ale nie – w '87 roku Mament miał czterdziestkę.

Sztuce współczesnej i kinu autorskiemu Amerykanin ma do powiedzenia jedno: może byście wreszcie dorośli. Irytuje go neurotyczność artystów; to, że bez przerwy grzebią w sobie, co kończy się według niego psychozą. Od Herzoga woli Caprę, doskonałym filmem ogłasza "Dumbo", bo wierzy tylko w jedno – opowieść. Reżyser to dla niego po prostu ktoś, kto opowiada historię – reżyseria to tylko przedłużenie pracy scenarzysty. Zapomnijcie o wizualnych atrakcjach, "malowaniu kamerą", kamera ma stać po prostu w tym miejscu, z którego najlepiej będzie można uchwycić czynności, które wykonuje bohater. "Jeśli zbyt szybko skupisz się na wizualnym aspekcie, przegrasz", powtarza autor "Reżyserii filmowej" za rosyjskim reżyserem teatralnym Gieorgijem Towstonogowem.



Nie powinieneś też myśleć za dużo o dublach i za bardzo wikłać się w rozmowy z aktorami. Liczmy dalej złote rady Mameta: duble tylko niepotrzebnie wydłużają dni zdjęciowe; są zbędne, bo utopijnym jest myślenie, że aktor zagra za ósmym razem coś lepiej niż za pierwszym. Aktorstwo powinno być pozbawione jakiejkolwiek emfazy. Nie ma czegoś takiego jak charakterystyka postaci, postać poznaje się w działaniu, a skoro tak, to aktor zamiast analizować rolę, wnikać w psychologię postaci, powinien ograniczyć się do wykonywania czynności: otwierać drzwi, wsiadać do samochodu, trzymać szklankę etc. Kto widział "Manchester by the Sea" i fantastyczną scenę, w której główny bohater spotyka po latach swoją byłą żoną – scenę, w której ta dwójka bez przerwy zacina się, żadne z nich nie potrafi dokończyć żadnego zdania czy gestu – ten wie, że czasami w ogóle nie chodzi o czynności, tylko na przykład o zwykłe emocje, których nie da się wyrazić ani poprzez fikołki, ani poprzez tarzanie się po dywanie. 

Myślenie Mameta o kinie napędza zasada K.I.S.S. – "Keep It Simple, Stupid". Zero ozdobników, fusów, sama logicznie rozwijająca się akcja. Tylko historia, "bieg następujących po sobie wydarzeń".
Jakub Socha
"Dopóki bohater chce coś zdobyć – pisze Mamet – publiczność mu kibicuje. Dopóki bohater w wyraźny sposób podejmuje działania, by zrealizować swój cel, widzowie będą się zastanawiać, czy mu się uda. W chwili, w której bohater, bądź twórca filmu, zaniecha starań, by coś osiągnąć, a zamiast tego stara się zrobić na kimś wrażenie, widzowie zapadają w sen. W kinie nie chodzi o pokazywanie charakterystyki postaci lub miejsca, od tego jest telewizja". Oto kolejna myśl Mameta, z którą spokojnie można dyskutować. Bo przecież są genialne filmy, w których w zasadzie chodzi właśnie wyłącznie o charakterystykę miejsca, są też rzeczy w telewizji, które spełniają założenia Amerykanina dużo lepiej niż jeden film kinowy.

Myślenie Mameta o kinie napędza zasada K.I.S.S. – "Keep It Simple, Stupid". Zero ozdobników, fusów, sama logicznie rozwijająca się akcja. Tylko historia, "bieg następujących po sobie wydarzeń". Najlepszy fragment książki to ten, który jest zapisem rozmów z uczestnikami wykładów. Mamet zadaje im proste zadanie: zbudujcie scenę, w której student próbuje na zajęciach zdobyć szacunek swojego profesora. Ktoś na początek rzuca takie rozwiązanie: "Wchodzi koleś do klasy i pierwsze, co robi, to siada obok profesora, przygląda mu się uważnie i... i słucha go bardzo uważnie, a kiedy profesorowi odpada sztuczna ręka, schyla się, podnosi ją i mu ją podaje". Oczywiście ten pomysł, daleki od K.I.S.S., zostaje przez Mameta zmiażdżony. Zaczynają raz jeszcze, a potem raz jeszcze. 

Mamet wierci studentom dziurę w brzuchach, każe im wymyślać kolejne ujęcia, a potem łączyć je w sceny, pamiętając, że każda scena koncentruje się na celu, który chce osiągnąć bohater, i kończy się, gdy cel ten osiągnie. Żeby do tego doprowadzić, trzeba ułożyć odpowiednio ujęcia – układ ujęć tworzy scenę, posuwa akcję do przodu i buduje sens, a obowiązkiem twórcy jest nadawanie sensu światu, bo widz chce odbierać świat jako coś sensownego. Oto cała filozofia Mameta, który w swojej książce próbuje zmusić studentów do logicznego myślenia. Do uzasadniania wyborów, a nie rozprawiania o swoich uczuciach. Śledzenie tego, wydawałoby się, prostego ćwiczenia odkrywa mechanizmy, które rządzą narracją i uczy innego patrzenia na film, jak na precyzyjną, rządzącą się swoimi prawami konstrukcję. Wielu mogłoby z tego skorzystać, nawet ci, którzy wcale nie są przekonani, że "obowiązkiem twórcy jest nadawanie sensu światu".

Mamet ma oczywiście zawężoną wizję kina i często przestrzela, ale jego niektóre uwagi mają w sobie coś ożywczego, chociażby ta: "Poprawić film, to spalić pierwszy akt". Przypomnijcie sobie jakikolwiek amerykański film i pomyślcie, czy bez pierwszego aktu nie byłby on lepszy. Albo obejrzyjcie jakiś polski film, na przykład "Konwój" Żaka, i spróbujcie go rozebrać tak, jak rozbiera kino Mamet – myślę, że będzie to bardzo interesujące, chociażby dla tych, którzy ciągle zastanawiają się, dlaczego nie ma u nas dobrego kina gatunkowego.
4