Darek Arest

Kalkulator mocy

Bez komentarza
/fwm/article/Kalkulator+mocy-126146
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Rozdziobi%C4%85+nas+geeki%2C+memy-114621

Rozdziobią nas geeki, memy

HOTSPOTPodziel się

Programy "Honest Trailers", "How It Should Have Ended" i "Everything Wrong With" to trzy organy współczesnej filmowej inkwizycji.

Podobnie jak większość publicznie dostępnych sieci i ten HOTSPOT nie jest szyfrowany: przeczytacie tu o wszystkim, czym aktualnie żyje kino, o sprawach aktualnych i tych z nieograniczonym okresem przydatności, szeroko komentowanych i niesprawiedliwie pomijanych, zjawiskach przecenionych i tych, których przecenić nie sposób. Na gorąco. W punkt.

***

Programy "Honest Trailers", "How It Should Have Ended" i "Everything Wrong With" to trzy organy współczesnej filmowej inkwizycji. "Mamy nasze wygórowane oczekiwania i nie zawahamy się ich użyć" – można by pokusić się o sformułowanie dewizy ich twórców. Pytanie tylko, czy takie – wyrastające przecież z miłości do kina – czepialstwo nie prowadzi czasem do psucia ukochanej zabawki.

"Ludzie, chyba właśnie złamaliśmy Jossa Whedona", przyznała ekipa youtube’owego kanału Screen Junkies w materiale poświęconym "Avengers: Czasowi Ultrona". W nieoczekiwanym przypływie autorefleksji i (sic!) szczerości charakterystyczny głos lektora cyklu "Honest Trailers" relacjonował ostatni zwrot w karierze reżysera: Whedon zrezygnował z pracy nad kolejną częścią "Avengers", skasował konto na Twitterze, nie ma żadnych nadchodzących projektów i generalnie "potrzebuje, żeby ktoś go przytulił". Powód? Twórcy Screen Junkies nie ukrywają, że – oprócz zwyczajowego stresu związanego z pracą przy wysokobudżetowym widowisku – Whedona pokonały "nierealistyczne nerdowskie oczekiwania". Sęk w tym, że to właśnie Screen Junkies jest jedną z kuźni owych oczekiwań.  

"Honest Trailers" (kanał Screen Junkies), "How It Should Have Ended" (kanał How It Should Have Ended) oraz "Everything Wrong With" (kanał CinemaSins) to przecież trzy organy współczesnej filmowej inkwizycji. Produkowane przez zaciekłych kinowych fanatyków programy zasadzają się na prostym pomyśle: nie ma filmu doskonałego. "Mamy nasze wygórowane oczekiwania i nie zawahamy się ich użyć" – można by pokusić się o sformułowanie ich dewizy. Pytanie tylko, czy takie – wyrastające przecież z miłości do kina – czepialstwo nie prowadzi czasem do psucia ukochanej zabawki. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że twórcy popularnych kanałów zbyt dosłownie potraktowali maksymę "kill your darlings".

Kinofilia, kinofobia

Oczywiście kinofilia – poniekąd wbrew swojej nazwie – wymaga czegoś więcej niż tylko stworzenia panteonu ukochanych twórców. Niezbędna jest tu również lista czarnych charakterów. Miłość do kina zawsze jest miłością do kogoś przeciwko komuś; gust tworzy się w równej mierze przez afirmację co negację. Godard, Truffaut i pozostali francuscy nowofalowcy – prawdopodobnie najsłynniejsi kinofile w historii – wynosili pod niebiosa pomijanych i niedocenianych twórców, przeciwstawiając ich "kinu papy", które rządziło na francuskich ekranach w latach 50. Ostrze swojej krytyki kierowali jednak głównie ku filmom, które nie spełniały ich wizji X muzy; o ulubieńcach pisali zaś w tonie jednoznacznie pochwalnym. Tymczasem współcześni kinofile z redakcji Screen Junkies czy CinemaSins okazują miłość w sposób cokolwiek przewrotny.

Owa postawa nie wzięła się jednak znikąd. To część szerszego zjawiska, jakim jest postępujące "odmagicznienie" kina. Wraz z rozwojem technologicznym rośnie dostęp do sprzętu wideo oraz do wiedzy o warsztacie filmowca. Kamerę – kiedyś sprzęt ekskluzywny – dziś każdy ma w kieszeni. Tajniki montażu przestają być wiedzą tajemną: pierwszy lepszy gimnazjalista skleja w swojej sypialni kolejne odcinki vloga i wrzuca je na YouTube'a. Zresztą nawet plan filmowy nie jest już terra incognita, odkąd Internet zalewają "szpiegowskie" zdjęcia zza kulis, a sami twórcy chętnie dzielą się w mediach społecznościowych postępami w pracy (pisałem o tym zresztą TUTAJ). Wydania DVD i Bluray z kolei pozwalają na dokładniejsze niż kiedykolwiek analizowanie filmów i tropienie realizatorskich wpadek.

Do tego dochodzi specyfika youtube'owego pokolenia. Choć za wspomnianymi kanałami stoją ludzie, którzy wychowali się jeszcze na VHS–ach, to przemawiają oni ironicznym językiem młodszej niż swoja generacji. Językiem, jaki dominuje w sieciowych skupiskach geeków – a może i w całej sieci. Tego typu postawę bezbłędnie portretuje tragikomedia "Earl i ja, i umierająca dziewczyna". Reżyser Alfonso Gomez-Rejon odwzorowuje w niej sposób myślenia współczesnych nastolatków, które zachowują się, jakby wszystko widziały i wiedziały. Para bohaterów filmu daje upust swojej pasji, realizując przewrotne parodie klasyków światowego kina. Ich wersja "Wściekłego byka" ("Raging Bull") nosi tytuł "Raging Bullshit", a "Anatomii morderstwa" – "Anatomy of a Burger". W ich świecie wszystko – również szacunek – wyraża się bowiem w cudzysłowie. Podstawową jednostką komunikacji jest dla nich mem, podstawowym trybem wypowiedzi – zblazowany tryb prześmiewczo-cyniczny. Tryb powielony w kolejnych "szczerych zwiastunach" i im podobnych.

Nakłada się na to jeszcze specyfika komunikatu medialnego. Wiadomo, że zła wiadomość wędruje w sieci szybciej. Więcej osób kliknie w filmik pod tytułem "Wszystko, co jest nie tak z ostatnim wielkim przebojem filmowym" niż w link "Wszystko jest jak najbardziej w porządku z ostatnim wielkim przebojem kinowym". A Screen Junkies czy CinemaSins to nie tylko kluby pasjonatów, ale i przedsięwzięcia biznesowe, których dyrektorzy zarządzający liczą "kliki" i wyciągają wnioski.  W 2014 roku Matt Singer, dziennikarz portalu The Dissolve, krytykował CinemaSins właśnie (między innymi) za schlebianie pospolitym gustom – za to, że kanał stawia pod pręgierzem przede wszystkim wielkie przeboje: mniejsza o ty, czy były one udane, czy nie – ważne, że cieszyły się zainteresowaniem publiczności. (Swoją drogą wyobraźcie sobie tylko "Honest Trailer" poświęcony jakiemuś filmowi – dajmy na to – Tsaia Ming-lianga czy Béli Tarra.) Dzisiaj The Dissolve już nie istnieje, a CinemaSins i Screen Junkies rosną w siłę; ci drudzy właśnie wprowadzili nową ofertę płatnego kontentu (tzw. "Screen Junkies Plus"). Wychodzi więc na to, że populizm jednak się opłaca, podobnie jak łatwizna. Prościej jest przecież zmieszać kogoś z błotem – choćby nawet w ramach pokrętnego wyznania miłości – niż chwalić w tonacji serio, bez koła ratunkowego ironii. Łatwiej piętnować, wytykać błędy, niż stawać w obronie. Inna sprawa, że ta krytyka faktycznie bywa konstruktywna. A przynajmniej zasłużona.
Prościej jest przecież zmieszać kogoś z błotem – choćby nawet w ramach pokrętnego wyznania miłości – niż chwalić w tonacji serio, bez koła ratunkowego ironii.
Jakub Popielecki
Misja: szczerość

Taka jest zresztą linia obrony samych zainteresowanych. Ekipy Screen Junkies i Honest Trailers twierdzą, że walczą o lepsze kino. O to, żeby producenci, scenarzyści i reżyserzy myśleli dwa razy, zanim wpuszczą na ekrany kolejne pisane na kolanie, pełne dziur fabułki, których realizacja kosztuje – bagatela! – setki milionów dolarów. Co więcej, owo poczucie misji idzie u youtuberów w parze z dystansem do siebie samych. W programie "Everything Wrong With CinemaSins" redakcja popularnego kanału sumiennie wyliczyła więc… własne grzechy. Screen Junkies potrafią z kolei od czasu do czasu przyznać, że w zasadzie nie mają się do czego przyczepić. Tak było w "szczerym zwiastunie" podsumowującym "Kapitana Amerykę: Zimowego Żołnierza". Cała litania żalów wygłoszonych pod adresem filmu została tam skompromitowana przez samych twórców jako tzw. "nit-picking", czyli rodzaj małostkowej i niezasłużonej krytyki. Żeby było jeszcze zabawniej, reżyserzy "Zimowego Żołnierza", bracia Russo, ujawnili w jednym z wywiadów, że są fanami kanału Screen Junkies i że zaprojektowali swój film tak, by był… uodporniony na "Honest Trailer"! A więc sukces na całej linii, wilk syty i owca cała.

Czy świadczyłoby to o tym, że zachodzi jakieś sprzężenie zwrotne między internetowymi narzekaczami a hollywoodzkimi decydentami? Że piętnujący fabularne dziury pasjonaci bywają słuchani przez tych u władzy i faktycznie mają pozytywny – a nie tylko negatywny – wpływ na zwyczaje produkcyjne Fabryki Snów? Joss Whedon niby przekonał się na własnej skórze, że łaska fanowska na pstrym koniu jeździ i nawet bóg geeków może łatwo zostać Judaszem. Ale na każdego Whedona przypadają kolejni bracia Russo, którzy ze starcia z Internetem wychodzą obronną ręką. Ciekawy jest na tym tle przypadek scenarzysty Zacka Stentza. Wprawdzie najpierw publicznie skrytykował on twórców Screen Junkies, potem jednak wystąpił w jednym z ich programów i z pokorą wysłuchał uwag pod adresem napisanego przez siebie "Thora". W kilku punktach nawet przyznał malkontentom rację. Być może wyszedł z założenia, że lepiej bestię udobruchać, niż zirytować. 

Problem w tym, że youtube'owa krytyka nieraz zapędza krytykantów w ślepy zaułek jałowego zrzędzenia. Singer pisał w swoim artykule, że po obejrzeniu kolejnych produkcji CinemaSins zamiast wrażenia, że "czasem nawet dobry film ssie", miał refleksję, że "w zasadzie każdy film ssie". I jest trochę racji w jego zarzucie, że kinofile-hejterzy promują zniekształcony obraz kina jako blagi, z którą można w zasadzie zrobić tylko jedno: zdemaskować ją. Założyciele CinemaSins oczywiście bronią się w wywiadach: To mit, że wytykanie błędów odbiera filmom cały urok. Czy rozłożenie na elementy składowe "Powrotu do przyszłości" zmieniło coś w czyimkolwiek odbiorze filmu? – pytają retorycznie. Sami zaznaczają zresztą, że przygotowując swoje programy, oglądają filmy na nowo, z założeniem "do czego by się tu przyczepić". Czyli inaczej, niż robią to na co dzień. I w tym sęk. Bo co będzie, jeśli odbiorcy wyciągną z ich materiałów zły wniosek i zaczną z zasady oglądać filmy "krytycznie"?

Everything wrong with "Everything Wrong With"

Krytyczne myślenie – jak wiadomo – to dobra rzecz. Podważanie filmowych skrótów myślowych, wyzwalanie się z otępiającej mocy Spektaklu, odkrywanie drugiego dna w pozornie niewinnych realizatorskich zabiegach – wszystko to jest w cenie. Przyklasnąć trzeba też samej chęci podejmowania wyzwań. Zdarza się przecież, że Screen Junkies czy CinemaSins biorą na tapetę produkcje unieruchomione w pomnikowych pozach; filmy, o których wydaje się, że nie sposób powiedzieć jeszcze cokolwiek nowego. A czasem przecież im się to udaje – i dobrze usłyszeć parę cierpkich słów pod adresem ukochanych "Gwiezdnych Wojen" czy "Króla Lwa". Tyle że nasi youtube'owi inkwizytorzy – zwłaszcza ci z ekipy CinemaSins – do cedzenia grzechów używają dość wąskiego sita. Nie interesuje ich film jako nośnik pewnych tematów, nie interesuje ich film jako sztuka. Ich refleksja o naturze X muzy jest w gruncie rzeczy dość naiwna. Kino traktują – iście po amerykańsku – jako mechanizm czysto narracyjny. Na ekranie widzą pewien świat wykreowany według zasad ogólnie przyjętego "realizmu". Świat, który można potem wedle tych zasad rozliczać. I na tym zwykle kończą się ich "krytyki".
wewnetrzne_1.jpg

Fakt, nieraz skutkuje to intrygującymi spostrzeżeniami na temat tego, jak kinowa iluzja samoistnie rozsadza się od środka. Przykładowo: CinemaSins zwracają uwagę, że Peter Parker w "Niesamowitym Spider-Manie" używa internetowej wyszukiwarki Bing. A – umówmy się – nikt nie używa Binga. Szkoda tylko, że twórcy zatrzymują się na samym spostrzeżeniu. Wystarcza im żart; nie idzie za nim refleksja, chociażby taka o korporacyjnej praktyce lokowania produktów (inna sprawa, że rozrywkowy kanał na YouTubie to chyba nie miejsce na takie dywagacje). Wiele filmów ma jednak dużo większe problemy niż podejrzany rodzaj przeglądarki używanej przez głównego bohatera. Ale kiedy (kluczowe dla finałowego efektu!) wątpliwe wybory scenariopisarsko-reżyserskie punktowane są tuż obok nic nieznaczących błahostek, powstaje wrażenie, że błąd błędowi równy, a filmy składają się w zasadzie z samych pomyłek. Brakuje tu jakiejś hierarchii "grzechów". To poczucie powiększa się jeszcze wraz z wydłużaniem średniego czasu odcinka "Everything Wrong With": pierwsze epizody miały niewiele więcej niż dwie minuty, obecnie dobijają nawet do dwudziestu. Efekt? Chaos komunikacyjny. Oraz zmęczenie.

Te tyrady nie służą do tego, by brać je na serio, mają przede wszystkim bawić. Ich twórcom – zwłaszcza realizującej regularne animowane filmiki ekipie How It Should Have Ended – bliżej zresztą do kabaretu niż rasowej krytyki filmowej. Gdyby pokusić się o bardziej filmowe porównanie: ich klipy mają coś z twórczości tria ZAZ (David Zucker, Jim Abrahams, Jerry Zucker). Trzej panowie wykpiwali przecież w swoich produkcjach ("Czy leci z nami pilot?", "Naga broń") hollywodzkie przyzwyczajenia i klisze w sposób całkiem zbliżony do praktyk dzisiejszych youtuberów. Śmiech był dla nich narzędziem krytyki – ale i hołdu; zupełnie jak na najpopularniejszych "czepialskich" profilach. Dlatego nie zrozumcie mnie źle: nie oczekuję, że Screen Junkies będą współczesnym Bazinem, CinemaSins – Kracauerem, a How It Should Have Ended – Deleuzem. Chciałbym jednak, żeby osoby prowadzące powyższe kanały nie dały się porwać pokusie totalnego czarnowidztwa, żeby nie uśmiechały się jedynie sardonicznie. Fajnie byłoby, gdyby nie zapominały – i nie dawały zapomnieć nam – że kino ma być przede wszystkim naszym przyjacielem. A kim jest przyjaciel, wiadomo. To ktoś, o kim wiesz wszystko, a mimo to chcesz z nim dalej przebywać.
48