Jakub Socha

Czekając na Mela Gibsona

Gorączka złota
/fwm/article/Czekaj%C4%85c+na+Mela+Gibsona-125772
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Rozmawiamy+z+Tomem+Hiddlestonem-118433

Rozmawiamy z Tomem Hiddlestonem

WYWIADPodziel się

O aktorstwo, życie w MCU oraz "Nocnego recepcjonistę" pyta Diana Dąbrowska.

Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać – jako Loki próbował zawładnąć światem, jako mieszkaniec "High Rise" brał udział w klasowej rewolucji, a teraz jako James Bo… wróć… Jonathan Pine z serialu stacji AMC "Nocny recepcjonista" wyrusza na niebezpieczną szpiegowską misję. 

***

Niektórzy upatrują w Twoim występie w "Nocnym recepcjoniście" przymiarki do roli najsłynniejszego agenta brytyjskiego wywiadu. Jak traktujesz te porównania?

W "Bondach" jest chyba więcej eksplozji… A poważnie to i tu, i tu mamy postać agenta, uwodzicielski czarny charakter, piękną kobietę do ocalenia, opiekunkę będącą po stronie prawa oraz zmysłowe krajobrazy, które tylko pozornie są rajem na ziemi, bo niekiedy stają się kolebką skazy i zepsucia. Nie ma co ukrywać, że moja postać będzie porównywana do Bonda, ma zresztą za sobą autorytet MI6. Tyle że mój bohater nie posiada słynnej licencji na zabijanie, nie jest agentem z serii podwójnych zer ("double 0"). Ma za to odwagę i odgórne przyzwolenie na to, żeby na różne sposoby przekraczać granicę i to w relacji ze wszystkimi – od przełożonych po wrogów. Głównym celem agenta Jonathana Pine'a jest przecież zyskanie zaufania "prawdziwego diabła", "najgorszego człowieka" na ziemi, jakim jest Richard Onslow Roper. I zrobi w tym celu wszystko.   

O ile w "Bondach" relacja między bohaterem a jego antagonisty jest od początku dość oczywista, o tyle w "Nocnym recepcjoniście" ta granica zostaje zatarta. Chodzi raczej o szaradę, chęć upodobnienia się do swojego wroga. 

Pine jest dla Rope'a rodzajem krzywego zwierciadła. Ci bohaterowie są produktami brytyjskiej ideologii, edukacji, demokracji… Tyle że Roper decyduje się wykorzystać tę wartość w sposób egoistyczny i moralnie nieprzyzwoity. Aby żyć w luksusie, zdecydował się poświęcić wielu niewinnych. I wykorzystał do tego atak chemiczny. Mój bohater – były żołnierz – wie dokładnie, jakie są skutki tych narzędzi, tej broni. Pine rozumie połączenie między narzędziami, przemocą a ofiarami. Posiada jeszcze moralny kręgosłup, bo nawet jeśli czyni zło, to robi to, aby nastał pokój, aby skrócić czyjeś cierpienie. Rope jest międzynarodowym jokerem, który wierzy w to, że chaos i tak zapanuje na świecie. Ktoś będzie z tego czerpał pieniądze i Roper myśli sobie: dlaczego nie ja? A Pine wręcz przeciwnie – czuje się zobowiązany do ocalenia świata. Jest takie znane powiedzenie Edmunda Burke’a, które idealnie oddaje zamysł powieści Le Carre'a – "Wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili, a zło zatriumfuje".

Choć pracowaliście z Hugh Lauriem po raz pierwszy, wytworzyła się między Wami niezwykła chemia. Jako widzowie chcemy zapomnieć po części, że jesteście wrogami, wolelibyśmy Was postrzegać jako przyjaciół, jako ucznia i mistrza. 

I to jest właśnie ta niezwykle piękna ambiwalencja, którą możesz znaleźć u Le Carre'a. Pine i Roper są w pewnych względach niezwykle podobni. Odróżnia ich moralność. Pine ma świadomość dobra i zła. Roper sam ustala drabinę wartości i sprawiedliwości. Jest królem świata, który sam stworzył. Ale pod względem manier, elegancji i aury są dla siebie niemalże stworzeni. I mam wrażenie, że tworzenie tej relacji przychodziło niemal organicznie. Na pewno miał na to wpływ fakt, że panowaliśmy nad projektem od realizacji pierwszego odcinka – siedzieliśmy przy stole z resztą ekipy producentów, z twórcami adaptacji i wspólnie pracowaliśmy nad scenariuszami poszczególnych części. Zaangażowanie i pasja Lauriego dla tego projektu nie miała sobie równych – w końcu chciał zrealizować tę adaptację od ponad dwudziestu lat. Zbliżyliśmy się zatem do siebie na tyle, że w momencie spotkania na planie czuliśmy niezwykły komfort. W rzeczywistości Laurie jest nie tylko przeciwieństwem człowieka, którego odgrywa, ale też czuje się bliżej związany z postacią Agenta Pine'a, którego niegdyś chciał zagrać. Stąd może jego fascynacja moją interpretacją tej postaci.

Czy już wcześniej byłeś miłośnikiem twórczości Le Carre'a?

I to jakim! W wieku siedemnastu lat przeczyłam po raz pierwszy "Druciarza, krawca, żołnierza i szpiega" i od tego czasu uważam go za prawdziwego mistrza literatury szpiegowskiej. Szybko doceniłem również to, że Le Carre jest niezwykle skrupulatnym obserwatorem brytyjskiej psychiki, zachowań i wszelkich uwikłań naszego społeczeństwa. Zauważył i opisał wszystkie sprzeczności związane z "brytyjskością", a jest ich naprawdę sporo. To pisarz, który posiada niezwykle analityczny umysł, skupia się na detalach, dlatego tak dobrze czyta się jego powieści. To się nie zmieniło do dziś.

A czy miałeś okazję poznać pisarza w trakcie pracy nad serialem? Serialem – dodajmy – przy którym pracowałeś nie tylko jako aktor, ale również jako producent wykonawczy.

Poznanie Le Carre'a  było ogromnym przeżyciem. Jeśli tylko mam możliwość, to stawiam sobie za cel dotarcie do samego "źródła" dzieła czy też projektu, którym się zajmuję. Czuję wręcz rodzaj odpowiedzialności, nakazu, aby oddać cześć komuś, kto jako pierwszy uformował świat, do którego wchodzę i który będę – na nowo – uzupełniać. To samo przydarzyło się w momencie przygotowań do "Czas wojny" Stevena Spielberga – bardzo mi zależało na spotkaniu z Michelem Morpurgo, autorem noweli będącej pierwowzorem filmu. W przypadku Le Carre'a byłem pozytywnie zaskoczony jego życzliwością i otwartością na wszelkie interpretacje, przyzwoleniem na improwizowanie. Pamiętam, że najwięcej dało nam takie posiedzenie, w którym całym składem odczytaliśmy przy nim scenariusze do wszystkich sześciu odcinków – bez przerw właściwie, wszystko podane w jednym rzucie. Zaraz po wysłuchaniu tej lektury Le Carre na gorąco podzielił się z nami pożytecznymi komentarzami. 

Czy możesz przywołać jakiś przykład wspomnianych uwag pisarza, które znacząco odcisnęły się na kształcie późniejszej serii?

Bardzo mu się spodobał pomysł, aby przekształcić postać Leonarda Burra w kobietę – Angelę Burr. Le Carre zasugerował, aby Angela oczywiście nie ustępowała w niczym męskim bohaterom opowieści, ale jednocześnie zachowała delikatność i empatię. Podkreślał, że taki jest właśnie charakter "pracy w terenie". To nie jest tak, że jak agent zrobi coś nie tak, to przekładasz go przez kolano i dajesz mu klapsa. W tych relacjach kryje się, prócz dyscypliny, duży szacunek. Relacja między Jonathanem a Angelą musi być zdecydowanie bardziej subtelna, intelektualna, psychologiczna. Fakt, że Olivia Colman była w ciąży w trakcie realizacji zdjęć, dodawał tej relacji nowy wymiar – być może Angela Burr traktuje Pine'a po części jak syna? Albo tak bardzo zależy jej na powodzeniu tej misji,  bo chce wychowywać dziecko w odrobinę lepszym świecie? Uważam to za niesamowitą obserwację ze strony Le Carre'a, która świadczy o jego wnikliwości, wiedzy, ale również niezwykłej wrażliwości. Wiadomo, że staraliśmy się uwspółcześnić tę historię – miała być wiarygodna, ale także pozostać thrillerem, trzymać współczesnego widza w napięciu. Duch Le Carre'a wciąż tam jest i jeśli ktoś zna twórczość pisarza, rozpozna jego postaci.

A jakich zmian dokonaliście w Twojej postaci? "Nocny recepcjonista" powstał na początku lat 90. – inna była też sytuacja polityczna, agent Pine walczył wówczas nie w Iraku, a w Irlandii Północnej. 

Jeśli dokonaliśmy zmiany, to tylko po to, aby uwiarygodnić konflikt fabularny. Najbardziej zależało mi jednak na tym, aby przejąć z prozy Le Carre'a ten specyficzny, bardzo czysty rodzaj gniewu i sprzeciwu wobec przemocy i niesprawiedliwości. I to się nie zmienia, pozostaje uniwersalne. Warto zauważyć, że wraz z biegiem czasu Le Carre stawał się coraz bardziej bezkompromisowy w opisie ludzi, którym uchodziło płazem wykorzystywanie władzy. Agent Pine z "Nocnego recepcjonisty" był bodaj pierwszym bohaterem w jego dorobku, który miał alergię na hipokryzję czy korupcję, namacalny wstręt do wszelkich nadużyć władzy. Tajemnicą nie jest również fakt, że ostatnie dwa odcinki serialu są w pewnym sensie autonomiczne wobec powieści, jeśli chodzi o bieg wydarzeń fabularnych.

Ciekawym rozwiązaniem jest fakt, że tak "męski" i "brytyjski" projekt zrealizowała duńska reżyserka Susanne Bier. Co wniosło zatem spojrzenie outsiderki?

Ona ma niezwykły zmysł do dekonstrukcji. Tylko ktoś "z zewnątrz" od razu miał w rękach odpowiednie narzędzie i perspektywę. Susanne jest niezwykle konkretna i nie bawi się w zbędne subtelności, które my Brytyjczycy z natury ubóstwiamy. Jeśli nie wierzy w czyjąś grę podczas kręcenia ujęcia to od razu krzyczy "cięcie" i zaczynamy od nowa, aż do skutku. Nie zapomnę, jak mówiła Olivii Colman: "Czy mogłabyś chodzić mniej jak ciężarna?". Właściwie to wyglądało niemalże tak, jakby miała ubaw z tych naszych małych, brytyjskich klasowych obsesji, ze sposobu, w jaki się do siebie na co dzień zwracamy, z tego jak my Brytyjczycy próbujemy mówić prawdę w taki "oficjalny", pokrętny sposób…  To silna kobieta, twarda i nieustępliwa reżyserka. Susanne rozumiała zresztą od samego początku, że ten serial pragniemy skierować do szerszej, międzynarodowej widowni i że trzeba tę historie trzymać w stałym napięciu pomiędzy różnymi kulturami, spojrzeniami… Pine musi być stale kuszony przez Ropera. Należało w tym celu stworzyć luksusowy raj, który będzie emanował wręcz seksapilem, namiętnością. Pine musi się pobrudzić, aby ostatecznie zostać wiarygodnym, moralnym zwycięzcą. Jako aktorzy musieliśmy najpierw siebie skutecznie uwieść nawzajem, żeby potem uwieść widzów. Dlatego też postać pięknej, długonogiej Jade (Elizabeth Debicki) staje się metaforą tego raju, który jest seksowny, namiętny, ale zarazem zimny, pełen skaz i bólu. 

Czy próbujesz za sprawą "Nocnego recepcjonisty", ale też ról w "High Rise" Bena Wheatleya czy "Crimson Peak" Guillermo del Toro odciąć się od kultowego już wizerunku Lokiego?
Muszę stawiać sobie jakieś wyzwania, inaczej nie czerpałbym z tej profesji żadnej radości. Lubię doznawać różnych emocji – być na dnie i na samym szczycie, doświadczać skrajności.
Tom Hiddleston

Bez różnorodności nie ma życia. Muszę stawiać sobie jakieś wyzwania, inaczej nie czerpałbym z tej profesji żadnej radości. Lubię doznawać różnych emocji – być na dnie i na samym szczycie, doświadczać skrajności. Wielu porównuje aktorstwo do podróży – z mojej perspektywy jest to bardziej "osiedlanie się" na nowym, niezbadanym gruncie. To daje ci nową perspektywę na siebie i świat. Następnie znów zmieniasz przestrzeń i odkrywasz nowe aspekty. To zawsze jest proces. 

Bez ciebie nie doszłoby do realizacji tak spektakularnych, a zarazem ryzykownych projektów jak "High Rise".
Taka jest natura przemysłu filmowego. Zawsze będę cieszył się z tego, że udało mi się uzyskać popularność i pozycję w ramach Marvel Cinematic Universe. Duży sukces komercyjny otwiera drzwi do mniejszych projektów, pozwala zaryzykować z czymś niszowym, dziwnym. Przed Marvelem tego nie miałem. A teraz mogę wspomóc niezależnych filmowców w realizacji ich marzeń. Sponsorzy skrupulatnie obliczają, jakie zyski może im dać moje nazwisko, mają to wszystko wykalkulowane. I jeśli taka władza jest skutkiem ubocznym bycia Lokim, to nie ma o czym mówić. Czuję się pożyteczny. Jeśli spodoba mi się scenariusz jakiegoś niezależnego filmu, mogę śmiało dyskutować, mogę się z czymś nie zgodzić, coś usprawnić.

A pracując z Marvel Studios, też możesz się na coś nie zgodzić?  

Niekoniecznie… Wiadomo, że to nie jest jednorazowy kontrakt. Ale z drugiej strony – mamy do czynienia z niezwykle kreatywną grupą, która myśli przyszłościowo o aktorze i stara się ciągle rozwijać postać. Nie wyobrażają sobie sytuacji, żebyś się dusił w gorsecie określonej konwencji, pomysłu na postać. Z bohaterem musisz się połączyć na organicznym poziomie – nie tylko dla fanów, ale przede wszystkim dla siebie samego, bo ta współpraca jest szerzej zakrojona od samego początku. Scenarzyści są wyczuleni na wszelkie uwagi z naszej strony, czerpią też z naszego doświadczenia, biorą pod uwagę proces wchodzenia w skórę postaci, stawania się nią.

Swoją gwiazdorską pozycję wykorzystujesz nie tylko w filmowym świecie. Od lat jesteś ambasadorem UNICEF-u. 

Boje się mówić o tym rodzaju "władzy", nie chcę wyjść na aroganta. Wiadomą rzeczą jest, że kiedy ludzie zaczynają cię słuchać, możesz powiedzieć im istotne rzeczy. A ja chcę, żeby mój głos się liczył, chciałbym pomagać mniej uprzywilejowanym. To jest niesamowita odpowiedzialność. Przez długi czas zastanawiałem się, jak ukierunkować tę siłę. Wybrałem UNICEF. Oczywiście rzadko mogę być "w terenie", ale wspieram ich idee, każde dziecko powinno mieć równorzędny start, nie powinno być naznaczone piętnem wojny, kataklizmów. Zasługuje na szczepionki, leczenie, o jedzeniu i czystej wodzie nie wspominając. 

Od zawsze chciałeś być aktorem?

Właściwie tak. To w sumie niesamowite, że kiedy jesteś dzieckiem, dostajesz obsesji na punkcie jakieś rzeczy i nie potrafisz tego wytłumaczyć. I tak mi zostało. Zawsze pociągały mnie historie – chciałem być ich częścią, chciałem je opowiadać. 
12