Jakub Socha

Wydarzenia w czasie rzeczywistym

Gorączka złota
/fwm/article/Wydarzenia+w+czasie+rzeczywistym-122852

Rozmawiamy z gwiazdami "Johna Wicka 2"

Podziel się

Michał Walkiewicz przepytał Keanu Reevesa i Ruby Rose.

Z obsadą i ekipą wchodzącego w przyszłym tygodniu na polskie ekrany "Johna Wicka 2" spotkaliśmy się na planie w Nowym Jorku. O trudnej sztuce gun-fu (a nawet car-fu), najlepszych ciuchach dla płatnych zabójców, a także wyczuciu stylu i poczuciu rytmu Michał Walkiewicz porozmawiał z gwiazdami produkcji, Keanu Reevesem oraz wcielającą się w rolę antagonistki tytułowego bohatera Ruby Rose ("Orange Is The New Black").   

***

W pierwszej części John Wick mści się za śmierć psa. Mam nadzieję, że w "Johnie Wicku 2" nie ginie drugi pies. Albo - w myśl klasycznej reguły sequela – dwa psy. 

KR: Na szczęście nie musieliśmy się do tego uciekać. Jestem zdania, że warto mieć lepszy pomysł na sequel. Rozmawialiśmy o tym przez ponad pół roku, jeszcze zanim rozpoczęła się preprodukcja.  

Śmieję się, ale to był silny katalizator naszej empatii i sympatii dla bohatera. Sporo mu wybaczyliśmy. 

KR: Mam nadzieję, że nie był to jedyny powód. Nie zabijemy kolejnego psa, ale wciąż chcemy opowiedzieć historię tego faceta i chcemy, aby trzymała się kupy. Nowym zapalnikiem fabuły jest tym razem przeszłość Johna Wicka, która powraca, aby go dopaść. Facet chciałby przejść na emeryturę – jak to John Wick – ale z mroków przeszłości wyłania się czarny charakter grany przez Riccardo Scamarcio. I oczywiście robi sporo zamieszania. 

Kiedy ostatni raz widzieliśmy Johna, nie był w najlepszym stanie. Jak wrócił do siebie?

KR: Wystarczyło mu około pięciu dni. Po rozprawieniu się z rosyjską mafią musiał wrócić do domu po samochód. To potężna motywacja. 

Rosjanie wyeliminowani. Teraz czas na Włochów. Nie skończą Wam się wkrótce mafijne evergreeny? 

KR: I tu się mylisz. Wcale nie skończyliśmy z rosyjską mafią. Ten rozdział w życiu Johna wciąż jest otwarty.

Co lubisz w swoim bohaterze najbardziej? 

KR: Podoba mi się jego silna wola. To człowiek o wielkiej pasji. Chce uciec od starego życia; walczy o to, żeby żyć na własnych warunkach. I chciałby, żeby wszyscy wreszcie zostawili go w spokoju. Przestrzega reguł, ale do czasu, gdy stoją w sprzeczności z jego potrzebą niezależności.

Wchodząc na plan sequela, nie włączasz autopilota?

KR: To kwestia podejścia. Lubię pracować z Chadem Stahelskim, podobał mi się scenariusz. Jeśli jest w tobie entuzjazm i jest on szczery, to nie masz problemu, żeby wracać do postaci, zagłębiać się w nią, pokazywać ją z nieco innej strony. Przy okazji rozbudowujesz uniwersum, dorzucasz kolejne cegiełki do tego świata.

Mówisz o pasji. Czy jest równie silna jak piętnaście czy dwadzieścia lat temu?

KR: Nic się w tym względzie nie zmieniło. To zabawne, bo Dave’a Leitcha i Chada znam od 1998 roku, pracowaliśmy razem przez wiele lat; to w dużej mierze za moją sprawą znaleźli się za kamerą "Johna Wicka". A jeśli chodzi o inne filmy, to chciałbym powiedzieć coś kontrowersyjnego, ale prawda jest taka, że sprawia mi to taką samą frajdę jak dawniej. 

Dlaczego David Leitch zrezygnował z pracy przy sequelu?

KR: Zrezygnował, ale nie na samym początku. Dave i Chad pracowali razem nad sequelem od początku, zbierali pomysły. Później Dave wybrał swój autorski projekt, a Chad został sam. Ale poradził sobie dobrze, nikt nie uciekł z jego łodzi. 

A Ty, Ruby? Twoja postać, zabójczyni na usługach głównego antagonisty, nie przypomina innych femme fatales kina akcji. 

RR: Rozmawialiśmy sporo z reżyserem Chadem Stahelskim o tym, jak ma być nakreślona ta postać. W  poprzednim filmie również mieliśmy profesjonalną zabójczynię (Panna Perkins, zagrała ją Adrianne Palicki – przyp. red.), ale nie chciałam, by nasze postacie były do siebie zbyt podobne. Moja bohaterka nie jest uwodzicielką. Zależało mi na tym, by posiadała specyficzny rodzaj wyrafinowanego seksapilu, ale żeby jej najsilniejszą bronią były jednak umiejętności zabójczyni. 



Możesz powiedzieć coś o jej przeszłości?

RR: Mogę. Ale musiałabym Cię zabić. 

Rzeczy, o których mówisz, chyba całkiem nieźle odzwierciedla jej wygląd. Kolor kostiumu, uczesanie, nieco androgyniczny styl. 

"John Wick" to trzy składniki. Po pierwsze, niepodrabialna choreografia pojedynków. Po drugie, charakterystyczny styl wizualny, pełen jazd i mastershotów. Po trzecie, stylizacja bohaterów – kostiumy oraz to, co mówią one o postaciach.
Ruby Rose
RR: "John Wick" to trzy składniki. Po pierwsze, niepodrabialna choreografia pojedynków. Po drugie, charakterystyczny styl wizualny, pełen jazd i mastershotów. Po trzecie, stylizacja bohaterów – kostiumy oraz to, co mówią one o postaciach. Miałam kilkanaście fenomenalnych garniturów, inne do scen w Nowym Jorku i zupełnie inne w Rzymie. Zawsze wyobrażałam sobie moją bohaterkę jako killerkę w typie żeńskiej wersji 007; nieco zuniformizowaną, jeśli chodzi o wygląd. Która musi walczyć i musi być jej wygodnie, ale jednocześnie nie powinna wzbudzać podejrzeń. Gdybyś zobaczył ją na ulicy, pomyślałbyś, że to całkiem normalna, elegancka kobitka. Do głowy by Ci nie przyszło, że właśnie wycięła w pień paru facetów. Projektant, który pomógł osiągnąć ten efekt, jest niesamowity. 

KR: Luca Mosca! To magik. Sequel pozwolił mu poszaleć, stworzył po kilkanaście świetnych kostiumów – do scen walk, na salony, na ulicę. 

Tyle samo co kostiumy, mówi o Johnie Wicku język ciała, ekspresja. Przypomina mi się scena, w której jest poirytowany, gdy tuż przed egzekucją bandziora zacina mu się pistolet. 

KR: Tak, to była wizytówka tej postaci. Chodziło o to, by sposób, w jaki się porusza i walczy, był organicznie zestrojony z jej charakterem. Sposób przeładowywania broni, chwile, w których się zacina – wszystko przećwiczyliśmy z koordynatorami. Było ich mnóstwo, nawet nie wiesz, ile jest rzeczy, których możesz być koordynatorem.

Pomagałeś im z choreografią pojedynków, przy firmowym gun-fu?

KR: Nie było sztywnych podziałów; nad większością rzeczy pracowaliśmy wspólnie. Wynika to w dużej mierze ze stylu walki bohatera. Są w nim elementy judo, jest trochę ju-jitsu, chcieliśmy dorzucić do tego kociołka więcej rzeczy. Ktoś odpowiadał za gun-fu, kto inny za kaskaderów, a nawet za car-fu. John nie używa jednej techniki, miałem zróżnicowane treningi. Zależało nam, jakkolwiek to brzmi, żeby sceny walk i pościgów były jeszcze ambitniejsze. 

RR: Oglądanie tego faceta w akcji to jakiś odlot. Zupełnie inny rodzaj rytmu, elegancji ruchów. Zwłaszcza z bronią.
 
Ty chyba też dostałaś swoje zabawki na planie? 

RR: Robiłam wcześniej film, w którym ganiałam z giwerą, ale to było nieporęczne uzi. Tutaj jestem wyspecjalizowana w nieco subtelniejszych sposobach zadawania śmierci. Chociaż, owszem, miałam trening z bronią, bo wbrew pozorom nie jest łatwo sprawić, by jej obsługa wyglądała dobrze na ekranie. Jak ją wyciągać z kabury, przeładowywać, jak celować –tego wszystkiego trzeba się nauczyć. 

Trening był wymagający? Keanu sprawiał na torze przeszkód wrażenie chodzącej maszyny do zabijania. Jak było z Tobą? 

RR: Za wysokie progi. Grafik nie pozwalał mi poszaleć. Kończyłam kręcić swój program, a później miałam zaledwie dwa tygodnie przerwy i leciałam na plan "Johna Wicka 2". Nie miałam wiele czasu na trening. Co prawda ćwiczyłam wcześniej boks, więc pewne rzeczy się przydały – określone piwoty, uniki, ciosy – ale "John Wick" to jednak nieco inna dynamika, więcej w nim pokazowych sztuk walki. Boks ma zupełnie inny charakter, odmienny rodzaj sportowej "elegancji". Ale się wypociłam. Miałam nawet przez chwilę kaloryfer. Potem opuściłam plan i poleciałam do Memphis na dwa wieczory. Zjadłam trochę smażonych, smażonych i jeszcze smażonych rzeczy i kaloryfer zniknął. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Nie wiem, jak Keanu to robi, że  wciąż wygląda na 25-latka, to cud natury i absurd, to facet o najlepszej kondycji na świecie. 

Nad większością rzeczy pracowaliśmy wspólnie. Wynika to w dużej mierze ze stylu walki bohatera. Są w nim elementy judo, jest trochę ju-jitsu, chcieliśmy dorzucić do tego kociołka więcej rzeczy. Ktoś odpowiadał za gun-fu, kto inny za kaskaderów, a nawet za car-fu. (...) Zależało nam, jakkolwiek to brzmi, żeby sceny walk i pościgów były jeszcze ambitniejsze.
Keanu Reeves
Czy fakt, że zajmujesz się profesjonalnie muzyką pomagał ci w scenach akcji?

RR: I tak, i nie. Podstawą tych scen jest rytm, jasne. Ale to rytm bliższy tańcu. Jest różnica pomiędzy rytmem, który czujesz, tworząc albo słuchając muzyki. Więcej w tym matematyki, liczenia taktów, pewnej ścisłości. Czym innym jest rytm dla tancerza. Nie jestem najlepiej skoordynowaną tancerką pod słońcem, zawsze też wolałam boks od kickboxingu. Dla mnie rytm to coś, co może wybić komputer, na co istnieje wzór, co da się zapamiętać – tak też podchodzę do tańca, dla mnie to jest zawsze zestaw jakichś ruchów, tak pracuje mój mózg. Nagrywaliśmy jedną scenę, próbowaliśmy ją doprowadzić do perfekcji, wracałam do domu i zbijałam piątkę z agentką. Po czym okazywało się, że nic z tego się nie nadaje, że szukamy czegoś innego. A potem kolejna przewrotka i kolejna. Ale nie będę narzekać – mam nadzieję, że wyszło dobrze. No i nauczyłam się wielu niesamowitych ruchów, których już nigdy w życiu nie użyję. 

Rytm pojedynków wiąże się bezpośrednio z formą. W przeciwieństwie do innych filmów akcji mniej tu dynamicznego montażu, a więcej mastershotów. 

KR: Utrzymanie tego stylu było istotne. Z pozoru to po prostu ułatwia zbudowanie konwencji "baletu śmierci". Ale wydaje mi się również, że ten rodzaj kręcenia narzuca inny rodzaj więzi z bohaterem. Podążamy za nim krok w krok, nie odklejamy się od ekranu, jesteśmy na bieżąco z jego mimiką i językiem ciała. Tańczy bohater, tańczy kamera, a więc widz siłą rzeczy również. Anamorficzne kamery i specjalne filtry użyte przez operatora Dana Laustsena pomogły podrasować ten efekt. 

Rozumiem, że scena w wielkim gabinecie luster będzie dla filmu kluczowa?

KR: To nasze oczko w głowie, hołd dla Bruce'a Lee i "Wejścia smoka". Jedno z wielu odniesień filmowych, którymi po prostu oddycha Chad

Nie byłeś zdezorientowany?

KR: Wbrew pozorom, to trudniejsze dla operatora niż dla aktora – ustawienie kamer w takich warunkach to wyższa szkoła jazdy. Ale coś w tym jest. Wszystkie te podwójne i potrójne odbicia, aktor i postać, myśliwy i zwierzyna, ludzie, którzy się pojawiają, i ci, którzy znikają. Dziwne uczucie. 

Dla mnie, jako fana podobnego kina akcji, "John Wick" to przede wszystkim imponujący killcount. Nie boicie się przesady, przegięcia w stronę kampu?

KRChad komentował to już w pierwszym filmie. Była tam scena z facetem, który gra w grę wideo i dostaje kulkę. To nie jest albo albo. Albo przerysowana jazda, albo poważne kino akcji. "John Wick" ma sznyt powieści graficznej z prostą historią, ale zaskakująco bogatym uniwersum. Sequel mógłbym porównać do wizyty w ulubionej knajpie. Idziesz drugi raz, zamawiasz mięso, które ci smakowało, i je dostajesz. Ale tym razem wino jest z innego regionu, przyprawy smakują nieco inaczej, a zamiast fileta dostajesz stek. 
12