Bartosz M. Kowalski

Strach przed rzeczywistością

Hotspot
/fwm/article/Strach+przed+rzeczywisto%C5%9Bci%C4%85-127856
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Strach+przed+rzeczywisto%C5%9Bci%C4%85-127856

Strach przed rzeczywistością

HOTSPOTPodziel się

Pamiętajmy, że amerykański horror nie od dziś jest zwierciadłem obnoszącym się po gościńcu.

Doceniając rebeliancką wymowę "Uciekaj!", feministyczne zacięcie "Zła we mnie" czy egzystencjalną przestrogę w "Coś za mną chodzi", pamiętajmy, że amerykański horror nie od dziś jest zwierciadłem obnoszącym się po gościńcu – dla Filmwebu pisze Bartosz M. Kowalski, reżyser filmu "Plac zabaw". 

Horror istnieje od początku kinematografii, lecz wciąż pozostaje gatunkiem, który statystycznie najczęściej zbiera baty. Kiedyś oskarżany był o jednowymiarowość, schlebianie najniższym gustom, niewykorzystywanie artystycznego potencjału medium, zaś przedstawicielom krytyki filmowej – zwłaszcza tym wywodzącym się z literackiej tradycji – trudno było zaliczyć go do sztuki przez jakiekolwiek "s". Dziś z równą ignorancją traktuje go rodzime środowisko filmowe, dla którego początkujący reżyser powinien przy kieliszku wina dyskutować wyłącznie o Tarkowskim (wspomnienie "Inwazji porywaczy ciał" to recepta na bankietowy ostracyzm, true story). Ciężko zainicjować poważną dyskusję o horrorach, lecz jeszcze trudniej uświadomić ludzi, dla których komercyjny potencjał kina zawsze będzie stać w opozycji do jego artystycznej misji.

Nie będę kłamał: jestem emocjonalnie zaangażowany w podobną misję. W końcu zawsze ciągnęło mnie do potworów. Za dzieciaka wolałem Szkieletora od He-Mana, Jokera od Batmana, Deceptikony od Autobotów. Wolałem tych złych. Bo zło jest bardziej interesujące: podstępne, stwarzające pozory, uwodzicielskie i przede wszystkim – obiecujące znacznie więcej. Tymczasem horror, nośnik wiedzy o złu jako konstrukcie filozoficznym, społecznym i religijnym, może nam powiedzieć o świecie znacznie więcej, niż nam się wydaje. Na przestrzeni XX wieku kino grozy odzwierciedlało społeczne nastroje, niepokoje i zmieniającą się mentalność. Umoralniało i komentowało sytuację polityczną. Było zwierciadłem na gościńcu, w którym mogliśmy dostrzec swoje przerażające odbicie.

Wybierz swojego potwora

Zło w "Nosferatu" Friedricha Wilhelma Murnaua rozlewa się jak plaga, atakuje miejsce, które uważamy za swój dom. Śmierć jest przypadkowa, niepotrzebna i przedwczesna. Pandemia hiszpanki? I wojna światowa? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - zwłaszcza w kinie. Niemiecki ekspresjonizm wyznaczył drogę i otworzył kuferek z interpretacyjnymi kluczami. Myli się jednak się ten, kto twierdzi, że w kolejnych dekadach nie podążyli nią filmowcy z Hollywood.

W latach 30. oraz 40. ubiegłego wieku gatunek stał się frekwencyjnie samowystarczalny. Zaczął przynosić dochody i tym samym na stałe zagościł w produkcyjnych grafikach wielkich wytwórni filmowych. Na srebrne ekrany zawitali "Dracula", "Frankestein" czy "Mumia". Gotyk na sto procent: silna stylizacja, okaleczone i zdeformowane postacie, mroczne zamczyska, krypty, pajęczyny i aktorzy gadający z dziwnymi akcentami. Na pierwszy rzut oka filmowe zło nie było wówczas zakorzenione w świecie za oknem, lecz wystarczy odwrócić perspektywę, by dostrzec echa wielkiej depresji i II wojny światowej.


Na przełomie rzeczonych dekad kino stało się najprostszą formą eskapizmu. Horror z kolei mierzył się raz po raz z kolejnymi tematami tabu i intymnymi narracjami. Homoseksualizm? Proszę bardzo – tragizm lesbijskiej klątwy i walka z potworną naturą w "Córce Draculi" Lamberta Hillyera. Wchodzenie w okres dojrzewania, młodzieńcze błędy i pierwsze miłosne fascynacje? Pomocą służy metaforyczny "Wilkołak" George'a Waggnera. Zagrożenia wynikające z zanieczyszczenia środowiska? Wszyscy wiemy, jak naruszenie ekosystemu amazońskiej dżungli skończyło się w klasycznym "Potworze z Czarnej Laguny" Jacka Arnolda.

Mała apokalipsa

Lata 50. przyniosły rozwój efektów specjalnych i charakteryzacji, ewoluował także sposób opowiadania. Gotyckie horrory w klimatach Brama Stokera czy Mary Shelley przestały robić wrażenie w czasach zimnej wojny, wyścigu zbrojeń oraz panicznego strachu przed komunistami i kolejną wojną światową. Co innego filmy roztaczające wizję zagłady absolutnej, jak "Wojna światów" Byrona Haskina czy "Przybysze z przestrzeni kosmicznej" Jacka Arnolda. Zajmujące miejsce raczej w annałach kina science-fiction, lecz w dużej mierze zadłużone w tradycji kina grozy.

W mojej ukochanej "Inwazji porywaczy ciał" Dona Siegela mieszkańcy małego amerykańskiego miasteczka zostają zaatakowani przez tajemniczą siłę z kosmosu i zreplikowani – zamienieni w bezduszne, mordercze klony samych siebie. To najlepszy przykład filmu odzwierciedlającego społeczną paranoję tamtych czasów, kiedy to każdy, nawet najbliższy sąsiad, mógł być wrogiem w przebraniu, zakamuflowanym Sowietą gotowym zniszczyć wolność i demokrację. Przypomnijmy też, że w tym samym czasie, w Japonii, dzieła zniszczenia dokonywał napromieniowany Godzilla – chodzące i ziejące ogniem świadectwo zagłady Hiroszimy oraz Nagasaki.


O tym, że horror zawsze żywił się społecznymi lękami, najlepiej świadczą losy tego gatunku w latach 60. Na początku dekady kino grozy wytraciło impet, powrócono do gotyckich fantazji sprzed dwudziestu lat. Klasyki o potworach autorstwa Hammer Studios i Rogera Cormana zostały odgrzane dla nowego widza, lecz pozbawiono je głębszego przekazu (chlubnymi wyjątkami pozostają ówczesne adaptacje utworów Edgara Allana Poego), zaś ich wartość mierzono litrażem syropu klonowego oraz ilością nagich piersi na centymetr taśmy filmowej. Hibernujący gatunek czekał więc na zastrzyk energii, a przyniosły go dopiero zawirowania społeczno-polityczne. Wojna w Wietnamie, ruch hippisowski, zamieszki – wszystko na wyciągnięcie ręki, za sprawą telewizji oczywiście. Partyzancka walka z Vietkongiem i strzelanie do studentów w Kent State okazały się wystarczająco przerażające, by kino po raz kolejny zabrało głos.  

Rewolucjoniści

Gdy w telewizji pokazywano egzekucje Czerwonych Khmerów, mało kto trząsł portkami na widok Borisa Karloffa w peruce. Z tej zmiany w społecznej świadomości doskonale zdawał sobie sprawę George Romero, ojciec podgatunku horrorów o zombie. Premiera jego mikrobudżetowej "Nocy żywych trupów" w 1968 roku zapoczątkowała okres renesansu w kinie grozy.

"Noc..." porażała realizmem i brutalnością, jako pierwszy horror została nakręcona w paradokumentalnym stylu, imitującym telewizyjne newsy. Lecz nie tylko sposób opowiadania był innowacyjny. Odważne odwrócenie tropu damy w opałach, mocny komentarz na temat rasizmu, nośna metafora przegniłej ludzkiej natury, scena, w której dziecko zabija rodziców, czarnoskóry bohater zastrzelony na wszelki wypadek – wszystko pracowało na jeden, szokujący efekt, zaś Romero na parę ładnych lat przekonał widzów, że prawdziwe zło czai się właśnie w nich.

Na kanwie "Nocy żywych trupów" powstały tak ważne filmy, jak "Ostatni dom po lewej" (reż. Wes Craven), "Teksańska masakra piłą mechaniczną" (reż. Tobe Hooper) czy "Wzgórza mają oczy" (reż. Wes Craven). Każdy z tych obrazów jest wyjątkowy, lecz w pewnym sensie każdy powiela też artystyczną strategię Romero. We "Wzgórzach..." amerykańska rodzina reprezentowana m.in. przez teścia-republikanina i zięcia-demokratę, jest terroryzowana przez bandę popromiennych mutantów. Zaś fakt, że krwawą zemstę bierze na swoje barki zadeklarowany pacyfista, mówi wiele o narosłej w narodzie frustracji.



W 1978 roku Romero nakręcił sequel swojego survival-horroru pod tytułem "Świt żywych trupów". Tym razem bohaterowie znaleźli schronienie przed żywymi trupami w centrum handlowym. Szybko okazało się więc, że ocalałych przestała interesować szalejąca na zewnątrz apokalipsa. Zaczeli żyć, bawić się i spokojnie wegetować w bańce konsumpcjonizmu. Romero tymczasem przypomniał, że wybudzenie z podobnego letargu powinno być dla Ameryki sprawą życia i śmierci.
 
Epigoni

Początek lat 80. to czasy blockbusterów, odwołania z warty twórców tzw. Nowego Hollywood oraz prosperity wytwórni ukierunkowanych przede wszystkim na zysk. Po sukcesach "Szczęk", "Halloween" czy "Koszmaru z ulicy Wiązów" modne stało się głównie kopiowanie, jak grzyby po deszczu wyrastały sequele tytułów, które przyniosły twórcom wielomilionowe zyski. A jeśli nie sequele, to po prostu zrzynki w rodzaju "Piątku trzynastego", który w skali biznesowej przyćmił rewelacyjne "Halloween" i doczekał się aż jedenastu kontynuacji. Nawet trzecia odsłona sagi o zombie autorstwa Romero, "Dzień żywych trupów", stała się ofiarą producenckich nożyc i zamieniła w typowy rozrywkowy slasher.

To również moment, w którym kino grozy znalazło się pod najcięższym ostrzałem krytyków. Reżyserzy prześcigali się w ilości wylewanej na ekranie krwi, widzowie zaś z jednej strony przyklaskiwali podobnej strategii, z drugiej – coraz bardziej obojętnieli. Horror mało kiedy skłaniał już do myślenia, kinem grozy rządziły pieniądze, a oryginalne pomysły często gwałcone były już na etapie tekstu, na ekranie natomiast zamieniały się w zestawy klisz strawnych tylko dla mało wymagającego, masowego widza. Impas przeciągnął się zresztą o dekadę, ponieważ lata 90. były bodaj najsmutniejszym okresem dla tego szlachetnego gatunku. Wyciągnięte z kserokopiarki fabuły przestały przynosić dochody, a ogień krytyki nie zmalał. Szefowie wytwórni odwrócili się więc od horroru i zaczęli stawiać na inny rodzaj kina rytuału – najczęściej taki, który mógł zagwarantować oscarowy sukces.

Lata 90. były dekadą VHS-ów, większość filmów trudno było nazwać filmami autorskimi, a jeśli w jakikolwiek sposób odzwierciedlały kształt rzeczywistości, ograniczało się to do mody na postmodernistyczne gierki. Fakt, że Wes Craven wyszedł z tej zapaści obronną ręką, był małym zaskoczeniem. Jego "Krzyk" nie był pierwszym samoświadomym filmem grozy (by wspomnieć wcześniejszy "Nowy koszmar Wesa Cravena"), lecz zamieniał horrorowe tropy w rodzaj inteligentnego patchworku. Bohaterowie filmu znają zasady gatunku i wiedzą, że aby przeżyć, powinni się do nich stosować – już ten fabularny twist czynił z "Krzyku" kapitalną satyrę na VHS-owe pokolenie. Działał tym mocniej, że dookoła wciąż roiło się od mało oryginalnych pomysłów. Z jednej strony, nieudolnie odgrzewano kotlety (kolejne "Piątki trzynastego"), z drugiej – próbowano flirtu z innymi gatunkami oraz literaturą. Dość powiedzieć, że na myśl o ówczesnych adaptacjach prozy Stephena Kinga, "Dentyście", "Wampirze w Brooklynie", "Amerykańskim wilkołaku w Paryżu", wciąż dostaję drgawek.

Horror nasz powszedni

Po roku 2000 zaczęliśmy żyć w Internecie; ekstremalna przemoc i pornografia stały się ogólnodostępne, a widz, który mógł obejrzeć w sieci nagranie ścinania głowy przez islamskich fundamentalistów, stał się nowym projektowanym odbiorcą dla twórców podgatunku zwanego od pornografii przemocy "gorno". Horror, napędzany w dużej mierze bezprecedensowymi aktami terroru, zaczął drogę ku kolejnemu odrodzeniu.

Najpierw nadeszła era remake'ów. Odświeżono "Świt żywych trupów", "Teksańską masakrę piłą mechaniczną" i "Wzgórza mają oczy". Język filmu zmienił się razem z perspektywą, ale pewne rzeczy pozostały niezmienne: liczył się suspens, klimat, golizna i krwawa jatka. Piąte przez dziesiąte zachowywano również przekaz oryginałów, chociaż akcent był położony raczej na grozę i akcję.

Bodaj najciekawszym filmem z tego okresu okazał się "Hostel" Elego Rotha, w którym grupka nastolatków wyrusza na wycieczkę do mitycznej Europy Wschodniej – oazy pięknych dziewczyn, dzikiego seksu i egzotycznych rozrywek. Niestety, amerykańskie wyobrażenie Czech mijało się z rzeczywistością: zamiast na erotyczny tour chłopcy trafili na festiwal tortur. Podszewką filmu była nie tylko krytyka ignorancji amerykańskiego społeczeństwa. Roth zwrócił uwagę na rosnącą znieczulicę w stosunku do przemocy – w mediach, w internecie, w życiu; przemocy, która nie zostawia piętna, nad którą bez trudu przechodzimy do porządku dziennego.


George Romero również przerwał milczenie i powrócił po latach z "Ziemią żywych trupów", czwartą i ostatnią odsłoną swojej kultowej sagi. Miał niezły budżet, wolność artystyczną i wiele do powiedzenia. Fabuła opowiada o mikro-społeczności, która nauczyła się żyć wśród żywych trupów, już po apokalipsie: jest spokojnie, bezpiecznie, są nawet sezonowe konkursy na publiczne upokarzanie i torturowanie zombie. Metafora amerykańskiego społeczeństwa, gdzie bogaci żyją w szklanych zamkach, a ci gorsi walczą o byt w gettach, jest zamaszysta, ale działa. Szef enklawy, grany przez Dennisa Hoppera, jest oczywistą personifikacją amerykańskiego rządu. Gdy zombie masowo odzyskują świadomość, a jego bohater staje w obliczu wojny i musi podjąć kluczowe decyzje, jego recepta jest oczywista: "nie negocjujemy z terrorystami".

W finale filmu zombie wdzierają się do luksusowej twierdzy i masakrują odciętą od świata społeczność. Romero symbolicznie odtwarza scenariusz ataku terrorystycznego z 11 września, komentując przy tym nieodpowiedzialne decyzje rządu. Rządu przekonanego o swojej wyższości, bezkarności w działaniu, i jak się okazało, błędnym poczuciu nietykalności.

***
 

Dzisiaj horror znów jest dochodowy – zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to najlepszy czas dla kina grozy. Niskie budżety przełożyły się na zaufanie wielkich wytwórni, z kolei spełnione artystycznie filmy – na uznanie krytyków i popularność wśród widzów. Oglądając "Coś za mną chodzi", nie mamy wątpliwości, że egzystencjalny traktat idzie w filmie ręka w rękę ze slasherem. Kupując bilet na "Uciekaj!", dokładamy małą cegiełkę do antyrasistowskiej krucjaty Jordana Peele'a. Wybierając którąkolwiek z niezliczonej ilości offowych, ambitnych produkcji, możemy spodziewać się ciekawego, gatunkowego miksu. Czy zmieni to optykę ludzi, dla których horror zawsze będzie oznaczał gloryfikację przemocy? Czy przekona tych, którzy uciekają w światy, w których przemoc nie istnieje? To oczywiście pytania retoryczne. Lecz wędrując po własnych śladach i podglądając, w jak dużym stopniu kino grozy odzwierciedlało niepokoje, lęki i obsesje całych pokoleń, wciąż możemy się wiele nauczyć. A przy okazji porządnie wystraszyć.
30