• A
  • A
  • A

Czytelnia FILMu: Banały filmowych pocieszaczy
[Różne] (2009-09-30 14:11)

photo.title W kioskach w całej Polsce pojawił się październikowy numer magazynu "FILM". Tymczasem w czytelni miesięcznika na Filmwebie możecie znaleźć najciekawsze teksty z bieżącego numeru. Zaczynamy od artykułu Jakuba Sochy o kinowych pocieszaczach. Miłej lektury!



POP-POCIESZANIE

Ze szczególnym nasileniem w ostatnich latach filmowcy próbują pocieszać widzów i oswajać ich z cierpieniem, śmiercią czy samotnością. Od 9 października za pomocą filmu "Weronika postanawia umrzeć" – pierwszej adaptacji prozy Paulo Coelho, jednego z najsłynniejszych prowokatorów nowej ery, pragnącego uchodzić za przewodnika wędrówek duchowych współczesnego człowieka.   

Brazylijski pisarz cieszy się w Polsce niesłabnącą i onieśmielającą popularnością. Nie dziwi więc fakt, że zaadaptowania na potrzeby filmu książki Coelho – opowiadającej historię dziewczyny, którą męczy monotonia świata i dlatego postanawia ze sobą skończyć – podjęła się absolwentka łódzkiej Filmówki, Emily Young.

New Age z supermarketu

Gdy mówimy "New Age" (albo zamiennie: Nowa Era), jak z kapelusza wyskakują wszelkiej maści szamani, jogini, trenerzy duchowi. A za nimi dym kadzidełek, dźwięk bębenków i kołatek. Weganie, buddyści, nihiliści. Przywykliśmy twierdzić, że jest to ruch, który z jednej strony przypomina groch z kapustą, a z drugiej supermarket, z którego każdy może wynieść wszystko to, na co ma ochotę. Jedni widzą w nim szarlatanerię, inni jedyną możliwość dotarcia do sensu, poznania siebie, dotknięcia sfery sacrum, której nie dają tradycyjnie ukonstytuowane religie, zachwaszczone przez kościelne prawa i dogmaty.

Czym jednak w ogóle jest, gdzie szukać genezy ruchu New Age? Zwięzłą definicję podaje dominikanin Jan Andrzej Kłoczowski: "New Age jest półproduktem dzieci zawiedzionych przez oświecenie, przez utopie lewicowe, przez naukę. Jest poszukiwaniem odpowiedzi na fundamentalny kryzys człowieczeństwa i wołaniem o nową nadzieję". Anna Sobolewska w wydanych niedawno "Mapach duchowych współczesności" zwraca jednak uwagę, że Nowa Era rozmieniła się dzisiaj na drobne albo na dobre została pożarta przez popkulturę. Kiedyś jej apologeci studiowali dzieła filozofów, myślicieli religijnych, czytali Hessego, Mistrza Eckharta i Junga. Dzisiaj wystarczają im pseudofilozoficzne brednie: książki Paula Coelho i nagrane na płyty DVD cudowne lekcje, traktujące o tym, jak się odchudzić, jedząc tylko powietrze.

Rzeczywiście, trudno porównywać Hermana Hesse’a z Paulo Coelho. Coelho to mędrzec ery pop, pop-pocieszyciel. W "Weronice…" brazylijski autor podsuwa czytelnikowi całą paletę możliwości, dzięki którym człowiek może na nowo zadomowić się w sobie. Są tu techniki sufickie, medytacje, podróże astralne. Przepastne "nauki" życiowe zachęcające do bycia szalonym, nieukładnym. U kresu wędrówki każdego wojownika światła czeka zaś nagroda – epifania, którą w "Weronice…" Coelho opisuje tak: "Ogarnął ją głęboki spokój. Znów spojrzała na niebo pełne gwiazd, na księżyc w pierwszej kwadrze (…). Powróciło poczucie, że Nieskończoność i Wieczność podały sobie ręce i wystarczyło zadumać się nad jedną z nich, nad Wszechświatem bez granic, by odczuć obecność drugiej – Czasu, który nigdy się nie kończy, nigdy nie mija, lecz zastyga w Teraźniejszości, w której drzemią wszelkie sekrety życia".

Filmy mądrościowe

Obok medycyny psionicznej, szkół radykalnego wybaczania, programów telewizyjnych, w których prowadzący poszukują piątej czakry, książek Paulo Coelho, mamy też, oczywiście, kino New Age. Niestety, dzisiaj w niczym nie przypomina ono pokręconych, ekscentrycznych filmów Alejandro Jodorowsky’ego, będących kiedyś synonimem new age’owych poszukiwań. Oryginalne podróże w głąb świadomości zastąpił banał. Rozkwita on najpełniej, gdy nawozi się go nie pytaniami o to, czym jest ukryta w człowieku boskość, ale śmiercią, bo to właśnie ona, jak zauważa Zygmunt Bauman, jest dzisiaj (czyli, oczywiście, w ponowoczesności) jedyną kwestią, która wydaje się nieodwołalna. "Nieśmiertelność – głosi autor »Ponowoczesności jako źródła cierpień«– czyli to, co pociągało dawniej, stała się śmiertelna, stała się przygodą, elementem, który zużywa się do reszty w momencie przeżywania".

W sierpniu pojawił się w naszych kinach film Nicka Cassavetesa "Bez mojej zgody" (2009), wręcz wzorcowy przykład nowego kina New Age, które służy już tylko pop-pocieszeniu. Na początku Cassavetes udaje jeszcze, że zrobił film krnąbrny, odważny, idący pod prąd. Oto mała dziewczynka, Anna, buntuje się przeciwko wykorzystywaniu jej ciała do eksperymentów, które mają niby pomóc jej śmiertelnie chorej na białaczkę siostrze, Kate. Anna wynajmuje adwokata, który ma wywalczyć dla niej prawo do samostanowienia o swoim ciele. Mała egoistka? Nic z tych rzeczy. Ostatecznie bowiem okazuje się, że dziewczyna robi to wszystko za namową swojej siostry, która chce wreszcie odejść z tego świata. "Jestem gotowa" – mówi nastoletnia Kate w ostatnich partiach filmu, a potem, niczym mędrzec i stoik, bierze się za godzenie wszystkich tych, którzy zebrali się przy jej łożu śmierci. Po wykonaniu tej pracy, Kate tego samego dnia spokojnie umiera – bez bólu, bez rozpaczy, godnie. Rodzina żyje dalej. W kilku migawkach widzimy ich szczęście, widzimy, że po śmierci nie ostała się żadna wyrwa, żadna pustka, co więcej, życie, które przecież cudem jest, tylko trzeba mieć odwagę go dojrzeć, nabrało jakby więcej bujności i barw.

Zrób listę

Filmowi pop-pocieszyciele nie zagłębiają się w fizjologię, omijają szerokim łukiem powykręcane z bólu ciało, udają, że nie ma pytania: "czy jest coś po śmierci?". Ich ulubionym ćwiczeniem duchowym, które polecają swoim pacjentom na wszystko, jest spisanie listy tych wszystkich rzeczy, których do tej pory się nie zrobiło, a o których zawsze się marzyło. Czy coś to daje? Jakżeby nie. Po spełnieniu marzeń człowiek umiera w spokoju, jak młody Bóg, o czym dobitnie próbują przekonać nas kolejni filmowi mędrcy-narratorzy, opowiadający swoje historie prosto z zaświatów. Co więcej, człowiek umiera, zostawiając świat lepszym. Czy może być większa nagroda i istotniejszy dowód na to, że życie umierającego miało jakiś sens? Przecież zostawiając świat lepszym, zostawiamy w nim również swój trwały ślad.

W "Choć goni nas czas" (2007) Roba Reinera listę spisuje dwóch śmiertelnie chorych mężczyzn. Jeden z nich jest nieprzyzwoicie bogatym biznesmenem, drugi – ubogim mechanikiem. Los jednak sprawia, że lądują w tym samym pokoju szpitalnym. Już za chwilę obydwaj panowie, nie zważając na raka, na dopiero co zakończone operacje na ich ciele, ruszają w Himalaje, skaczą ze spadochronu, jeżdżą motorem po Wielkim Murze. To jest ta lekcja godnego umierania, to jest to pocieszenie. Żadne tam starania, by nie bolało, by utrzymać energię, by nie zwrócić porannego śniadania, pobyć jeszcze trochę z tymi, których się kocha. To spełnianie twoich najbardziej wydumanych zachcianek pozwoli ci wejść z radością do cienistej doliny. Tylko czy wszyscy będziemy mieli szansę leżeć w szpitalu obok jakiegoś samotnego bogacza?    

Tym samym tropem, co starsi panowie, podąża Ann z filmu Isabel Coixet "Moje życie beze mnie" (2003). 23-letnia bohaterka dowiaduje się, że zostały jej zaledwie dwa miesiące życia. Po usłyszeniu wyroku dziewczyna nie wpada w żadne przygnębienie, tylko bierze się dziarsko do spisania swojej listy. Pozostały czas poświęca na spełnienie swoich 10 marzeń, z których jedno jest bardziej absurdalne od drugiego. Ann postanawia nagrać dla swoich córeczek kasety magnetofonowe, które będą odsłuchiwały w każde urodziny aż do 18 roku życia. Po co? Ano chyba tylko po to, by żyły ciągle w traumie, w żałobie. Inne pomysły – sprawić, by ktoś inny niż mąż się we mnie zakochał, a dla męża znaleźć nową żonę.

Wszystko się spełnia. Ann w końcu umiera, oczywiście, na własnych prawach, dopiero po skończonej robocie, bez bólu, bez spazmów, bez zgrzytania zębami, bez złorzeczenia, lęku, że może jednak nic nie ma po drugiej stronie. Świat, który zdążyła przeprogramować w swoich ostatnich 10 ruchach wydaje się stabilny, ba, nawet piękniejszy.

Pocieszenie po polsku

Polacy nie gęsi, też swych pocieszycieli mają. W "Jasnych błękitnych oknach" (2006) pocieszał Bogusław Linda, wskazując, że dobre i godne życie jest możliwe, tylko trzeba przenieść się na prowincję. W "Kto nigdy nie żył…" (2006) pocieszał Andrzej Seweryn, udowadniając sugestywnie, że nawet z wirusem HIV wolą mocy można sobie poradzić.

W "Edim" (2002) Piotr Trzaskalski mówił o godności poświęcenia, do którego najlepiej przysposobić się, pijąc tanie wino i pchając codziennie swój wózek ze złomem. Zresztą z tego ostatniego filmu pochodzi jedno z największych zaklęć mądrościowych, którego nie powstydziłby się sam Coelho: "Wigilia jest zawsze wtedy, gdy my tego chcemy".

O godnym życiu tuż przed śmiercią, o śmierci jako o zdarzeniu, które niespecjalnie boli, wreszcie o duchowej mądrości, która z faktu przeżywania własnej śmierci płynie, opowiadają dwa funeralne filmy o dwóch staruszkach: "Pora umierać" (2007) Doroty Kędzierzawskiej oraz "Niezawodny system" (2008) Izabeli Szylko. Obywa się w nich to całe szczęście bez list, bez przemądrzałych monologów, ale to tylko detal. Obydwie bohaterki, tak jak ich amerykańscy krewni, też przed śmiercią realizują wszystkie punkty planu, który sobie założyły i umierają na własnych zasadach, uporządkowując wcześniej bałagan zostawiony przez innych ludzi.

Po skończonej pracy panie siadają na krzesłach i dają śmierci znak, by przyszła... Oczywiście, kostucha przychodzi jak na zawołanie. Lecz to nie wszystko – odchodzącą w zaświaty bohaterkę "Pora umierać" wita szczekanie jej zmarłego wcześniej pieska.

I to jest największe pocieszenie, jakie dało mi polskie kino.

Jakub Socha
Podziel się z innymi:
źródło:

komentarze

Dodaj komentarz
jerseygirl jerseygirl

..."Muszą być i gwiadki i reklama na FW, i przyjazny dla masowego czytelnika layout. Albo to, albo upadek. A tego chyba nie chcemy, prawda?"... A czy to właśnie nie jest upadek...? Co do okładek, to do dziś pamiętam lazurowe oczy Mela Gibsona z lutego 2001, ta okładka została nawet wyróżniona w jakimś niezależnym konkursie. Filmu nie czytam, bo za drogi, więc nie wiem, jak jest teraz, ale pamiętam, że za Prokopa stoczył się na dno. Pamiętam numer wrzesień 2007, który był broszurą reklamową Pierca Brosnana i koszul Vistula. Ostatni numer Prokopa, który chyba już dawno był na wakacjach.
Co do Mistrza Ekharta, czy Junga, to rozumiem, że wielkimi filozofami byli, a kto nie rozumie, ten trąba? Cóż, miłej lektury. Niektórzy potrzebuja, by inni za nich myśleli :-)

Grifter Grifter

"Czy wrócą czasy, kiedy "FILM" miał oryginalne okładki,
a redaktor naczelny pisał wstępniaki,
recenzje nie były opatrzone gwiazdkami..."

Nie wrócą (ten magazyn był bezkonkurencyjny w latach 1999-2003), ale FILM musiał się do zachodzących przemian dostosować, gdy sprzedaż niebezpieznie zbliżyła się do 30 tys egzemlaży. Muszą być i gwiadki i reklama na FW, i przyjazny dla masowego czytelnika layout.

Albo to, albo upadek. A tego chyba nie chcemy, prawda?

dorotak17 dorotak17

Ciekawa intepretacja i celne uwagi Fake - powinieneś sam napisać taki artykuł i wysłać do Filmwebu, myśle, ze bez problemu by ci go opublikowali w Powiększeniu.

Stilnes Stilnes

faktycznie te wszystkie mądrości są strasznie irytujące. Jak otworzyłem Alchemika to aż mi się niedobrze zrobilo

fake

Autor nie zwrócił uwagi na ważną kwestię: czytanie Mistrza Eckharta czy Junga było i jest zarezerwowane dla intelektualnych elit. Ani razu w historii kultury masowej (a tym bardziej w czasach poprzedzających jej powstanie) ich dzieła nigdy nie były popularne. Ich wpływ na szeroką świadomość społeczną co prawda jest niekwestionowany, ale zawsze występował pewien filtr w dydaktyce (były "tłumaczone" na potrzeby powszechnego dyskursu). Pop-pocieszenie, jak sama nazwa wskazuje, dostępne jest masom. I, w znaczeniu zaproponowanym w artykule, pełni pewną ważną funkcję w dzisiejszej rzeczywistości: jest odpowiedzią na tęsknotę za światem magicznym. Jeśli zaś chodzi o formę (czyli postać zracjonalizowanych list), w odróżnieniu od Autora, który widzi tu jedynie intelektualne spłycenie, ja bym raczej traktował to jako konsekwencję ponowoczesności. Dziś życie jednostki, począwszy od narodzin, kształtuje się w ramach wykonywania list zadań i realizowania celów. Wychowani na tej logice ludzie, zamiast konstruowania marzeń o abstrakcyjnej boskości, kuszeni obietnicą swoistego technicznego upgrade'u osobowości, wolą poruszać się po obwodach zestandaryzowanych systemów usprawnień. Nie widzę w tym nic obłudnego, oczywiście dopóki będziemy odróżniać nauczycieli-szarlatanów z ukrytymi motywacjami od "tych dobrych" reinterpretatorów nauk. którzy obiecują nic więcej, jak prostsze i wygodniejsze doświadczanie codzienności. Filmy wymienione w artykule wpisują się właśnie w ową estetykę: zdają się sprowadzać naturę do kategorii technologii (śmierć jako deadline), co pozwala ludziom się z nią oswoić. Nie zrozumieć - przeciętny człowiek nie stara się dotknąć kosmologicznej tajmenicy. Nie szuka źródeł świadomości i emocji. Zamiast tego uczy się radzenia sobie z nimi i sposobu przejścia nad nimi do porządku dziennego, aby móc jak najszybciej wrócić do realizacji założeń codzienności. Dlatego pop-pocieszanie ma funkcję czysto funkcjonalną i wpisuje się w weberowską estetykę kapitalizmu. W związku z tym uważam porównanie spuścizny Coehlo do Hessego dokonane przez Pana Sochę za nadużycie i przeoczenie różnicy kategorialnej między tymi dziełami. Niemniej wierzę, że obcowanie z tym drugim daje dużo większą satysfakcję intelektualną. ;]

AutorAutor AutorAutor

OKŁADKA - to ona najbardziej rozczarowuje...
Wtórna
to samo zdjęcie było na okładce "TO I OWO" jakieś 9 lat temu.

Czy wrócą czasy, kiedy "FILM" miał oryginalne okładki,
a redaktor naczelny pisał wstępniaki,
recenzje nie były opatrzone gwiazdkami...

Ech...

MusicHall MusicHall

Wystarczy przeczytać jednego klasyka literatury by więcej z niego wynieść niż ze 100 książek pop-New Age'owych- przecież tam albo są banały, których każdy myślący człowiek jest świadomy albo bzdury.

SonnyCrockett SonnyCrockett

Heh filmy z serii płytka uczuciowość ;) Urban kiedyś w wywiadzie powiedział że bardzo się wzrusza na takich filozoficzno-tragicznych filmach, bo ma "płytką uczuciowość". I to bynajmniej nie znaczy że jest taki z niego dobry człowiek...

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: