Pokaz polskiego dokumentu nominowanego do Oscara

  • Rzeczpospolita
  • Inne
Wczoraj w warszawskiej siedzibie Markotu na ulicy Marywilskiej odbył się pierwszy publiczny polski pokaz obrazu "Dzieci z Leningradzkiego" Hanny Polak i Andrzeja Celińskiego, filmu nominowanego do Oscara w kategorii najlepszy krótkometrażowy dokument.

- Nieprzypadkowo wybraliśmy to miejsce - mówili realizatorzy. - Chcielibyśmy współpracować z Monarem, by dla moskiewskich bezdomnych dzieci stworzyć ośrodek resocjalizacyjny. Ten film jest nie tylko o Rosji, ale i o nas, o ludzkiej obojętności.

Bohaterami dokumentu są mali bezdomni mieszkańcy Moskwy. Szacuje się, że jest ich około 30 tysięcy. 35-minutowy obraz zmontowany ze 140 godzin materiału pokazuje ich z bliska - brudnych, obdartych, wąchających klej, żebrzących. Mają od kilku do kilkunastu lat, dziecinne buzie i nie czekają na lepsze jutro, bo nie wierzą, że jest ono możliwe. Opowiadają o prostytuowaniu się, wypędzeniu z domu, ucieczkach, tęsknocie za mamą.

- Jestem przerażony tym, co zobaczyłem - powiedział po projekcji jeden z pensjonariuszy ośrodka na Marywilskiej.

Film jest wstrząsający, jego autorzy pokazują wiele drastycznych scen - odurzone klejem dzieci, chłopca odrywającego z twarzy płaty skóry.

Obserwując przez długie tygodnie wstrząsający los dzieci, autorka filmu postanowiła im pomóc. W 1997 roku Hanna Polak założyła fundację Aktywnej Pomocy Dzieciom. Oddziały fundacji mają siedziby nie tylko w Rosji, ale także w Polsce, Norwegii, Szwecji i Anglii. W Moskwie fundacja prowadzi stałą akcję dożywiania małych mieszkańców dworca, wynajmuje mieszkanie, do którego zawsze mogą przyjść po pomoc.

- Kilkoro dzieci udało nam się stamtąd wyciągnąć - mówiła Hanna Polak. - 14-letni Żenia przez kilka miesięcy mieszkał ze mną, aż udało się go umieścić w domu dziecka.

By uświetnić pokaz, mieszkańcy ośrodka zbudowali w baraku, z szyldem "Leningradzki", dworcową scenografię - były tory kolejowe, megafony, wiszące zegary, ławka. Kilkadziesiąt zgromadzonych osób - głównie dziennikarzy i pracowników organizacji pomocowych - obejrzało film w całkowitym milczeniu. Późniejszą rozmowę zdominowały rozważania o możliwościach i szansach na pomoc dzieciom pokazanym w filmie.

- Niektóre z nich już nie żyją, losy większości z nich są przesądzone - mówił bez złudzeń Andrzej Celiński. - Ale na ich miejscu pojawiają się dziesiątki nowych, którym trzeba spróbować pomóc odmienić los.

Ta niezależna produkcja powstawała ponad trzy lata. I jak zaznaczali realizatorzy - nie mieli pojęcia, że będą konkurowali o filmowe nagrody. Przede wszystkim chcieli pomóc dzieciom. Nie mieli też żadnych pozwoleń na kręcenie na ulicach Moskwy, toteż zdarzało się, że policja konfiskowała im sprzęt, nakręcony materiał, albo zawoziła ich na komisariat.