Przeczytaj pierwszą polskę recenzję "Strażników"!

strażnicy.jpg
6 marca
w kinach na całym świecie zadebiutują "Strażnicy" Zacka Snydera - ekranizacja wybitnego komiksu Alana Moore'a. Zapraszamy Was do przeczytania pierwszej polskiej recenzji filmu. Dowiecie się z niej, czy obraz Snydera dorównuje pierwowzorowi.


HEROSI  DOBY  KRYZYSU

"Strażnicy"
Snydera powstali we właściwym czasie. Gdyby komiks Alana Moore'a został zekranizowany w dobie prosperity lat 90., twórcy nie osiągnęliby na ekranie takiego rozmachu, ale również wymowa filmu trafiałaby w próżnię. Moore tworzył swoje arcydzieło, pozostając pod wpływem epoki, w której żył – w jego ojczyźnie, Wielkiej Brytanii, premier Margaret Thatcher coraz częściej łamała zasady demokracji, zaś reszta świata zastanawiała się, kiedy Związek Radziecki odpali pociski nuklearne i sprowadzi zagładę na ludzkość. Dziś, w dobie kryzysu gospodarczego i ciągłego zagrożenia terroryzmem, wizja Moore'a wydaje się nadzwyczaj aktualna. I pomyśleć, że mówimy o filmie opartym na komiksie. I to komiksie o superbohaterach...

Jednak "Strażnicy" są jak bomba rozsadzająca cały gatunek. Bohaterowie powieści obrazkowej Moore'a to zamaskowani herosi, którzy na mocy specjalnej ustawy dostali zakaz ganiania przestępców po nocach. Kim są w 1985 roku, gdy Richard Nixon został wybrany na trzecią kadencję, a wskazówki Zegara Zagłady, wskazującego możliwość wybuchu wojny nuklearnej, stanęły na godzinie za pięć dwunasta? Nocny Puchacz zamienił się w miękkiego okularnika z nadwagą, Ozymandiasz ujawnił swoją tożsamość i założył konsorcjum warte miliardy dolarów, zaś Komediant zaczął pracować dla rządu. Jeden Rorschach, jak przystało na porządnego faszystę, wciąż snuje się gnijącymi od zbrodni ulicami Nowego Jorku, aby polować na brudy miasta. No tak, jest jeszcze doktor Manhattan – jedyny ze Strażników, który posiada prawdziwe superumiejętności. Kiedyś był zdolnym naukowcem, ale w wyniku nieszczęśliwego wypadku w laboratorium zamienił się we wszechmocną błękitną istotę. Jego postrzeganie świata wybiega daleko poza naszą rzeczywistość, w związku z czym Manhattan cierpi najprawdopodobniej na schizofrenię. "Superman istnieje, a w dodatku jest Amerykaninem" - ogłasza w telewizji jeden z zaproszonych gości. Tylko czy Supermana interesuje w ogóle rzeczywistość dookoła? Czymże jest jedna mała niebieska planeta w porównaniu ze wszystkimi galaktykami i równoległymi światami?

Podstawową cechą herosów w popkulturze jest przynależność do jasnej strony mocy. Jednak bohaterowie Moore'a (podobnie jak ich niegdysiejsi wrogowie) stracili moralną tożsamość, stając się bandą nieprzystających dziwaków. Poza tym, czy kiedy bronili ludzkości, wynikało to z ich wewnętrznych przekonań, a może z czegoś zupełnie innego? Jeden z byłych czarnych charakterów, Kapitan Rzeź, z premedytacją popełniał przestępstwa, aby móc zetrzeć się z którymś ze Strażników i zaspokoić swoje masochistyczne popędy. Moore wyrwał superbohaterów z ich środowiska naturalnego, a potem wrzucił do kwasu solnego, który roztopił śmieszne kostiumy – herosi stali się zwykłymi ludźmi.

Jeśli ktoś obawiał się, że Zack Snyder zmasakruje mądrości "Strażników", może odetchnąć z ulgą i już zarezerwować bilet na najbliższy seans. Reżyser niemal niewolniczo trzyma się oryginału – poza wycięciem wątku komiksu w komiksie (animacja na jego podstawie pojawi się niedługo na DVD) oraz jedną fabularną modyfikacją w finale. Z pomysłów Snydera najlepiej wypada wrzucenie do ścieżki dźwiękowej klasycznych przebojów ironicznie komentujących wydarzenia na ekranie.

Co z resztą? Formalna strona widowiska olśniewa, ale tylko do pewnego momentu – później te wszystkie bajeranckie spowolnienia zaczynają irytować. Spójrzcie tylko, jak malowniczo wygląda ciało wylatujące przez okno! A ten Nocny Puchacz wyskakujący majestatycznie z pojazdu! Filmowi przydałyby się też cięcia fabularne – przez dwie i pół godziny trudno jest utrzymać napięcie cały czas na najwyższym poziomie. Mimo wielu podobieństw, kino i komiks dysponują różnymi środkami rażenia – to, co wypada ekscytująco na kartce papieru, nie zawsze musi sprawdzić się na ekranie. Zastrzeżenie to nie dotyczy jednak języka "Strażników", który bardzo często transformuje w przesyconą egzystencjalizmem poezję. Snyder miał na podorędziu dobrych aktorów, więc dom stojący na psychologicznym fundamencie nigdy nie chwieje się w posadach.

Czy niezapoznani z komiksem Moore'a widzowie polubią tę pesymistyczną opowieść, zakończoną w dodatku bardzo problematycznym happy endem? Bo w to, że maniacy talentu Brytyjczyka kupią od razu ekranizację "Strażników", wierzę bez zastrzeżeń. Przy napakowanym znaczeniami i problemami filmie Snydera "Mroczny rycerz" to zaledwie łaskotki dla przewrażliwionych 13-latków.