Recenzja filmu Inxeba. Zakazana ścieżka (2017)
John Trengove

Ślepa uliczka

Zawarty w "Inxebie" koncept polegający na zderzeniu homoseksualnego pożądania z konserwatywnymi regułami życia społecznego bynajmniej nie jest nowy. Ang Lee w pamiętnej "Tajemnicy Brokeback ...
Filmweb sp. z o.o.
Wszystko wskazuje na to, że mamy poważnego kandydata do tytułu "najbardziej przecenionego filmu roku". Debiut Johna Trengove'a najpierw zakwalifikował się do Konkursu Głównego na festiwalu Sundance, a kilka dni temu otrzymał ważną nagrodę na Londyńskim Festiwalu Filmowym. Nie pierwszy to jednak i nieostatni przypadek, gdy sukcesy na branżowych imprezach podnoszą do rangi sztuki przykłady ewidentnego hochsztaplerstwa. Trudno bowiem powiedzieć, co właściwie irytuje w filmie Trengove'a bardziej: charakteryzujący reżysera cynizm czy ujawniane na każdym kroku niedostatki warsztatowe? Jedno jest pewne – mieszanka obu tych elementów czyni południowoafrykańskie dzieło trudnym do strawienia. Wbrew sugestiom polskiego dystrybutora, "Inxeba" nie prowadzi widza żadną "zakazaną ścieżką", lecz grzęźnie w ślepej uliczce.


Trengove wydaje się przede wszystkim ofiarą swych nadmiernych ambicji. W punkcie wyjścia jego film przypomina jednocześnie melodramat o zakazanej miłości, opowieść o konflikcie tradycji z nowoczesnością i historię skazanego na klęskę młodzieńczego buntu. Każdy z tych tematów zostaje jednak zarysowany na ekranie w sposób niedbały i schematyczny, a przez to niezdolny do wywołania emocjonalnego zaangażowania. Szczególnie blado wypada w "Inxebie" – potencjalnie najciekawszy – wątek miłosny. Homoseksualne uczucie łączące Xolaniego i Viję nie ma w sobie spodziewanego żaru, sceny seksu sprawiają wrażenie zagranych od niechcenia, a romantyczne deklaracje brzmią fałszywie i nieprzekonująco. Reżyser nie ma także pomysłu na umiejętne ogranie paradoksu związanego z faktem, że obaj protagoniści oddają się swym namiętnościom w skrajnie niesprzyjających warunkach. Pochodzący z plemienia Xhosa (tego samego, którego przedstawicielem był chociażby słynny Nelson Mandela) bohaterowie są strażnikami starego rytuału inicjacyjnego, w ramach którego znajdujący się pod ich opieką chłopcy osiągają pełnię dojrzałości.

Zawarty w "Inxebie" koncept polegający na zderzeniu homoseksualnego pożądania z konserwatywnymi regułami życia społecznego bynajmniej nie jest nowy. Ang Lee w pamiętnej "Tajemnicy Brokeback Mountain" potrafił wykorzystać go do efektownego podważenia tradycyjnych wzorców męskości. Trengove wyraźnie chciał dokonać czegoś podobnego. W tym celu wprowadził do fabuły trzecią ważną postać – Kwandę, podopiecznego Xolaniego, szybko odkrywającego sekret swego nauczyciela. Tkwiący w tym bohaterze potencjał bardzo szybko zostaje jednak zaprzepaszczony. Choć między mistrzem a uczniem tworzy się wzajemna zależność, nie mamy co liczyć na to, że na naszych oczach rozpocznie się jakaś ekscytująca, psychologiczna gra. Aby do tego doszło, bohaterowie musieliby mieć w sobie choćby minimalną dawkę przewrotności. Trengove tymczasem odkrywa wszystkie karty na samym początku i aranżuje na naszych oczach przewidywalny pojedynek pomiędzy doświadczonym hipokrytą a idealistycznym buntownikiem.


Jakby świadomy wątłego szkieletu fabularnego "Inxeby", reżyser próbuje przyciągnąć uwagę widza w inny sposób. W tym celu odtwarza na ekranie przebieg tradycyjnego rytuału Ulwaluko. Szlachetny z pozoru ułatwiający zrozumienie obcej kultury, w praktyce prowokuje liczne wątpliwości. Umieszczenie w fabule – pozbawionych szerszego kontekstu – migawek przedstawiających egzotyczny obrzęd skazuje widza na przyjęcie powierzchownej perspektywy turysty. W efekcie "Inxeba" sprawia wrażenie filmowego ekwiwalentu wczasów all inclusive, na których dobrze bawić mogliby się tylko aroganci z dokumentów Ulricha Seidla. Lepiej zatem zawczasu wymeldować się i wrócić do RPA w towarzystwie bardziej wykwalifikowanych przewodników.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 17% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby