Recenzja filmu Djam (2017)
Tony Gatlif

Śpiew peryferii 

W "Djam" Gatlif wraca zbrojny w standardową miksturę: wciąż fascynują go pogranicza i ich mozaikowa, hybrydyczna kultura; dalej kocha wygnańców, ludzi niezakorzenionych w żadnym konkretnym ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Djam (2017)
Na filmwebowej stronie "Djam" konsternacja użytkownika: "Nowy film Gatlifa? Mega zaskoczenie. Myślałem, że już przestał kręcić". I rzeczywiście, po spektakularnym sukcesie "Exils", Złotej Palmie za reżyserię, pozytywnym przyjęciu "Transylwanii", o Tonym Gatlifie zrobiło się cicho, chociaż kręcił średnio co dwa, trzy lata. Dla wielu moich rówieśników jego filmy były wydarzeniami – motyw tułaczki i tętniącej życiem prowincji robił na smutnych studentach tak wielkie wrażenie, że z dnia na dzień pakowali manatki i czmychali do Maroka albo na Bałkany. Wracali potem z gigabajtami zdjęć: ja i rakija z lokalsami, ja i bezpańskie psy Stambułu, mój chłopak na tubylczym koncercie w Tangerze. Łatwo było oskarżyć Gatlifa o orientalizowanie Południa i kreowanie powierzchownej mody na "dalekie" podróże, gdzie bieda i niedola europejskich peryferii stawały się "nowym, inspirującym doświadczeniem" dla brzuchów rozleniwionych własną sytością.

W "Djam" Gatlif wraca zbrojny w standardową miksturę: wciąż fascynują go pogranicza i ich mozaikowa, hybrydyczna kultura; dalej kocha wygnańców, ludzi niezakorzenionych w żadnym konkretnym "tutaj", nieuznających barier i norm – językowych, płciowych, obyczajowych – a przy tym oddychających lokalnością i mądrością ludowych porzekadeł. Zmieniło się natomiast jedno: mój stosunek do jego wrażliwości. W tym, co kiedyś brałem za romantyczne klisze, obecnie widzę próbę dowartościowania peryferii i wielką zawodową uczciwość. Nowy Gatlif jest absolutnie pozbawiony pretensji: to jednocześnie typowe kino drogi, muzyczna baśń o dziurawych jak ser granicach między kulturami i tożsamościami, dramat o przeoranej kryzysem Grecji. Kino ani wielkie, ani małe, za to bardzo żywe. Zapraszające nie do obserwacji "na chłodno" czy beznamiętnego cykania fotek, ale do doświadczania i współodczuwania.

Poczesne miejsce w tym zmysłowym "przeżywaniu" peryferii odgrywa muzyka z pogranicza Grecji i Turcji: pieśni o miłości, porażce i wykorzenieniu. Tak samo "płynne" jak główna bohaterka filmu: raz ekstatyczne, radosne, seksualne, za chwilę rzewne i melancholijne. Djam dzieciństwo spędziła w Paryżu, a teraz – po śmierci matki – mieszka z ojczymem na statku wycieczkowym zacumowanym u wybrzeży Lesbos. Trudno powiedzieć, ile ma lat i czym się w życiu zajmuje: miejscowi mają ją za pół-wariatkę, bo nie uznaje żadnych obyczajowych tabu, brata się z każdym i każdą, ufa intuicji. W Stambule ma załatwić sprawunki dla "wujka", potargować się z rzemieślnikami o cenę korbowodu do zepsutej łodzi, bo w kraju kryzys i drogo. Szlaja się więc po ulicach metropolii, tańczy i śpiewa, aż w końcu wpada na inną wagabundkę, młodą Francuzkę, której w drodze na misję humanitarną w Syrii ukradziono plecak i pieniądze. Djam zabiera dziewczynę w podróż powrotną na Lesbos – raz taksówką, raz pociągiem, ale głównie "z buta", bo w Grecji transport działa od strajku do strajku. I tak przejście z punktu A do punktu B zamienia się we frywolne snucie i tułanie, wchłanianie każdym porem skóry atmosfery europejskiej prowincji, na której kryzys gospodarczy odciska coraz bardziej niszczące piętno.

Zdziwi się jednak ten, kto spodziewa się po Gatlifie jakiejś opowieści o smutku niezakorzenionych: tułaczka jest w "Djam" przywilejem, podobnie jak możliwość życia ponad granicami państw. Rzeczywistość się zmieniła, Europa przestała być ostoją gościnności, a posiadanie odpowiedniego wyglądu i ważnego paszportu to warunek wejścia w uwielbiane przez filmowców buty snujów i podróżniczek. Ponadgraniczna mobilność ma więc swój mroczny rewers, swoje demony: dziewczyny wchodzą z Azji do Europy dokładnie tą samą trasą, którą jeszcze do niedawna przemieszczali się uchodźcy z Bliskiego Wschodu. Bohaterek nikt jednak nie niepokoi, kontrola jest rutynowa, swoboda – niemal nieograniczona. Niestety, w wątku uchodźczym Gatlif stawia o jeden krok za daleko, podobnie w sentymentalnym finale – niespodziewanie porzuca dyskrecję na rzecz okrągłych deklaracji, gry w otwarte karty (zdjęcia wyrzuconych przez morze kamizelek ratunkowych, cmentarzyska kutrów etc.). Tak jakby fakt, że akcja przenosi się ostatecznie na Lesbos, miał usprawiedliwiać gwałtowne wymachy scenariuszową łopatą.

To jednak szczegół, bo "Djam" nie traktuje o polityce, tylko o pogranicznych formach doświadczania świata. Fakt, że ich istotną częścią stał się kryzys uchodźczy i gospodarczy, to tylko pretekst do modyfikowania starych ballad. Bankowe długi, zajmowane majątki, sypiące się związki – nowoczesny kapitalizm wgryza się w dawne opowieści, ból miesza z zachwytem, groteska i czarny humor z życiową klęską. Jest w tych pieśniach miejsce dla szaleńca-bankruta, który kopie sobie grób, żeby go w nim pochowano "na stojąco" – na znak zachowanej godności. Jest i przestrzeń dla samej Djam z jej nieokreślonością, mieszaniną nowoczesnego wyzwolenia z archaiczną gościnnością, empatią i sprytem. Naszym wziernikiem w ten fascynujący świat jest muzyka – rozciągnięte, pół-musicalowe sceny wspólnego śpiewania, dzielenia się niedolą i radością za pomocą słów, rytmu, dźwięków. I nikt mi nie powie, że Gatlif przesyła nam tylko gorące pozdrowienia z wakacji. Że cyka sobie sweet focie z peryferiami Europy. Odwrotnie, on tam – na pograniczu kultur – żyje. My – bywamy tylko przejazdem. Czerpmy więc, ile wlezie, bo okazja nie musi się wcale prędko powtórzyć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry