Recenzja filmu Listy z Iwo Jimy (2006)
Clint Eastwood

Żołnierze z Kraju Kwitnącej Wiśni

"Listy z Iwo Jimy" chciałam zobaczyć z kilku powodów. Po pierwsze: cenię twórczość Clinta Eastwooda oraz Kena Watanabe, a po drugie: od pewnego czasu uległam fascynacji kulturą i historią Kraju ...
Filmweb sp. z o.o.
"Listy z Iwo Jimy" chciałam zobaczyć z kilku powodów. Po pierwsze: cenię twórczość Clinta Eastwooda oraz Kena Watanabe, a po drugie: od pewnego czasu uległam fascynacji kulturą i historią Kraju Kwitnącej Wiśni.

Akcja tego dramatu wojennego, opartego na faktach, toczy się w 1945 roku na Oceanie Spokojnym, a dokładnie na małej wyspie pochodzenia wulkanicznego - Iwo Jimie, która jest uznawana za święte miejsce. 21-tysięczny oddział żołnierzy japońskich zostaje tam wysłany na misję, z której się nie wraca - jej cel to jak najdłuższa obrona tego ważnego dla Cesarstwa punktu strategicznego. Dowodzenie obejmuje generał Tadamichi Kuribashi, który tworzy zupełnie nową strategię defensywną, opierającą się jedynie na czarnej skale wyspy, poprzez połączenie różnych jej części siecią podziemnych tuneli, jaskiń i bunkrów. W samym środku wojny, w której śmierć jest najwyższym zaszczytem, generał rozkazuje swym podwładnym walczyć do końca w obronie najbliższych, którzy pozostali w ojczyźnie.

62 lata temu armie Stanów Zjednoczonych i Japonii starły się ze sobą na Iwo Jimie. Kilkadziesiąt lat później, podczas wykopalisk, odnaleziono tam kilkaset listów, które japońscy żołnierze pisali do swych bliskich. Podstawą scenariusza omawianego przez mnie filmu były listy generała Kuribashiego, adresowane początkowo z USA, a następnie już z oblężonej wyspy. Ten genialny dowódca przez wiele lat mieszkał w Stanach Zjednoczonych jako wysłannik rządu japońskiego, gdzie otwarcie wypowiadał się przeciwko wojnie, jednak, gdy do niej rzeczywiście doszło - podporządkował się woli Cesarza i wziął na siebie obowiązek obrony Iwo Jimy, stając naprzeciwko ludzi, których dotychczas uważał za swych przyjaciół. To właśnie dzięki niemu bitwa, która miała być krwawą klęską - zamieniła się w niemal miesiąc bohaterskich walk. 19 lutego 1945 roku 110 tysięcy Amerykanów rozpoczęło atak na Iwo Jimę ze strony oceanu, lądu i powietrza. Warto zaznaczyć, iż stratedzy obliczyli, że opór japoński nie potrwa dłużej niż pięć dni, lecz dzięki rozbudowanemu systemowi podziemnych fortyfikacji walczono aż do 16 marca 1945 roku. Ostateczny bilans zabitych wyniósł siedem tysięcy Amerykanów i ponad dwadzieścia tysięcy Japończyków, zaś zdobycie wyspy umożliwiło najeźdźcom wykorzystanie jej jako bazy lotniczej podczas późniejszych ataków na Kraj Kwitnącej Wiśni.

W tym miejscu trzeba wspomnieć o tym, że "Listy z Iwo Jimy" były kręcone na przemian z innym filmem Eastwooda, a mianowicie ze "Sztandarem chwały", który jako pierwszy wszedł do kin. On także opowiada o walkach na tej wyspie, lecz z punktu widzenia Amerykanów. Na dodatek opisano w nim historię żołnierzy, którzy wbrew ich woli zostali ogłoszeni bohaterami. Moim zdaniem bardzo ważny jest fakt, iż reżyser pokazał wyraźnie, że nie można gloryfikować żadnej ze stron tego konfliktu, oraz że zdecydował się na ryzyko i oddał sprawiedliwość Japończykom. Ciekawostką jest według mnie to, iż w "Listach z Iwo Jimy" praktycznie nie widać Amerykanów, co pozwala doskonale wczuć się w sytuację obrońców wyspy, walczących z ukrycia. Koncentrując się na garstce postaci i pokazując walkę poprzez pryzmat ich osobistych doświadczeń, zbudowano obraz każdej ze stron konfliktu - w ten sposób oba dzieła Eastwooda uzupełniają się i tworzą jedną, spójną całość. Japończycy podpisali na siebie wyrok, choć doskonale wiedzieli, że nie ocali to ich Ojczyzny. Pozbawieni nadziei na wsparcie i ewakuację: walczyli do końca. Amerykanie byli pewni swego zwycięstwa, zaś dla ich przeciwników obrona wyspy była punktem honoru. Ten film ukazuje bezpośrednią konfrontację ideałów żołnierza z Kraju Kwitnącej Wiśni z wojenną apokalipsą, która odbiera ludziom wszystko, nawet pozory człowieczeństwa. Okazuje się, że nie wszyscy chcieli umrzeć za Ojczyznę lub popełnić zbiorowe samobójstwo, gdyż po prostu nie byli wystarczająco silni, aby żyć i ginąć z honorem. Japończyk to też człowiek: odczuwa ból, strach i cierpi, tak jak każdy z nas. Uważam, że zarówno "Listy z Iwo Jimy", jak i "Sztandar chwały", o którym już wcześniej wspomniałam, pokazują bardzo wyraźnie, iż po obu stronach barykady walczyli całkiem podobni do siebie ludzie, który po prostu chcieli przeżyć i powrócić do swych rodzin. Wbrew wszelkim pozorom omawiany przeze mnie film to nie opowieść o pokonanych, lecz o ich emocjach, konfliktach i różnorodności charakterów.

Głównym bohaterem "Listów z Iwo Jimy" jest oczywiście generał Tadamichi Kuribashi - postać historyczna, doskonały strateg i dowódca będący oparciem dla swych pozbawionych nadziei żołnierzy. Eastwood zaangażował do tej roli sławnego japońskiego aktora - Kena Watanabe, nominowanego do Oscara za drugoplanową rolę przywódcy buntowników w "Ostatnim samuraju", zaś szerszym kręgom widzów znanego chociażby z "Wyznań gejszy", gdzie zagrał Prezesa. Moim zdaniem Watanabe doskonale wywiązał się z powierzonego mu zadania, ukazując swego bohatera w niezwykle wiarygodny i charyzmatyczny sposób. Nie da się ukryć, iż bardzo cenię filmy, w których zagrał, gdyż każda jego rola to istna perełka. To właśnie dzięki niemu scena w "Listach z Iwo Jimy", w której generał słucha audycji radiowej i piosenki śpiewanej przez dzieci z jego rodzinnej miejscowości, jest tak wzruszająca. Kazunari Ninomiya jako Sago zagrał dobrze, choć jego gra mnie nie zachwyciła, dlatego przyznaję, iż Tsuyoshi Ihara jako baron Nishi spisał się o wiele lepiej.

Niezaprzeczalnym walorem omawianego przeze mnie filmu jest fakt, iż aktorzy używali swego ojczystego języka japońskiego, co znacząco wpływa na odbiór treści tego dzieła. Podziwiam Eastwooda za taką decyzję. Kolejnym atutem jest także wspaniała i "chwytająca" za serce muzyka, która doskonale oddaje nastrój każdej chwili. Na uwagę zasługuje także nietypowa kolorystyka taśmy filmowej oraz scenografia. Warto zaznaczyć, iż "Listy z Iwo Jimy" otrzymały dwie nominacje do Złotego Globu, zdobywając statuetkę dla najlepszego filmu nie-anglojęzycznego, oraz cztery nominacje do Oscara, w tym dla najlepszego filmu i reżysera, ostatecznie zdobywając nagrodę za najlepszy montaż dźwięku. Ciekawostką jest to, iż zdjęcia na wulkanicznej wyspie Iwo Jimie trwały zaledwie jeden dzień, zaś wszystkie efekty pirotechczniczne, z wiadomych przyczyn, zostały nakręcone na Islandii.

Podsumowując: uważam, że Clint Eastwood zrobił coś niezwykłego: spróbował pokazać konflikt japońsko-amerykański z dwóch stron, zachowując przy tym obiektywność. Stworzył on wielkie dzieło, obok którego nie można przejść obojętnie, gdyż niesie ono ze sobą bardzo ważne treści. Ukazał poświęcenie i odwagę Japończyków, oddając w ten sposób hołd poległym w trakcie tej bitwy. W większości filmów wojennych są bohaterowie pozytywni i negatywni, aby widz mógł łatwo utożsamić się z którąś ze stron. Życie tak nie wygląda, walka też nie. Eastwood w obu swych filmach pokazał, iż ludzie na całym świecie są do siebie podobni, mimo że ze sobą walczą. Na Iwo Jimie starły się nie tylko dwie armie, ale także dwie kultury. Wszelkie konflikty zbrojne są złe, to wręcz absurdalne zjawiska, które zatracają tysiące istnień ludzkich. Na zło odpowiada się złem - to właśnie tragizm wojny. Wróg to też człowiek, który padł ofiarą historii. Właśnie w taki sposób kończy się konfrontacja ideałów z brutalną rzeczywistością. Gorąco polecam wszystkim "Listy z Iwo Jimy", zwłaszcza tym, którzy w kinie nie szukają jedynie efektów specjalnych, lecz potrafią poświęcić choć chwilę na rozmyślania.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)