Recenzja filmu Wyklęty (2017)
Konrad Łęcki

A jednak da się

Pomimo zgrzytów w grze aktorskiej i scenariusza dalekiego od ideału, seans "Wyklętego" będę mile wspominać. Film broni się cudnymi zdjęciami, atmosferą, kilkoma dobrymi rolami i jednocześnie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Wyklęty (2017)
Pewnie większość z was pamięta "Historię Roja". Magnum opus Jerzego Zalewskiego miało zainteresować szerszą publikę tematem Żołnierzy Wyklętych. Efekt okazał się jednak zgoła przeciwny- film został zmiażdżony przez krytyków i widownię i ostatecznie skończył na wielu listach najgorszych filmów roku 2016, skutecznie obrzydzając podjęty temat potencjalnym zainteresowanym. Nic więc dziwnego, że na kolejny film o Wyklętych, a jednocześnie pełnometrażowy debiut Konrada Łęckiego wiele osób patrzyło przed premierą z lekkim politowaniem.  Czy słusznie?

Zacznę od tego, co najbardziej urzekło mnie w tym filmie, od zdjęć. Już pierwsze ujęcie na dwór, w którym wychował się główny bohater potrafi zauroczyć, a potem jest jeszcze lepiej. Karol Łakomiec w pełni wykorzystał potencjał wizualny plenerów, dostarczając naszym oczom prawdziwą małą ucztę. Serwowane widoczki mogłyby zawstydzić niejedną znacznie droższą produkcję. Co jeszcze bardziej zaskakujące, zdjęcia trzymają poziom w scenach akcji. Nie ma tutaj tego paskudnego efektu trzęsącej się kamery, tak nadużywanego w dzisiejszym kinie. Do scen batalistycznych nie mam prawie żadnych zastrzeżeń, poza tą jedyną, w której pojawia się animacja komputerowa. Nurkujący dwupłatowiec ma bardzo duże szanse na nominację do nagrody Węża za "efekt specjalnej troski". Poza tym jednym zgrzytem, zdjęcia w "Wyklętym" są na naprawdę wysokim poziomie, co zaskakuje biorąc pod uwagę budżet produkcji.

Jednak nawet najpiękniejsze zdjęcia nie zdadzą się na nic, jeśli historia nie będzie interesująca. O ten element  filmu martwiłem się najbardziej, mając w pamięci jego ułomność w "Historii Roja", poprzednim filmie o Wyklętych. Na szczęście, Łęcki nie popełnia błędów, które pogrążyły zeszłoroczną produkcję. Przede wszystkim, historia ma sens, można bez problemu za nią nadążyć, poznajemy motywację głównej postaci i  możemy się z nią utożsamić. Skoro o nim mowa, "Lolo" daleko do archetypowego bohatera kina wojennego. Owszem, niejednokrotnie chwyta za broń i stawia czoła zagrożeniom, by chronić to, co jest dla niego ważne, jak choćby w genialnie nakręconej scenie w chacie jego żony. Z drugiej strony jest też raczej cichy, wręcz nieśmiały. Z jego ust rzadko płyną typowe, przepełnione patosem mowy motywujące do walki, nie jest też idealnym żołnierzem, nie waha się wątpić w sens i słuszność swoich działań. Choć część osób może postrzegać go jako pozbawionego charyzmy, jego losy śledziłem z zainteresowaniem. Czego niestety nie można powiedzieć o reszcie. Powodem tego może być fakt, że film skupia uwagę praktycznie wyłącznie na tytułowym bohaterze, przez co pozostali rzadko wychodzą poza rolę tła dla jego działań. Drobnym wyjątkiem jest tutaj czarny charakter- "Jaskóła", chyba jedyna postać, która jest w jakimś stopniu bardziej rozwinięta, niż reszta.

Jeśli zaś chodzi o grę aktorską, jest całkiem dobrze, choć nie obeszło się bez paru zgrzytów. Niestety te zgrzyty najczęściej dotyczą Wojciecha Niemczyka, odtwórcy głównej roli. Przez większą część filmu radzi sobie naprawdę dobrze, zwłaszcza w scenach akcji, lub ukazujących trudny przeżycia w lesie, będąc ściganych przez UB. Jednak w czasie niektórych rozmów wykonuje takie błędy, że aż uszy więdną, zwłaszcza w jednej z końcowych scen, gdy wypowiada swoją kwestię jednym ciągiem, jak nieśmiałe dziecko, które recytuje wiersz przed klasą i chce jak najszybciej mieć to z głowy. Nie mam za to zastrzeżeń do gry Marcina Kwaśnego, czyli "Wiktora". Aktor stworzył postać twardego, ale sprawiedliwego dowódcy, szczerze przekonanego o słuszności swojej walki. Nie jest to najbardziej rozbudowana postać filmu, jednak z pewnością najlepiej zagrana. Również wspomniany czarny charakter, w tej roli Robert Wrzosek daje radę, całkiem wiarygodnie odegrał postać lekko przerysowanego agenta UB. Warto też wspomnieć o naprawdę fajnych epizodach bardziej rozpoznawalnych aktorów. Na ekranie goszczą m.in. Olgierd ŁukaszewiczJanusz ChabiorMarek Siudym, czy Piotr Cyrwus. Każda z ról wypada naprawdę dobrze i aż szkoda, że te występy zostały ograniczone do epizodów.

Mam dwa główne zastrzeżenia do scenariusza. Po pierwsze, film ma sporo scen, które nie wnoszą nic do historii. Dotyczą one głównie wątku ukrywania się głównego bohatera. Są to tak ważne sceny jak "picie wody z rzeki", "przejście z jednej strony ekranu na drugą" lub"spacer po lesie". Skutecznie spowalniają one i tak nie za szybki film, sprawiając, że miejscami dopadało mnie znużenie. Po drugie, część ważnych relacji między postaciami nie zostaje należycie rozwiniętych, choćby wątek miłosny lub przyjaźni "Lolo" z niejakim Mackiem. 

Podsumowując, pomimo wspomnianych wad uważam ten film za całkiem udaną produkcję, zdaje się, że w końcu doczekaliśmy się przyzwoitego obrazu o Żołnierzach Wyklętych. Paradoksalnie, jest to też spowodowane faktem, że nie unika on kontrowersji wokół tego tematu, dając widzowi okazję do przemyśleń na temat słuszności ich działań. Polecam zarówno fanom kina wojennego, jak i każdemu, kto po prostu chce zobaczyć dobry polski film.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).
Pechowiec
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry