Recenzja filmu Atomic Blonde (2017)
David Leitch

Aby na pewno John Wick w spódnicy?

David Leitch swoim debiutanckim obrazem jakim był "John Wick" pokazał, że ma dar do przekuwania banalnej historii z na pozór najprostszym motywem we wciągający obraz, który swoją kuriozalną ...
Filmweb sp. z o.o.
David Leitch swoim debiutanckim obrazem jakim był "John Wick" pokazał, że ma dar do przekuwania banalnej historii z na pozór najprostszym motywem we wciągający obraz, który swoją kuriozalną maestrią potrząśnie w kinowym fotelu nawet największymi malkontentami. Niedawno udało mu się to ponownie – w "Atomic Blonde".

Tym razem Leitch zmienia płeć głównego bohatera, zaś realia osadza w jednym z najważniejszych momentów w historii nowożytnej Europy, czyli zburzeniu muru berlińskiego, które miało miejsce 9 listopada 1989 roku. Nie bez powodu, bowiem relacje świadków, którzy brali udział w tym historycznym przełomie są jednoznaczne: "to najlepsza impreza, na jakiej kiedykolwiek byliśmy". Właśnie taką imprezą stara się być "Atomic Blonde", które w iście transowy, taneczny i dźwięczny sposób ociera się o gatunek kina szpiegowskiego.

Wszystko zaczyna się od tajemniczego zabójstwa szpiega będącego w posiadaniu listy podwójnych agentów, których ujawnienie może stać się prawdziwym zagrożeniem dla MI6. Do znalezienia owej listy i rozwiązania zagadki śmierci rodzimego agenta zostaje wysłana Lorraine (Charlize Theron), na której życie od razu po przybyciu do Berlina zaczynają dybać płatni zabójcy oraz tajne służby. Już na samym początku twórcy zastrzegają sobie, że pomimo iż jest to historia osadzona w faktycznych realiach historycznych, to jednak nie są to wydarzenia, które mogłyby mieć miejsce. Dlaczego? Ponieważ historia, którą starają nam się sprzedać jest zbyt niewiarygodna i wariacka. Do pewnego stopnia naprawdę tak jest, lecz po pewnym czasie, fabuła zaczyna się nieco wytracać – szczypta gatunkowości w całym przepisie okazuje się być jedynie dekoracją, która staje się nieco przewidywalna i momentami miałka, przez co czasami naprawdę nuży, a przez większość czasu ekranowego zupełnie nie trzyma w napięciu. Wraz z główną bohaterką jesteśmy bezmyślnie przerzucani od miejsca do miejsca, gdzie poznajemy kolejnych bohaterów, a sama fabuła zaczyna być wyraźnie pretekstowa.
W tym miejscu warto zauważyć, że gatunek thrillera szpiegowskiego, w który Hitchcock tchnął życie za sprawą takich tytułów jak: "Zagraniczny korespondent", "Północ-Północny Zachód" czy "Szpieg, który przyszedł z zimnej strefy" został już do cna wyeksploatowany i istnieje niewiele filmów, które potrafią wnieść coś nowego do tego skostniałego gatunku – z wyjątkiem serii o przygodach agenta 007, która z motywu powtarzalności uczyniła swój atut, zapewniając sobie tym samym widownię na ponad pół wieku. Thriller szpiegowski nie ma już czym zaskoczyć, bowiem jego fundamenty opierają się na utartych schematach; pozornie wyraźnym rozgraniczeniu na „tych dobrych” i „tych złych” oraz końcowym twiście, który u dzisiejszych widzów wywoła co najwyżej uśmieszek politowania. Remedium na to znalazło "Atomic Blonde" w postaci skrajnej formy, która przyćmiewa treść i zupełnie z nią nie współgra, tym samym doskonale wpisując się w definicję słowa „niekonwencjonalnej”.

Fundamentem całego filmu jest Charlize Theron, która rolą Furiosy z "Mad Max: Na drodze gniewu" przypieczętowała swoją rolę jako naczelnej protagonistki kina akcji. Theron w filmie Leitcha jest zimna lecz charakterna i oczywiście nieustępliwa a przy tym zabójcza – w skrócie: nie chcielibyście takiej nadepnąć na odcisk. Bohaterka dźwiga ze sobą wyraźny bagaż psychiczny,, przez co jest przekonująca, bowiem każdy – nawet największy zabijaka i pogromca potworów musi posiadać swój słaby punkt. Dlatego też nie dziwi nas, kiedy Charlize odrzuca zaloty kolejnych amantów, aby w końcu zatopić się w oliwkowych ramionach równie zjawiskowej Sofii Boutelli. W takich momentach mamy poczucie, że obcujemy z filmem, w którym postacie żyją własnym życiem, nie są zaś zaadaptowaniem szeleszczących dialogów przy pomocy znanych nazwisk. Nie na kobiecych kreacjach się kończy, bowiem drugi i trzeci plan zasilają także takie znane twarze jak James McAvoy czy John Goodman, którzy doskonale sprawdzają się w swoich równie nieoczywistych, co zapadających w pamięć rolach.

Rozwibrowany wizualnie i odważny w swojej formie film zasługuje na odpowiednią oprawę dźwiękową, jaką są w tym przypadku najbardziej charakterystyczne szlagiery z lat osiemdziesiątych. Dzięki temu, śmiało można go traktować jako skrócony wykład na temat najbardziej popularnych utworów tamtych lat, ponieważ utwory wkomponowane w film są gotowym składnikiem do doskonale rytmicznej playlisty, która zabierze nas w podróż w przeszłość. Jest więc dużo syntetyków, zniekształconych wokali oraz skocznych bitów od takich zespołów jak: The Cure, Depeche Mode, New Order czy Blue Monday – a wszystko to w imię nadania rytmu i wdzięku akcji, która sączy się na nas z ekranu. W filmie jest naprawdę niewiele momentów, kiedy widz pozostaje sam na sam z ciszą – przeważnie ciągle coś gra w tle, przez co muzyka staje się integralnym elementem rzeczywistości, w której przyszło walczyć Lorraine. Przez to też, film sprawia wrażenia niezwykle teledyskowego, ponieważ mieszają się w nim wpływy takich twórców jak Guy Ritchie czy Nicolas Winding RefnNicolas Winding Refn, bowiem jest to rozwibrowany i transowy obraz, w którym ogromne znaczenie mają kolory. Do tego stopnia, iż w zachwyt i zdumienie wprawia cała estetyczna strona filmu, która aż kipi od przemyślanych zestawień czy kontrastujących ze sobą kolorów, przyjemnie drażniących nasze oczy.
"Atomic Blonde" jest co prawda niezwykle brutalnym kinem, które z powodzeniem mogłoby posłużyć Mossadowi za filmy szkoleniowe, bowiem występuje  w nim tak wiele wykwintnych i oryginalnych sposobów na zabicie drugiej osoby, że powinno się w tym miejscu oddać hołd scenarzystom za przeprowadzoną dokumentacji. Jest to także niezwykle lekkie i zabawne kino, które w bardzo ciekawy sposób odświeża nieco skostniały gatunek jakim jest thriller szpiegowski, ponieważ bliżej jest mu do wyrazistego akcyjniaka. Określenie "John Wick w spódnicy", które często pojawia się przy okazji opisywania tego filmu, jest dla niego nieco krzywdzące, bowiem faktycznie Theron tworzy odrębną kreację – co prawda równie zabójczą, charakterną i charyzmatyczną, jednak daleko jest jej do sentymentalizmu, jaki płynął w żyłach Wicka.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Lagoo
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry