Recenzja filmu Ruiny (2008)
Carter Smith

Amerykanie podbijają Meksyk

Ponownie chciałoby się napisać: i jeszcze jeden… Jednak z oceną tego filmu należy się wstrzymać do obejrzenia go. Fabuła jakich tysiące, w rolach głównych oczywiście amerykańskie blondynki w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Ruiny (2008)
Ponownie chciałoby się napisać: i jeszcze jeden… Jednak z oceną tego filmu należy się wstrzymać do obejrzenia go. Fabuła jakich tysiące, w rolach głównych oczywiście amerykańskie blondynki w towarzystwie swoich znajomych, piękne krajobrazy i lejąca się krew. To już kiedyś było i to nie raz, ale…


Nasi amerykańscy przyjaciele w Meksyku jeszcze nie byli. Poznajemy ich oczywiście w trakcie suto zakrapianych imprez. Potem pada propozycja wycieczki w głąb dżungli i obejrzenia ruin świątyni Majów, które wcale ruinami nie są, rzekłabym nawet, że trzymają się nieźle. Propozycję składa przypadkowo poznany Niemiec Mathias (Joe Anderson) i bardzo długo będziemy się zastanawiać nad tym, czy żywi on do naszych bohaterów sympatię, czy ma jakieś ukryte mordercze zamiary i chce ich tylko zwabić w odcięte od świata miejsce. Wycieczka zapowiada się miło, a bohaterowie niestety zbyt późno orientują się, że prawdziwym zagrożeniem nie są Indianie, a niewinnie wyglądający bluszcz.


Wracając do mojego „ale”. Jeśli ktoś oglądał takie superprodukcje jak Lake dead”, Hatchet, Shrooms, Turistas czy Severance, to zgodzi się, że na ich tle The Ruins wypada przyzwoicie i plasuje się mniej więcej na poziomie na przykład Solstice czy Wrong turn, chociaż żaden z wymienionych tytułów nie pretenduje do miejsca na wyżynach kinematografii.


W trakcie oglądania tego typu filmów dziwi ich klasyfikacja gatunkowa. Bo co wspólnego ma którykolwiek ze wspomnianych filmów z na przykład "Egzorcystą"? To, że przez 90 minut krew leje się strumieniami, a trup amerykańskich blondynek ściele się gęsto, wcale nie znaczy, że film to horror i mamy się go bać.


O ile, na przykład Solstice ma klimat filmu grozy, o tyle The ruins nie ma go wcale. Mamy za to piękne, skąpane w słońcu widoki, głównie indiańskiej piramidy porośniętej czerwono kwitnącym bluszczem. Bluszczem inteligentnym należy zauważyć. W jaki sposób przejawia się jego inteligencja, to trzeba zobaczyć na własne oczy.


Bać możemy się w jednym momencie, kiedy Amy (Jena Malone) i Stacy (Laura Ramsey) schodzą do studni w poszukiwaniu telefonu. Przez chwilę rzeczywiście włos się jeży. Amputacja nóg za pomocą kamienia i noża turystycznego i przypalenie ich patelnią przywołuje skojarzenia z Misery i wzbudza raczej nieokreślone uczucie podszyte obrzydzeniem.


Zakończenie sugeruje, że za rok, góra dwa, dane nam będzie obejrzeć sequel. Jeśli twórcy zachowają poziom pierwszej części, to film będzie się nadawał do obejrzenia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
czarrna
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)