Recenzja filmu Frantic (1988)
Roman Polański

Amerykanin w Paryżu

Filmy Romana Polańskiego na pozór idealnie wpisują się w schemat kina gatunkowego. Analizując jego dorobek, natkniemy się na horrory, thrillery, komedie, filmy szpiegowskie, familijne, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Frantic (1988)
Filmy Romana Polańskiego na pozór idealnie wpisują się w schemat kina gatunkowego. Analizując jego dorobek, natkniemy się na horrory, thrillery, komedie, filmy szpiegowskie, familijne, przygodowe… Należy pamiętać jednak o pewnej specyfice w traktowaniu każdego pojedynczego schematu, jakim posługuje się Polański do przedstawiania zwyczajnych i logicznych intryg. "Frantic" mógłby być bardziej lub mniej udanym thrillerem z zacięciem detektywistycznym, nawiązującym do najlepszych tradycji kina Alfreda Hitchcocka, gdyby nie charakterystyczny "podpis", którego używa Polański do tworzenia kolejnych produkcji.

Wszystko zaczyna się normalnie, a jednak nienormalnie – stateczna, kochająca się amerykańska para przybywa do Paryża w celach służbowych. Zatrzymują się w eleganckim hotelu, gdzie będą chcieli odświeżyć się po podróży i zjeść romantyczne śniadanie w łóżku. Po drodze następują jednak te typowe dla reżysera pęknięcia – ktoś podmienił walizkę na lotnisku, ktoś nieznajomy dzwonił z Paryża do domu bohaterów w San Francisco… Gdy widz zostanie już uwięziony w odpowiednim klimacie, następuje zwrot akcji – żona głównego bohatera znika. Po prostu. Łapie czerwoną sukienkę i wychodzi z hotelu. Oczywiście, łatwo się domyślić, że dalsza część fabuły będzie koncentrować się na jej poszukiwaniach.

Pierwszą rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę, jest sposób prowadzenia bohatera granego przez Harrisona Forda. Spróbujmy wyobrazić sobie analogiczną sytuację – w obcym mieście znika nagle ktoś nam bliski. Nie mamy żadnych wskazówek, co mogło się z nią stać poza tym, że mamy pewność, że zniknąć nie powinna. Przy tym najprawdopodobniej nie mamy detektywistycznych zdolności Herculesa Poirota. Co robimy? Próbujemy, podobnie jak Richard Walker, ze strzępów informacji trafić na jakiś trop, nie siląc się przy tym na opracowywanie misternych intryg. Żmudnie, krok po kroku usiłujemy znaleźć odpowiedź. Stąd, być może (a jest to tylko jedna z propozycji) taki, a nie inny klimat filmu – jak na dreszczowiec dość niespieszny.

Przy całym swoim realizmie psychologicznym "Frantic" jednak jest filmem przepełnionym groteską, jak przystało na Polańskiego. Żałosne próby porozumienia się Walkera z tubylcami są jednym z lepszych przykładów. Słynna scena tańca z Michelle (Emmanuelle Seigner) w klubie przywodzi na myśl prowadzenie aktorów przez Andrzeja Żuławskiego. Harrison Ford, który w głównej roli może wydawać się niezgrabny i toporny, świetnie wpisuje się w katalog analogicznych postaci z filmów Polańskiego – innych, obcych. W sytuacji Walkera pobrzmiewają echa historii Trelkovskiego z "Lokatora", podobnie jak on osaczonego cudzoziemca w Paryżu, a nawet Rosemary Woodhouse. Należy pamiętać, że Polański (zostawiwszy na boku jego grzechy) zawsze i wszędzie był człowiekiem nieprzystosowanym – jako Żyd, jako Polak najpierw we Francji, potem w Hollywood, potem znów w Europie Zachodniej. Piętno obcego w opresji widać w wielu jego filmach, a "Lokator" i "Frantic" właśnie są tego najlepszymi przykładami.

Od oparów absurdu Polańskiego powstrzymuje przede wszystkim scenariusz, który zwłaszcza w drugiej części filmu staje się bardziej konwencjonalny, jednak irracjonalna zawartość podmienionej walizki pozwala myśleć, że może być ona jedynie MacGuffinem i nie stanowi celu samego w sobie, mimo że zdaje się być clou całej intrygi. Ciekawsze od niej wydają się drobne elementy, które sprawiają, że inaczej patrzy się na świat, wykreowany zdjęciami Witolda Sobocińskiego – wwiercająca się w mózg głównego bohatera piosenka Grace Jones, zadziwienie "zwyczajami" panującymi w Europie (na przykład kokaina za kółkiem). Zarówno zdjęcia, jak i muzyka (choć Ennio Morricone pisał lepsze soundtracki) tylko te wrażenia potęgują.

Jest i też inny trop, o którym tylko napomknę – "Frantic" może być równie dobrze kolejnym (nie pierwszym i nie ostatnim) komentarzem reżysera w sprawie przestępstwa Polańskiego z 1974 roku.  Bo co tak naprawdę widzimy w filmie? Prawego, monogamicznego, rodzinnego Amerykanina, który nie może uwierzyć w deprawację "zgniłej" Europy. To tylko jednak luźny pomysł, który wolę zostawić tabloidowym biografom Polańskiego.

Pozwoliłem sobie przytoczyć kilka ścieżek, którymi można podążać, oglądając "Frantic", bo jestem przekonany, że wyrządza się temu filmowi krzywdę, umieszczając go w sztywnych ramach dreszczowca. Film ten może być też pyszną ucztą dla każdego kinomana który lubi, gdy puszcza się doń oko. Na deser wszystkim pozostawiam jeszcze jedno pytanie: czy zwróciliście uwagę na śmieciarki?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (64 głosy).
holy_joe
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry