Recenzja serialu Dr House (2004)
Keith Gordon
Deran Sarafian

Asshole, who saves lives

Dupek, seksista, rasistowski mizantrop, tyran, geniusz. Samolubny drań nieliczący się z uczuciami innych. Egocentryk, który zawsze ma rację. Bezwzględny i szczery do bólu. Smutny samotnik ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Dr House (2004)
Dupek, seksista, rasistowski mizantrop, tyran, geniusz. Samolubny drań nieliczący się z uczuciami innych. Egocentryk, który zawsze ma rację. Bezwzględny i szczery do bólu. Smutny samotnik kulejący na prawą nogę i uzależniony od vicodinu. To tylko kilka określeń dr Gregory'ego House'a. Nie trzeba być świetnym psychologiem, żeby stwierdzić od razu, że przyjemny gość to raczej nie jest. Niektórych cech mu zazdrościmy, inne wywołują w nas współczucie, ale wielką przewagę mają te, które czynią z niego antybohatera o paskudnym charakterze. I właśnie dlatego dziwi, że serial oparty na jego postaci wyznaczył nowy trend i zyskuje coraz szerszą popularność.

"Dr House" to serial o doktorze Gregorym. Trochę o relacjach międzyludzkich, szpitalu, trochę o nieznanych chorobach traktowanych jak zagadki. Ale głównie o samym bohaterze - o jego podejściu do świata, do ludzi i do siebie. Jako serial medyczny jest wręcz nudny - każdy odcinek to to samo. Przypadek, z którym nikt sobie nie mógł poradzić, kilka błędnych diagnoz i ostatnie dziesięć minut - olśnienie Housa i wyleczenie, względnie rozwiązanie zagadki choroby po nieuniknionej śmierci pacjenta. Dlaczego więc bezduszny antybohater fascynuje na tyle, że mimo nieskomplikowanej, monotonnej fabuły miliony widzów z niecierpliwością czekają na kolejny odcinek?

Każdy z nas podświadomie chce być House'em. Tak, pragniemy wielu znajomych na Facebooku i mieć z kim wyjść na sobotnią randkę. Tak, potrafimy współczuć i uważamy, że ludzie powinni się wspierać. Nie bawi nas godzinami odbijanie piłki od ściany. Ale chcemy być jak House w innych względach. Chociażby nie przejmować się opinią społeczną. W jednym z odcinków House zazdrości autystycznemu dziecku, które jest zwolnione z trzymania się konwenansów i nie musi być sztucznie zainteresowany sprawami innych. Ile razy my chcielibyśmy nie udawać, że tak naprawdę mało nas obchodzą czyjeś sprawy sercowe albo gdzie swędzi czyjąś babkę? House jest wolny. Ubiera się, jak chce, nie goli, nie dba szczególnie o wygląd. Do tego jest genialny, a genialni ludzie mogą sobie pozwolić na dużo więcej, ponieważ są... genialni. A w przypadku medycyny to równoważne z niezastąpionym. Gdyby dyrektor szpitala dr Cuddy pracowała w placówce z "Na dobre i na złe", musiałaby już House'a nie tylko niezliczoną ilość razy wywalić z pracy, ale także kilkukrotnie pozbawić prawa wykonywania zawodu. Nie licząc pozwów, które wniesione byłyby przez obrażonych pacjentów.

Właściwie, jakby się nad tym zastanowić, to nie ma pacjenta, którego House w taki czy inny sposób nie obraził. Bezceremonialnie wytyka im nieuctwo, głupotę i ślepą wiarę w boską interwencję. Szczerość do bólu, połączona z sarkazmem i faktem, że rzadko się myli, czynią z niego lekarza nie do zniesienia. Chcielibyśmy być tak szczerzy jak House - powiedzieć to, co naprawdę myślimy bez względu na postrzeganie ludzi. A co najważniejsze - czuć, że naprawdę mamy rację.

No i ta hipokratyczna rodzinka! Podstawowa komórka społeczna, która winna być bezpiecznym azylem w okrutnym świecie, niemal zawsze jest powodem problemów zdrowotnych. Dzieci zaskakują zażywaniem zioła i wódki, rodzice lekkomyślnością, a małżonkowie skokami w bok. Rodzina w najlepszym razie (jeżeli nikt nikogo nie podtruwał ani nie ukrywał romansu z kolegą z pracy) jest siedliskiem beznadziejnego materiału genetycznego. House jako kawaler mizantrop czerpie świetną pożywkę z odkrywania niedoskonałości więzi rodzinnych.

House odkrywa przed nami postać człowieka, który jest wolny. Całkowicie. Ale mimo tego jest nieszczęśliwy, co zręcznie próbuje maskować. Jest dowodem na to, że niezależnie od geniuszu, cynicznego podejścia do świata i nieprzejmowania się, jest w pewnym sensie człowiekiem. I to człowiekiem naprawdę wrażliwym. Oczywiście nie byłoby takiego House'a, gdyby nie Hugh Laurie. Doświadczony aktor mający za sobą role w produkcjach komediowych, ale też w epizodach seriali, jest tak samo niezastąpiony w roli dr House'a jak sam House w szpitalu Princeton-Plainsboro.

Prawda jest taka, że ten okrutny doktorek ratuje życie. Nawet jeśli robi to dla dobrej zabawy i z chęci rozwiązania zagadki, to tak naprawdę pomaga pacjentom. Cynizm sprzyja podejmowaniu lepszych decyzji i oszczędza czas, brutalna szczerość pomaga zyskać szacunek, nieprzywiązywanie wagi do tego, co myślą ludzie, pozwala skupić się na rzeczach naprawdę istotnych. Dlatego House zawsze wygrywa. I nieważne, jak bardzo utykałby na nogę i ile vicodinu dziennie by łykał, ze względu na swoje podejście do świata (które sami chcielibyśmy wprowadzić w życie) zawsze będzie naszym idolem.

Celowo skupiłam się na postaci głównego bohatera, bo jeżeli ktoś ogląda serial od pierwszego sezonu, ten wie, że to on wytacza szlak, po którym porusza się reszta postaci. Jeżeli ktoś dopiero zaczyna swoją przygodę z serialem, ten robi to ze względu na owianą legendą postać głównego doktora. Zespół House'a, dr Cuddy czy jego przyjaciel (?) James Wilson nie są TYLKO tłem, bez nich serial byłby inny, dużo gorszy, ale by był. Bez House'a nie. Jest on swoistym Scherlockiem Holmesem (nawet mieszkanie House'a ma taki sam numer jak dom słynnego detektywa z Baker Street), który buduje akcję wokół siebie - możesz z zapartym tchem śledzić jego poczynania lub spróbować rozwiązać zagadkę na własną rękę. Pamiętaj tylko, że wszyscy kłamią. I to nigdy nie jest toczeń.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (87 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie