Recenzja filmu Jack Strong (2014)
Władysław Pasikowski

Bóg, Honor, Ojczyzna

Do Boga Jack Strong (Marcin Dorociński) zwraca się tylko raz, w sytuacji skrajnie ekstremalnej. W dodatku prosi Go wówczas o przebaczenie. Czy je otrzymał, pozostaje dla nas kwestią, póki co, ...
Filmweb sp. z o.o.
Do Boga Jack Strong (Marcin Dorociński) zwraca się tylko raz, w sytuacji skrajnie ekstremalnej. W dodatku prosi Go wówczas o przebaczenie. Czy je otrzymał, pozostaje dla nas kwestią, póki co, niewiadomą. Wiemy natomiast parę innych rzeczy, o których należałoby wspomnieć z punktu widzenia postronnego widza. O tym, jak istotna w odbiorze tego obrazu jest perspektywa patrzenia na niego, świadczy chociażby fakt, iż sama byłam świadkiem jawnego, ostentacyjnego wręcz wyrażenia dezaprobaty (żeby nie powiedzieć: pogardy) wobec czynienia pułkownika Kuklińskiego bohaterem - filmowym, bo nie o bezpośrednią ocenę człowieka czy też jego czynu tutaj chodzi. Wojskowa kariera oburzonego zakończyła się wraz z odbyciem służby obowiązkowej, nie zmieniło to jednak jego nastawienia do mocy przysięgi i tych, którzy - bez względu na przyczyny - ją łamią.


Władysław Pasikowski jest twórcą na tyle świadomym, by wiedzieć, że prywatne przekonania Kuklińskiego to raz, okoliczności historyczno-polityczne zaś to dwa. I jedno, i drugie, niezbędne do zrozumienia treści i rangi tejże sprawy, zostało zatem widzowi przybliżone.

Oprócz krótkiego, acz konkretnego wprowadzenia, mamy stoczniowców, kolejki, czołgi, Zbyszka Godlewskiego i Lecha Wałęsę, a dla niepodążających za tokiem rozumowania i dedukowania Kuklińskiego - jego rozmowy ze Skalskim (Zbigniew Stryj), Rakowieckim (Ireneusz Czop) czy wreszcie Kulikowem (Oleg Maslennikov). Mamy podejrzewającą o zdradę i oskarżającą o brak szacunku żonę (Maja Ostaszewska), syna gardzącego ojcowskim mundurem (Piotr Nerlewski), Daniela (Patrick Wilson), dostrzegającego w nim nie tylko szpiega, ale i patriotę, lecz także sadystę Iwanowa (Dimitri Bilov), gotowego spalić w piecu tych, z którymi pija wódkę. Już samo otoczenie dobitnie obrazuje schizofrenię świata, w którym wrogów trzeba z uśmiechem na ustach klepać po plecach, od zaniedbanych najbliższych zaś przyjmować policzki; w którym jednego dnia otrzymuje się amerykańskie medale, drugiego zaś wizualizuje sobie wizję własnej śmierci jako kary za zdradę. 
Zdradę, co podkreśla posunięty już wiekiem (świetna charakteryzacja Dorocińskiego) Kukliński, nie Wojska Polskiego, tylko militarno-nuklearnych planów Związku Radzieckiego, których wcielenie w życie mogłoby skończyć się zniknięciem Polski z mapy Europy i III wojną światową. 
"Jack Strong" przyczyni się zapewne, o ile już nie przyczynił, do wskrzeszenia zarówno postaci Mewy, jak i pełnych emocji oraz sprzecznych, choć równie przekonujących, argumentów. Jedni promocję filmu potraktują jako okazję do wytoczenia zardzewiałych dział przeciwko głównemu bohaterowi, drudzy zaktualizują listę polskich legend, robiąc na niej miejsce dla tego nazwiska.


Na uznanie z pewnością zasługują, obok scenografii, kostiumów, bądź też wspomnianej już charakteryzacji, wiernie oddających klimat tamtych lat, iście amerykańskie kadry, w połączeniu z muzyką Duszyńskiego tworzące porządne, mocne kino sensacyjne. Prawdą jest, że w niektórych dialogach pobrzmiewają patetyczne nuty, skoro jednak o dobro kraju toczyła się gra, można je uznać za uzasadnione. Tym bardziej, że scenarzysta zadbał o równowagę między nimi, a kwestiami wywołującymi uśmiech na twarzy widza.

Pasikowski, po dwóch latach od "Pokłosia", znów sięgnął po temat kontrowersyjny i nieoczywisty. W mojej ocenie potrafił opowiedzieć kolejną historię, nie wymuszając na odbiorcy konkretnej interpretacji, ewentualnie prowokując do zgłębienia sprawy na własną rękę, przy użyciu innych niż kino źródeł. Nie chodzi o to, żeby po seansie okrzyknąć Stronga zdrajcą lub herosem, czarnym albo białym, splunąć bądź zasalutować. Raczej o to, aby mieć świadomość, że ktoś taki istniał, że coś takiego zrobił, że ta historia wydarzyła się naprawdę - i to w naszym kraju.

Jeśli mimo wszystko chęć zasalutowania będzie nieprzemożna, proponuję oddać salwę Marcinowi Dorocińskiemu - doskonałemu jak zwykle, a zarazem jak nigdy. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (115 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)