Recenzja filmu MATANGI/MAYA/M.I.A. (2018)
Stephen Loveridge

Bad girls do it well

Jeśli więc nie znajdziemy w filmie Loveridge'a żadnego mocnego stanowiska politycznego (nawet forma pozostaje dość konserwatywna, podporządkowana biograficznej chronologii), to przynajmniej nie ...
Filmweb sp. z o.o.
Czy Stephen Loveridge do spółki z M.I.A. chcą nas – jak rapowała lankijsko-brytyjska gwiazda hip-hopu w "Paper planes" – zwyczajnie oskubać z kasy? Takie pytanie zadaję sobie za każdym razem, kiedy oglądam kolejny dokument kręcony na backstage'u – pocztówkę z Olimpu dla wygłodniałych fanów, rozpisaną pod linijkę historię wędrówki od cierni do gwiazd. Szczęśliwie "Matangi/Maya/M.I.A." chowała się u innej matki. Owszem, mamy tutaj opowieść o sukcesie – skoku w dal z londyńskiego osiedla socjalnego prosto do wspólnej garderoby z Madonną. I tak, sporo w tym wszystkim laurki, zachwytu nad bezkompromisową osobowością i samorodnym talentem. Tyle że M.I.A. nie jest zwyczajną celebrytką – jej korzenie, rodzinny background i świadomość polityczna zasługują na odrębną opowieść. Loveridge umiejętnie splata te dwa wątki – muzykę i politykę – pokazując, jak popularność i aktywizm nadają kształt uchodźczej tożsamości. Bez wystawiania jednoznacznej oceny, chociaż z dużą sympatii.

W zasadzie M.I.A. powinna figurować jako współautorka filmu – gros materiału opiera się na prywatnych wideorejestracjach, kręconych przez wokalistkę na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Najważniejsze są nagrania z podróży na Sri Lankę w 2001 roku, kiedy Maya po raz pierwszy doświadczyła przemocy symbolicznej – jako przedstawicielka znienawidzonej mniejszości i jako kobieta. To tutaj należy szukać źródeł jej politycznego przebudzenia, którego finałem stało się wejście w rolę nieformalnej ambasadorki Tamilów. Dla mniej wtajemniczonych: M.I.A. – czyli Mathangi Arulpragasam – jest córką jednego ze współzałożycieli Tamilskich Tygrysów, ruchu działającego na rzecz utworzenia w północnej części Sri Lanki niezależnego państwa, na Zachodzie uchodzącego przede wszystkim za groźną organizację terrorystyczną. Do Londynu Maya przeprowadziła się jako 11-latka – z matką, bez ojca, który pozostał w leśnym ostępie i dalej szkolił bojowników. I właśnie fakt zerwanej łączności ze spartańskim światem rewolucji – jak wyjaśnia materiał filmowy – okazał się dla młodej buntowniczki i jej rodzeństwa powodem głębokiego kryzysu tożsamości.

Wahanie – zawieszenie między zachodnią kulturą uliczną a lankijską dżunglą – wspaniale odbija się w muzyce M.I.A., gdzie współczesne beaty mieszają się z gawędami o dziecięcych zabawach między pryczami bojowników. Zresztą otwarte nawiązania do rewolucyjnej przeszłości rodziny plus niewyparzony język – m.in. publiczne oskarżanie syngaleskiej (czyli też – buddyjskiej) większości Sri Lanki o czystki etniczne na Tamilach – wielokrotnie sprowadzały na artystkę fale krytyki. Oskarżano ją o wspieranie terroryzmu i uleganie fake newsom, ale przede wszystkim – i to w wielkich tytułach prasowych pokroju New York Timesa – o cyniczne wykorzystywanie polityki w celach autopromocji. I rzeczywiście, czasami można odnieść wrażenie, że Maya balansuje na krawędzi medialnego kiczu – a to pokaże środkowy palec podczas występu z Madonną na Super Bowl, a to zbeszta dziennikarzy za nierzetelność i pobluzga na polityków na Twitterze. Ironizuje, wbija szpile dawnym współpracownikom, a Loveridge nie zamierza rozsądzać, czy wizerunek buntowniczki to tylko wystudiowana poza, czy przejaw autentycznej bezkompromisowości. Zamiast tego oddaje pole swojej bohaterce, a oceniać możemy sobie już sami – w duchu.

I jeśli M.I.A. w swojej działalności publicznej wydaje się tak szczera, to jest to niewątpliwie zasługa szczęśliwego splotu dwóch cech osobowości: gigantycznej pewności siebie i równie wielkiej skromności. No bo umówmy się, która gwiazda muzyki pop daje się zaprosić na festiwal kina dokumentalnego w peryferyjnym kraju i przez blisko godzinę – w dusznej, zakurzonej sali, siedząc na starej wykładzinie – rozmawia z publicznością o problemach globalnego Południa? Maya nie chełpi się swoim zaangażowaniem, raczej – podobnie jak nieprzychylne jej środowiska – wątpi w skuteczność celebryckiej strategii ambasadorowania jakiejś sprawie Ale dalej robi swoje – nagrywa, kręci zaangażowane teledyski, czasami wypali jakimś skandalicznym tekstem. Jeśli więc nie znajdziemy w filmie Loveridge'a żadnego mocnego stanowiska politycznego (nawet forma pozostaje dość konserwatywna, podporządkowana biograficznej chronologii), to przynajmniej nie ma tam również nachalnego marketingu muzycznego. To bardziej szczery portret dojrzewania silnej osobowości, mocnej kobiety. Matangi – politycznej aktywistki i Tamilki z krwi i kości. Albo – jak wolicie – M.I.A., hip-hopowej innowatorki, stałej bywalczyni letnich festiwali. Teraz także – rezydentki kinowych ekranów.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry